Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 2.2015

Przyczepiła się do mnie myśl i ciągnęła za mną – z wiekiem kobiety zyskują pewność siebie, podczas gdy faceci ją tracą. Im dłużej przymierzałem tę myśl do widoków, tym bardziej byłem do niej przekonany. Młode samce – rozbuchane w gestach i słowach niewybrednych, obok starszych, pozbawionych złudzeń i rozmachu. Dziewczątka ciche i pokorne mijające dorosłe osobniki z zaciętością w oczach. Chyba się starzeję, bo milczeć umiem już na każdy temat. Co mi przypomniało, jak „Złoty Ludwiczek” z dumą oznajmiał wszem i wobec – „jest czas, kiedy jadamy lwy!”. I nawet jadaliśmy. Nie powiem, że jestem na diecie, jednak lwy w menu bywają coraz rzadziej, a nie jest to danie, które łatwo wykreślić z jadłospisu.

Nietypową porą przyszło mi się przez Miasto poruszać w stronę codzienności. I choć trochę przymglonym spojrzeniem i w kierunkach mniej typowych zerkałem, to jednak świat wydawał się mniejszym i spokojniejszym niż o młodym poranku. Ludzie przemieszczali się sennie, gaworzyli niespiesznie, a zwierzęta znikły. Wiatr toczył śmieci po chodnikach beztrosko, gość rozmawiający od zawsze sam ze sobą wykrzykiwał dialog na jedną schizofrenię goniąc tekst i polemizując nieświadom zewnętrza. Architektura trwała w powolnym procesie samounicestwienia, a świeże wykopki w więzieniach zastaw odgradzały piechotę i ruch kołowy od rewolucyjnych zmian w miejskiej substancji. Chciałbym powiedzieć plenerowe widoczki, które nie mają wiele wspólnego z pejzażem – nie pasują mi takie określenia do czegoś, co z naturą ma tak niewiele wspólnego.

Zerkam dookoła i powtarzalność tego okresu trochę mnie przytłacza. Bo końcem lutego ludzie stają się bardzo nerwowi i ekspresyjni – zarówno w słowach, jak i działaniach. Życzliwość i uśmiech znika, by powrócić dopiero w marcu, kiedy już słońce wyraźnie usadowi się na nieboskłonie. Gdybym mógł, niczym kartkę z kalendarza wydrzeć ten miesiąc z życia, świat byłby dużo przyjemniejszym. Żaden z pozostałych miesięcy tak nie wpływa na ludzi. Doceniam pozorną ekstrawagancję lekarzy skandynawskich przepisujących Norwegom ciepłe kraje, żeby mogli nasiąknąć słońcem i wyrwać się z depresyjnych stanów umysłu. A niedźwiedzie przesypiające ten czas? Skąd wiedzą, że to prozdrowotne postępowania uwalnia je od zgrzytania zębami?

Słońce maluje kolory na czarno-białym świecie. Mijające się w locie łabędź z kormoranem na tle jaśniejącej kamienicy pamiętającej początek ubiegłego wieku nie zmieszały się niczym kawa z mlekiem, lecz stanowią niezależne plamy kierujące się w zupełnie różnych kierunkach, choć w celach zapewne zbliżonych.

W autobusie jeden z pasażerów był uprzejmy się odpowietrzyć – bezbarwna, choć nie bezwonna chmura ciepłego metanu uniosła się zgodnie z prawami fizyki i niespiesznie rozpełzła się po wnętrzu. Byli i tacy, co błogosławili katar pozwalający im nie brać udziału w zbiorowej aromaterapii.

Bielizna (i z nazwy i z koloru) damska (jak sądzę) próbowała zamaskować swoją obecność na skraju trawnika jeszcze pokrytego szronem. Maskujący teraz kolor już za godzinę będzie krzyczał prezentując się światu, chyba, że litościwe służby porządkowe zdążą ją odtransportować. Doprawdy interesujący musiał być powód jej porzucenia – przymrozki nocne wraz z istotnym wiatrem wymagały dużej motywacji dla takiej decyzji. Podziwiam i zdrowia życzę właścicielce.

Czyżby pora przyszła na zmianę zawodu? Może powinienem zająć się ornitologią aglomeracyjną. Niedawno widziany kormoran rozmnożył się do trzech sztuk smętnie siedzących nad Rzeką na drzewie uschniętym po zabiegach pielęgnacyjnych wykonanych przez bobry. Gapiły się w wodę nieprzemakalnym wzrokiem siedząc powyżej wędkarzy. I one i oni liczą na te same łupy, co chyba oznacza, że ten łup nie jest taką mrzonką, jak naście lat temu. Kiedy otwiera się okno, gdy jeszcze księżyc ukrywa ciemną stronę okrągłego brzuszyska przed blaskiem przerośniętego słońca na tym samym niebie przekomarza się ze sobą latająca radość. Choć Miasto lśni przymrozkiem, a zimowe czapki zdobią większość porannych głów, to świat trąbi o wiośnie. I po raz kolejny zmarznięte teraz dłonie będą pociły się w trudzie codzienności, a oczy schły od ciepłego kurzu. Bo jutro nie zawsze jest idealne.

