Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 1.2009

Zguby.
Zaginął mi czas. Zimowy. Widocznie razem z pamięcią, ponieważ dopiero teraz sobie to uświadomiłem. Budzę się jakby o godzinę za wcześnie, a wieczory mijają na ziewaniu do TV, z której rano niewiele pamiętam. Świadomość zguby troszkę mnie deprymowała, jednak dzisiaj dostrzegłem, że w moim poczuciu nie jestem odosobniony. Dęby piramidalne rosnące wzdłuż ulicy porzuciły liście – nie wszystkie, a przed wejściem do budynku, gdzie urzęduję również stoją dwa szypułkowe – jeden nagusieńki, jak na zimę przystało, a drugi pyszni się wyschłą zielenią i ani mu się śni upuścić liście na resztki śniegu. Z wodą podobnie – kilkudniowe opady, choć nie były intensywne, to uporczywe, pozostawiły na różnych parkowych drzewach zupełnie odmienne efekty. I tak buki zostały opuszczone niemal natychmiast, brzozy zamaskowały ślady wilgoci, lipy schną powoli i z trudem, a sosny wyglądają, jakby nadal padało. Ktoś szuka pracy, innemu zaginął pies – wiadomość pod telefonem… Wczoraj jedna z odnóg Rzeki zgubiła pokrywę lodową – sam widziałem, jak taflami wielkości bieżni stumetrowców płynęła w siną dal (tzn gdzieś w stronę stadionu). Wszystko to nędza (jak mawiał Aramis). Komuś zaginęła kobieta. Poważnie. Poszukuje się. Poważna sprawa – zamiast rozkładu jazdy autobusów fotka z apelem. I tak polskim zwyczajem, w obliczu tylu poważniejszych następstw i zaginięć poczułem że mój mizerny problem nie wart był zauważenia i, że chyba pora weekend zacząć.

Labirynt.
L. nosi się po męsku. Krótkie włosy, okulary minimalistyczne, bez wyraźnego akcentu, strój typu unisex, traktowany bardziej jako kumpel, niż opakowanie demonstracyjne. Może troszkę naginam rzeczywistość, bo tak było wieki temu – co jednak robić, kiedy pamięci odświeżyć nie było okazji. Za to zdarzyła się okazja do meandrów wzrokowych. Całkiem świeża – płeć co prawda absolutnie się nie zgadzała, jak również zainteresowania, jednak wizualnie – młodszy brat, a może wręcz nastoletnia L. Nie podszedłem, nie pytałem – taka wiedza niczemu nie służy – mogła najwyżej zatrzymać kołowrotek myśli. Niepotrzebnie zupełnie.
Choć zapewne wyglądałem nieszczególnie, kiedy wpatrywałem się w ów okaz z błąkającym się cieniem uśmiechu w kącikach ust. A przecież nie będę nikomu tłumaczył, że ten chodnik wiszący nad Rzeką już świeci, mieszając żółte i czerwone refleksy na nocnej zmarszczce Rzeki, i że miał to być spacer z dedykacją.

PS. Człowiek nawet mówił tak, jak powinna to robić L., gdyby była chłopcem.

