Kalejdoskop.
Wreszcie wszystkim powracał humor. Pościągali z twarzy i ciał grube warstwy przygnębienia i zbyt długo zachmurzonego nieba. Wraz z fiołkami świat zaczął pachnieć, aż nogi krzyczą o dodatkowe spacery. Nad Rzeką, na balustradzie mostu szpak powitał mnie jak dawno nie widzianego gościa – chociaż nic nie zrozumiałem z ptasiej mowy, to jednak miło z jego strony. Wyszedłem na gbura, który nie potrafił odpowiedzieć niczym poza wewnętrznym uśmiechem, więc poleciał dalej. Gdzieś tam, gdzie na sztywnych nogach stoi krzesło, którego oparcie zaczyna przewidująco poszukiwać cienia przed letnimi upałami w zaroślach pączkujących drzew. Psy uśmiechają się do gołych stópek w lekkich pantoflach, kobiety poszukują wiosny w stanikach (co nieodmiennie każe dodać, że faceci szukają jej cokolwiek niżej). Rynek znów opanowany przez kolorową od wyobraźni ekonomicznej gawiedź. Sprzedają talent, lub śmieci, czas, być może ciała. Ulice kąpią się w sosie własnych trzewi, a te nierozkopane przypominają, że i na nie pora, żeby zimowe zmarszczki im poprostować. Dzieciarnia opanowała piaskownice, łąki i budki z lodami. Te większe szukają raczej towarzystwa – często ograniczonego do tej jedynej osóbki, z którą można rozmawiać bez słów. Bramini już okrzepli – wyrastając niczym bazie, ozdabiają brzegi niewybredną gwarą. I jeśli dobrze się przyjrzysz – ja – gdzieś pośrodku niczego spaceruję, jakbym ostatni raz miał oglądać Rzekę, gubiącą w nurcie i chwastach nabrzeżnych opakowania po wszelakiej marki piwie.