Gdzieś wysoko śpiew ptaków, na granicy ogrodu zoologicznego czaple sprzątają sypialnie, na Rzece kormoran – chyba pierwsza wizyta w Mieście. Czyli budzi się życie, bo w parku pierwsze bazie zielenią się. To wyjaśnia, dlaczego kobiety też kwitną, choć kalendarz się krzywi. W radio cztery pory roku. Wyżeł omija mnie szerokim łukiem, jego właściciel mniejszym. Dobrze jest pospacerować o poranku – bezinteresownie.

Wczorajsze Miasto ciche i czyste. Przykryte śniegiem jednodniowym, który ukrył codzienny brud. Były miejsca, wyglądające, jakby nikt jeszcze ich nie odkrył, gdzie trudno odróżnić trawnik od jezdni, dziewicza nieomal natura jak ze starych obrazów zimowego pejzażu. Miłe, choć krótkotrwałe. Bo dziś znowu świeci słońce, a ze śniegu pozostały tylko resztki w miejscach hałd przy krawężnikach. Ślady ludzkiej beztroski znowu widać, psy z mokrymi brzuchami zostawiają wężowe ślady na korytarzach, sprzedawcy gazet(? – jak ich nazywać, skoro gazetki są bezpłatne???) dzielą się ze śpiącym narodem świeżymi wieściami i wszechobecną reklamą wszystkiego. Czekając na transport utwierdzam się w przekonaniu, że kobiety w ciąży i te w okularach zyskują na urodzie. Starszy gość z niezapalonym papierosem w ustach wtacza się do tramwaju, gdzie połowa pasażerów słucha muzyki z aparatów telefonicznych… Świat na głowie – może namówię swój telefon, żeby mi pierogów ugotował. Myśli błądzą przeskakując po splotach nerwowych gubiąc się i przesiadając wciąż na inne tory. A takie są rozpasanie, jakbym zażył coś nielegalnego. Szczytem jest posiadanie sześcioletniej Bójki w dwóch niezależnych bytach i istotach. Jeżeli jest to norma, to nic o tym nie wiem, ale być może cytując „klasyka” – „taki mamy klimat”.

M. mawiała kiedyś o Nim, że potrafi pokazać słowa rękami, co nie jest dalekie od prawdy. Mówią to nawet Jego studenci, a ja z dziką radością oglądam te programy ciesząc się, że jest tutaj, choć nie stąd. Ale stąd nie ma tu prawie nikogo w jego wieku, więc trzeba to wszystkim wybaczyć. Bo być stąd może nastąpić już po roku-dwóch studiowania, kiedy człowiek nasiąknie klimatem i wilgocią, kiedy zakocha się w którymkolwiek fragmencie Miasta i to zakochanie nie pozwala na powrót w rodzinne strony, które mimochodem, niechcący jakoś przenoszą się tu za kolejnym zarażonym żywotem. A wyjechać, to już sztuka, po której nostalgia pozostaje na całe życie. Czyli lepiej się stąd nie ruszać, a jeśli już, to wyłącznie po to, by wracać. Aż się uśmiechnąłem do siebie na wspomnienie takiego powrotu, gdy katar minął wraz z bólem głowy po pierwszym łyku tutejszego powietrza. Widać jestem zatwardziałym tubylcem.

Ciekawe, jak m. radzi sobie bez tutaj?

Labrador bez nadzoru, choć z obrożą, wygrzebał w wale przeciwpowodziowym sporą dziurę i leżąc zaglądał do niej w bezruchu. Sikorka- zaklinaczka wiosny na pustej gałęzi jabłoni podśpiewywała sobie swoją własną mantrę. Śnieg leżał. Mało zapracowany, luźny i wilgotny – chciałoby się powiedzieć bezrobotny. Płacząc nad swym losem topi się tworząc błotniste bajorka. Kto wie, czy nie przyglądał się moim spacerom, kiedy głowę chłodzi mi wiatr nieoswojony. Rzadko się zdarza, jednak dziś dostałem od wiatru prezent w postaci mokrego banknotu – nieduży on, i nominał i waluta, przez co wyrzutów sumienia nie będzie. Potraktowałem jak zaproszenie na piwo – skorzystam. Tak. Niekłótliwy jestem, może się przysiądzie, pogadamy, może opowie co zwiedził dzisiaj i komu w twarz spojrzał.

Słońce od rana. Powinno zapalić uśmiechy na twarzach, ale nie. W miejskim labiryncie nie widać radości. Prędzej pośpiech i wsobne spojrzenia – do wewnątrz, do własnych myśli, knucie i strategie, bezmyślność i wspomnienia zbyt krótkich (?) nocy. A mnie nosi i chyba zdecyduję się na wagary, żeby wąskimi ulicami, bez celu i sensu choć chwilę… Le flaneur – nie cierpię obcych określeń, jednak definicja tego słowa niczym szminka na lustrze przylgnęła do mojego wyobrażenia o mnie. Rzucę okiem, czy na fasadach nadal pysznią się lwy, psy, gryfy i co tam jeszcze poprzednicy byli uprzejmi zostawić nam w spadku. Jeśli zobaczysz kogoś, kto z nosem w chmurach i uśmiechem bez adresu niespiesznie omija dziury w rynkowych granitach, być może będę to ja, moje odbicie, lub sobowtór.


  • RSS