Życie jest książką, filmem, czy obrazem?
W mokrych butach, po zmierzchu drepczę przez Miasto, bo nie podejrzewam powodów do pośpiechu. Być może zimno jest, mokro i wieje – pewnie tak, lecz czego wymagać od stycznia? Dużo większą irytację budzą roztopy. Na chodnikach walce lodu uwolnione słońcem z rynny, południowa kałuża łypie poślizgową warstwą świeżego lodu, a zbrylona miazga zamarza w chrzęszczące stalagmity lodowej krystalizacji. Nawet łabędzie – piękne latem – wyglądają jak szmaty rzucone wiatrem na skraj mokrego kleksa nie do końca zamarzniętej Rzeki. Generalnie – w Mieście zima jest brudna i brzydka. Jedna migawka na tydzień może się spodobać – reszta nie ma nic wspólnego z górskim pejzarzem, gdzie biel śniegu staje się błękitna, lód oślepia, wiatr rzeźbi powietrze czepiając się każdego skrawka materii, a oddechem można wyhaftować powietrze. Może to ta sama zima, co w zeszłym roku? Zapisać ją, albo sfotografować, żeby za rok, w archiwum, odnaleźć portórkę z życia? Próbuję zapamiętać drobiazgi dla znalezienia różnic – kiedyś zamarzła mi wilgoć w nosie (a jak wydmuchałem nos, to się pokaleczyłem), ot – tydzień temu dreptałem śladem karpia uwięzionego na dnie stawu – wybiłem dziurę w więzieniu moknąc ponad oczekiwanie. Jeszcze innym razem styczeń z grzybobraniem – ostatnie jesienne  podgrzybki skropione rosą zastygły na mrozie czekając, aż je z trzeskiem obłamię. Zdrowe były na pewno, jednak odległość od domu zmusiła mnie do porzucenia myśli o duszonych grzybach. Tylko dłonie zapamiętały zapach. Albo komunikat radiowy w pociagu powrotnym, że właśnie ubiegłej nocy kładł mnie do snu biegun zimna, kiedy ja właśnie zapragnąłem snu pod opieką kilkudziesięciu metrów piaskowcowego zbocza góry. Tylko w pamięci noszę ślady fantastycznych nacieków wody płynącej porami piaskowca do dziury w skale szumnie nazwanej jaskinią. Wspomnienia mnożą się, odwołując do kolejnych zim, czyli nie jest tak źle – różnią się! Ale nie w Mieście.

Szamanki.
Północne Pole musi wyglądać mniej więcej, jak teren pomiędzy obwałowaniem Rzeki – ciągnąca się w nieskończoność biel, rzucająca bure cienie, na horyzoncie tonąca w ciemności podnosząc tumany wirujących duchów. Na pewno nie są to gwiazdy kwitnące na sosnach, ani fajerwerki jemioły na topolach, czy też prozaicznie mlecznobiałe makatki w oknach MPK (brrr… w autobusie drzwi machały skrzydełkiem nie mogąc się zdecydować na skrajne rozwiązanie). Być może temperatura i wiatr nie dorastają Północnym Polom, ale – przecież nie jestem Eskimosem – dla mnie wystarczy. Twarz mi pękła, czyli nie zdążyłem się skurczyć wystarczająco szybko. Poprzez zamarznięte oczy dojrzałem z lekkim niedowierzaniem dwa dziewczątka w minispódniczkach – nawet nie chcę myśleć, co też im pękło. Powiedzmy, że zaklinały pogodę.
I wcale nieprawdą jest, że ktoś zapomniał o zwalczaniu zimy. Kiedy już odmarzły mi spodnie wykwity soli na nogawkach wyglądają równie imponująco jak poranne makatki.

Czas jest niezbędny na zdziwienia.
Niech będzie, że ponad rok zajęło mi dochodzenie, skąd w Mieście biorą się czaple. I niech też  rozwiązanie zostanie moją tajemnicą, chociaż mam już kolejną przystań, w której obfitość tych stworzeń przerasta miejskie przynajmiej o rząd wielkości. Cóż więc mi pozostaje, jak rozerwać rzeczywistość na dwa światy i kosztować z obu stołów?
W Mieście znikają drzewa, przybywa asfaltu. Pewnie dlatego zielone dzięcioły pojawiają się tam, gdzie nikt nie spodziewałby się nawet wróbla. Rynek, tak często deptany wcześniej, omijam regularnie. Inny odcinek Rzeki służy mi za drogowskaz.
Dlaczego odgrzewam zapomniane? Cóż – znowu dla siebie (egoistycznie do cna) – chyba zapomniałem, jak słów używać, a czysta kartka wystarcza na zbyt długo, choć powinna… no własnie – powinna. Więc odgrzewam.


  • RSS