Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 1.2015

Obrazy z minionych lat wracają do mnie w nowej odsłonie. Niegdysiejsza Wróżba Na Dzień Dobry, pojawiająca się niespodzianie gdzieś w drodze do pracy, w nieco dojrzalszej, kompletniejszej wersji zdarza się w innym miejscu. Całą swoją osobą pachnie kobiecością, która nie musi nic udowadniać, która broni się swoją wewnętrzną siłą. Pojawiła się i dzisiaj, choć pora była jakby nieodpowiednia i dla mnie, i dla Niej. Czekam więc na spełnienie niewysłowionych, dobrych wieści, mimo, że dzień jeszcze młody.

Miasto prute łyżkami koparek nie odpoczywa. Krwawi wykopami w miejscach, gdzie miło jest oddać się bezwolnym myślom i niespiesznym spacerom, choć to podobno zima, ale jakaś taka niezdecydowana – jakby wyłącznie kalendarzowa. Nowe wznosi się, zabierając krajobrazy oswojone, tworząc rysy na pamięci. Zapewne – dobrze – być może komuś trzeba zatrzeć wspomnienia i pozwolić żyć bez tego ciężaru. Mój palec w głowie wciąż wskazuje mi miejsca i obrazy z kiedyś, gdy z kimś, lub bez, robiłem, lub tylko byłem, coś, albo cokolwiek innego, czego dzisiaj nie da się powtórzyć.

Więc liczę na Wróżbę, że dzisiaj będę wspominał kiedyś, kiedy wszystko dookoła zmieni się, gdzie nowe przykryje wspomnienia i tylko cichutki wewnętrzny palec pokaże wspomnienia z dzisiaj. I niech będą to dobre wspomnienia w tym nieidealnym dniu.

Trawnik ozdobiony chlebem w kromkach stał się bardzo popularny wśród gołębi. Zdarzało się, że po wyjedzeniu miękiszu, skórka podrzucona szarpnięciem dzioba zawisała na szyi ptaka niczym chomąto. Zabawnie wyglądała walka zwierzątka o uwolnienie od pokarmu, chociaż zapewne wyłącznie dla obserwatora. Wróble nie miały podobnych problemów. Rozmiar pozwalał im ulokować się zgoła w środku. Za to gawrony zbyt dumne na konsumpcję chleba. A może wysublimowane poczucie smaku kazało im szukać innego pożywienia. Wyciągały ze śmietników worki foliowe i wytrząsały zawartość na chodniczek. Jeden próbował dostać się do opakowania po chipsach – przytrzymując pazurami pracował dziobem nad rozprostowaniem woreczka, żeby wysypać resztki. Przestałem przeszkadzać w posiłku, a wiatr rozwiał sprawdzone opakowania po okolicy. Sroka, szukająca błyskotek przedzierała się przez chaszcze. Wielkiego sukcesu jej nie wróżę – co najwyżej kapsle i zakrętki od wysokoprocentowych napojów. Po cichu (jak to w ich zwyczaju) przycupnęła na brzegu czapla, wlepiając oczy w wodę, to znowu zerkając na mnie. Zimą zmieniła barwy na ciemniejsze – być może wychwytuje nieliczne promienie słoneczne i kumuluje ciepło. A ja czekam na ptaki o barwach różnych od czerni i szarości, rozśpiewanych i kolorowych, jak studenci na juwenaliach.

Jesień zeschłymi liśćmi leży na trawnikach, które nadal potrafią być zielone, choć teraz wyraźniej widać, jak bardzo przerosły mchami. Gdzieniegdzie wygrabione brzegi alejek pachną wilgotną ziemią, pieszczone ramionami uschniętych, spróchniałych gałęzi dębów. Ludzie też jesienni – kumulują energię do wnętrza, więdną. W tym zastygnięciu dziewczyna o urodzie spoza szablonów kolorowych gazet tryska życiem na odległość wzroku dookólnie, niczym broń masowego rażenia. Jakby nietutejsza i niedzisiejsza. Pomyliła pory roku? Anomalia pogodowe – owszem, są, ale chyba nie aż takie? Przewrotnie myślę, że to chyba zazdrość, że ja też chciałbym iść stamtąd… Nie oszukuj – cynik się we mnie odezwał – chciałbyś – to fakt, ale raczej wracać od niej!.

