Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 2.2009

Bilans zamknięcia.
Wreszcie spłynęła ta zima. Może jeszcze nie jest ciepło, ale jakoś sympatyczniej. Pomimo deszczu. Na Rzece małe zamieszanie – pośród kaczek pływa coś jak półtora kaczki – znaczy perkoz, a gdzieś dalej tak jakby podwójna kaczka – czyli pewnikiem będzie to kormoran czarny – bo i rozmiar się zgadza i kolorek też. Rzeka bura i dość wartko w stronę Szczecina pomyka, bo podobno gdzieś w górach już się wspomina o przekroczonych stanach wód – niech więc płynie szybko i miejsce dla następnych roztopów robi. Podsumowałem zimę – zniszczyłem solą trzy pary spodni i tyleż krawatów (przyczyn nie ustalono), rzuciła mnie wątła opalenizna, nie przytyłem, nie zmieniłem obywatelstwa i nawet nie próbowałem, bo mi to do niczego nie potrzebne. Może z tym kompletowaniem osiągnięć trzeba poczekać na fiołki i krokusy, których w Mieście nie powinno zabraknąć, albo trzeba było robić wraz ze zmianą kalendarza, tylko jakoś słabo jestem umocowany w datownikach – nie znoszę zabaw na zawołanie i przymusowego świętowania o określonych przez Bóg wie kogo terminach. W związku z czym idę na tygodniowy urlop. Teraz, choć to zapewne pora absurdalna.

Tęsknoty.
Niczym w marcu świat zmienia się nie pytając nikogo o zdanie. Stado perkozów dało się zwieść kilkoma ciepłymi dniami, by kolejny atak zimy posadził je pod mostem. Nurkowały – owszem, czy jednak sprawiało im to przyjemność, to już nie jestem pewien. Sople rosnące w dziurawych rynnach wypatrują nieostrożnych przechodniów, żeby wystraszyć ich głośnym trzaskiem sypiących się okruchów. Na śmietnikach gruby kożuch mokrego, ciężkiego śniegu, samochody również śpią pod śniegiem. Ze skrzynki na oknie wychyla się coś, czego pewnie nie posadziłem, lecz zieloność służy mi teraz jak rzadko. Niech zostanie – kapryśny się robię dopiero w dostatku. A dziś słońca mi trzeba, niedużo, kilka godzin, na lepsze samopoczucie.

Martwa natura.
Wracam. Powoli, bez gorączki – mijam barki i puste butelki zabetonowane na smutno w Rzece, choć tuż obok, chodnikami ciągną ludzie nasączający ciała wiosną. Pewnie zbyt pochopnie porozpinali kurtki, a dziewczyny znudzone jeansami powyciągały z szaf spódnice – skoro jednak w drodze do pracy można pić piwko z blaszanej szklanki nie przerywając marszu (względnie jazdy), to może jednak ja nie dojrzałem do wiosny? Wracam – stąd do tam, albo stamtąd do tutaj. Mijam ptasi sejmik, wielowątkowo różnobarwnie krążący w szybkozmiennych, kalejdoskopowych układach. Większością dysponują łyski – czarne tak, że resztki lodu przyklejone do brzegów wydają się szare, a łabędzia młodzież brązowa. Wędkarze sterują szczytówkami, aby umieścić spławik z dala od kaczych grzbietów. Jezdnia pyszni się dziurą na trzy metry głęboką, lecz dzisiaj nie widać przy niej żadnych maszyn i ludzi. Ludzi z prostym poczuciem humoru i słownictwem, którzy dostarczali mi wrażeń przez pół zimy. Czyżby więc wiosna jednak? Wracam. Czekam jak zbawienia. Słońce poprawia mi humor gasnący zbyt wcześnie o tej porze roku. Najwidoczniej nie zostałem zaprojektowany na zimę. Albo oduczyłem się (nie uważałem na lekcjach? – pewnie tak – lenistwo jest wrodzone – pracy trzeba się nauczyć)


  • RSS