Po zmierzchu, czerwonymi oczami, flirtują katedralne wieże z kominami elektrociepłowni.

Jeśli budzę się z myślą wczorajszą, zerkam za okno –tam środa, niedoskonała jeszcze, niemowlęca taka, ale już po pierwszych krzykach. Damskie obuwie (jak sądzę) wystukuje rytm na klatce schodowej, brzegiem nocy zmierzają ku codzienności ci, którym przyszło pracę rozpoczynać wcześniej ode mnie. Poziom wody w Rzece wzrósł tak wyraźnie od wczoraj, że zacząłem zwracać uwagę na jej labirynty. A tu niespodzianka – w jednej ze ślepych uliczek wystaje nad wodę przystań policyjna. Czyli gospodarka wodna, a nie żywioł sprawia że urosła nam woda. Winem obrośnięte mury i płoty, choć bezlistne teraz, to i tak ich obfitość maskuje liszaje. Pod halą stoją filary podtrzymujące niebo – takie z osiem – dziesięć metrów, zakończone platformami, żeby było jak klęczeć w modlitwie. One też w wężowym splocie bluszczy gubią swoją betonową szarość. W fontannie wyrosły kolorowe balony. Gdy już zabraknie światła słonecznego rozkwitają sztucznie barwionym światłem udając nie-wiadomo-co. Znaczy wiadomo – zapewne nazywa się to „instalacją” i ma zadanie estetyczne. Chyba jednak nie jest to „moja estetyka”. Cóż to z językiem się nawyrabiało – rzeźbiarze tworzą instalacje, malarze realizują projekty, wojskowi przeprowadzają operacje, a angielszczyzną zaśmiecony jest każdy słownik w dowolnej branży z życiem codziennym włącznie. Brr… Wracam do teraz.

Dla odmiany pospałem chwilkę dłużej i zamiast spaceru porannego korzystałem z dobrodziejstw komunikacji zbiorowej. Na przystanku wielkie drzemanie, marzenia senne, ludzie jakby w letargu. Po południ mają więcej wigoru. Ciekawe, że kobiety cierpliwie czekające na transport zaplatają nogi w iksy. Szczególnie te w wieku pomiędzy dzieckiem a pełną dojrzałością. Sploty trafiały się wystarczająco często, żebym zaczął się dokładniej rozglądać. Faceci tak nie robią. Młodsze żeńskie egzemplarze (kiedy już iksy się znudziły) układały stopy w literę „T”, bez wysiłku osiągając kąt powyżej prostego. Aż mnie stopy rozbolały od patrzenia, bo to nienaturalne. Prawdopodobnie zapomniałbym szybko, gdyby nie trafiła mnie informacja z sieci, że po Mieście grasuje gwałciciel. Reakcja taka (być może) wygląda na podświadomą obronę przed niechcianym. Bo chyba nie chodzi o pamięć udanego poranka – taki rozświetla oczy, pogłębia oddech i pulsuje energią. Nie. Nie pytałem- jakoś nie mam zwyczaju zaczepiać na ulicy tylko po to, żeby zaspokoić ciekawość, szczególnie, kiedy i tak nie uwierzyłbym w szczerość odpowiedzi. Nie wiem więc, jak nie wie większość facetów, co skłania poranne kobiety do zaplatania.

Zdumiewa mnie nieustająco, kiedy oglądam amerykańskie filmy i słyszę, że ktoś wyjechał w kierunku zachodnim, albo każą przemieszczać się na północ. Może amerykańskie dzieci mają wszczepiany kompas w okresie niemowlęctwa. Trudno mi pogodzić się z tłumaczeniem że mam iść na południe, żeby trafić na przykład do Rynku. Za skarby świata nie zgadłbym, gdzie to południe się znajduje i wylądowałbym w połowie drogi w Karkonosze, albo Bieszczady. Skąd wiem? Wczoraj wieczorem przyglądałem się gwiezdnemu łucznikowi, przesuwającym się z lewej części widnokręgu w prawo. Głupio mi to brzmiało – o wiele lepiej byłoby powiedzieć , że Orion poluje przesuwając się na zachód (że niby pojawił się na wschodzie i dorasta zmierzając ku zachodowi, co później powtarzają Polanie). Tylko czy to prawda…?

Zanim świt nastał widziałem organizmy nieistniejące, żywe kłębowiska wykonujące rytuał pożegnania przed atakiem na Miasto. Kołowanie nad Wodociągami zakończyło się podziałem na mniejsze organizmy – można powiedzieć rozbicie dzielnicowe. Zapewne następnie taki twór dzielił się na osiedla, ulice i konkretne lokalizacje, żeby osiągnąć stan jednostkowy, ale to już poza zasięgiem wzroku. A, że organizmów było trzy w odstępie paru minut trudno było nie zauważyć. Szczególnie, że hałaśliwy to żywot, znaczący swoją obecność białymi kleksami na asfaltowych chodnikach i brązowych ławeczkach. Nieliczni spóźnialscy zamiast niezwłocznie dołączyć do organizmu również oddały się rytuałowi, zanim zaczęły doganiać chmarę. Czyli ważny to element codzienności.

Żeby nie było, że jestem jakiś inny – ja też mam takowe – ot, choćby obowiązkowa kawa pita o poranku z mile widzianym spokojem.

Mam skłonności i doskonale sobie z tego zdaję sprawę. Kiedy tylko mogę sobie na to pozwolić (bo polityczne zwierzę jestem) to pozwalam sobie na nadinterpretacje i zabawy słowne. Boję się, że zgubię (czego z kolei nie lubię bardzo), więc od ręki i na gorąco notuję ku pamięci (spacja niezbędna i nieomijalna, przynajmniej pod tym adresem). Zostałem obciążony zdaniem : „skoro są szlufki, to musi być pasek”. Tylko kobieta jest zdolna takie wygenerować. A ja (chociaż nie przyznam się przynajmniej przez lat kilka) musiałem pomeandrować: „skoro jest oko, to musi być widok”. Sprawdziłem – i zapewne jest, gdyż słońce wgryza się w oczodoły nasyconą żółcią. Pajęcze nici uczepione traw wyznaczają nietrwałą perspektywę, bardziej ruda niż zwykle mysz przetacza drobiazgi z jednego w drugi zakamarek szeleszcząc przy tym ponad własne życzenie. Mniemam, że zazdrości samolotom, których z tej płaszczyzny nie słychać, gdy tną niebo upstrzone cumulusami. Mały żywocik z mnóstwem zagrożeń zewnętrznych wiele by oddał za tę bezgłośność. Szczególnie, że zdarzają się bezdomne koty i psy o niezaspokojonym apetycie na ciepłe mięso.

Dwukrotnie(choć nie dziś) zlokalizowałem tu wzrokiem zająca, co już jest wybrykiem. Tak sądzę, nawet, kiedy TV przedstawia stada dzików, łosie i pomniejszą dziczyznę z miejskim zameldowaniem. Był taki czas, że wieści niosły informacje o pumie, piraniach, krokodylach, anakondach, czy ptasznikach. Jakbym w tropikach mieszkał… Dziękuję – nie życzę sobie. Niech coś będzie stałe i przewidywalne. Przecież klimat nie zmienia się aż tak szybko.

Spory zakręt myślowy – to znak, że pora kończyć tułaczkę, bo w głowie się coś poprzewracało. „Skoro jest słowo, to musi być meander”.

Gdyby drzewa w Mieście miały chociaż cień nóg, to zwiałyby stąd czym prędzej. Jak żyć, kiedy lipom, zamiast liści rośnie w koronach rozwrzeszczane stado gawronów. Martwy dąb z dziurami, w które swobodnie można palce włożyć, ale trzeba zawołać pluton wojska, żeby palców nie zabrakło – czyli pewnie to kozioróg dębosz, potrafiący zeżreć dorodne drzewo w osiem lat – osobnika nie widziałem  – podobno jest ich w Polsce około tysiąca i to pod ścisłą ochroną. Platanom łuszczy się skóra. Chociaż to naturalne, to wygląda przygnębiająco. Poprzycinane klony z nienaturalną koroną, suchodrzewy skrócone poniżej metra, żywopłoty z wiązów wzdłuż torów szarobure, jarząb szwedzki z popękaną korą. A. Jeszcze wierzby (już nie płaczące) czekające większej fali, żeby Rzeką spłynąć. Wszystkie skatowane bardziej niż drzewka bonsai. I jeszcze mniej od nich „naturalne”.

Tylko wiać. Dokądkolwiek.

Na początek (taka okolica) martwa butelka z ukręconą szyją po piwie „żywym” – to już chyba absurd, szczególnie, kiedy opakowania po Desperadosie, czy Łomży w całości ozdabiają pobocza chodników lub dumne stoją na ławkach. Kawałek dalej setka po jakiejś wódce cytrynowej (wysublimowane społeczeństwo) – setka jest dobrą miarą – sto kroków dalej następna. Trzecia już wiele bliżej – przynajmniej dla trzeźwego. Pomiędzy drugą, a trzecią słoik o pojemności ciut poniżej litra – czyżby zakąska dla dwóch? Eee… chyba kolacja dla jednego sądząc po trzeciej setce. Porzucone, przemoczone herbatniki, puste latawce opakowań po chipsach i batonach… Dokarmia się społeczeństwo w marszu – takie zapracowane. Dziewczyna (poniekąd urodziwa) żuje gumę, druga z termosem w ręku, ktoś gryzący paznokcie, czy też szukający między zębami zapasów spożywczych na drogę. Na wodzie kaczor próbujący odebrać coś drugiemu…

Może to dobry czas na otwarcie czegoś całodobowego z żarciem dla wyposzczonych.

Wczoraj do Miasta przyszła wiosna. Chyba na dłużej, co wcale mnie nie martwi. Gdy przypomnę sobie piątkowe poziome opady i wiatr, przy którym musiałem przybrać pozycję startującego w powietrze skoczka narciarskiego (aż strach myśleć, co by się stało, gdyby znienacka ucichł…), to ta odmiana nie pozostaje bez wpływu na samopoczucie. Znów chce się przemierzać Miasto.

I tak wczoraj starszy pan w czapce z dwoma pomponami wsiadł do tramwaju, wskazał dłonią jedno z bardzo wielu pustych miejsc jakby sam siebie pytał, czy tu będzie dobrze, potem skinął sobie głową i potwierdził dłonią, że tak – to jego miejsce na świecie na tę chwilę. Więc mi się wesoło zrobiło.

Dzisiaj korzystając z tej niespodziewanej pogody zafundowałem sobie godzinny spacer do pracy trasą, którą latem przemierzam za często. Chociaż bobra widziałem tylko raz, i to pojedynczą sztukę, wzdłuż ulicy ładnie nazwanej Wybrzeżem liczba zagryzionych drzew skłoniła mnie do poszukiwania żeremi. Bez skutku. Zapewne będę musiał poczekać, aż bobry wyczyszczą do białej kości całe nadrzeczne szuwary. A jeżyną obrodziło do amoku…

W parku wielkie sprzątanie, jednak tym razem, to nie ludzie naśmiecili, tylko przyroda. Gałęzie wyczesane z drzew wiatrem i suche liście w przerażających ilościach. Swoją drogą ciekawe dokąd te liście się udadzą. Stodoły za mało. A gdyby tak Rynek nimi wyścielić do kolan? Przednia zabawa i atrakcja niespotykana. Gdzieś we mnie kwitnie już obraz ślicznych kobiet (których urodzaj tej zimy jakby z całej Polski zjechały) brodzących Rynkiem po kolana w liściach gdzieś między jedną, a drugą knajpą. Machnąłem ręką – przecież nie chodzą w spódnicach i sukienkach, tylko w tych kolorowych kalesonach – więc czemu nie – pod spódnice nie nawieje…


  • RSS