Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 3.2015

Wiatr wygnał ptaki ze swoich stałych miejsc i tylko gwizdy szpaków w budkach lęgowych świadczą o trwaniu życia. Lustro wody pomarszczone jak jabłka po zimie, nawet wędkarzy wywiało (chociaż raczej nie przygnało ich). Po drodze czarna pani – długowłosa w płaszczyku pod kolor i kapeluszu. Tylko twarz blada kontrastuje z czernią. Przyjemna, lecz niebezpieczna – bo trochę strach w te studnie oczu zaglądać – można utonąć, lub zniknąć niczym w kosmicznej dziurze. Żywopłot z ligustru obudził się i lada moment zakipi pełnią zieleni, mirabelka okryta białymi kwiatami, zanim pierwsze liście ukłonią się słońcu. Kobiety pachnące fiołkami, choć nie są fioletowe. Wyżeł skryty gdzieś za ogrodzeniem, którego ma strzec ćwiczy wycie szeptem – instynkt się odezwał, ale wychowanie blokuje go i nie pozwala pełną piersią wyśpiewać pieśń do swoich korzeni. Nie śpiewam i nie tańczę – wiatr maluje mi na twarzy opaleniznę i rzeźbi bruzdy, żebym miał co wspominać na stare lata.

Lekarz od „motyli w brzuchu”? Proste – gastroentomolog. Gdy woda choćby mizernym ciurkiem z nieba leci świat ciemnieje i paleta barw ogranicza się do absolutnego minimum, po głowie krążą różne dziwaczne myśli. Zastanawiające, że ta woda zawsze potrafi znaleźć najniższy punkt i zmierza do niego drogami możliwie prostymi. Możliwie, znaczy nie koniecznie na wprost. Strumyczki i szerokie rozlewiska w różnym tempie przesuwają się szemrząc lub nie, w kierunkach nieznanych, czasami zatrzymując się w idealnie wypoziomowane, miniaturowe baseny i stawy. Tylko wiatr potrafi wyprowadzić je z równowagi.

Od samego rana depczą mi po plecach. Chrząkają, albo śpiewają i powtarzają mantry. Lubię ludzi, jednak nie w takiej lokalizacji. Zdecydowanie wolę, kiedy przemieszczają się inaczej – z przodu, boku, lub trawersują mój kurs pod kątem dowolnym. Za plecami czuję ich nieomal jak w rosyjskim wojsku – tam nazywało się to krokiem oszczędnym – wojsko szło noga w nogę oszczędzając przestrzeń. Całe szczęście, że magnolie zaczynają już pokazywać mleczno-różowe pąki. Może weekend będzie pachnący. Kobiety montują bardzo skomplikowane konstrukcje na głowach – niczym pompony sterczą kule włosów na czubku głowy. Dość licznie, co oznacza zapewne modowe szaleństwo 2015.

Stado pliszek krążyło gdzieś wokół i nie rozpoznałbym wakacyjnych złodziejaszków, gdyby nie jeden odważniejszy. Zszedł po drzewie na ziemię i przyglądał mi się bezczelnie. Nie miałem orzechów laskowych na zbyciu, więc poszedł sobie do swoich spraw – latem pokładam się ze śmiechu, gdy widzę, jak z miseczki po cichu znikają kolejne orzeszki i wędrują w drobnych dziobach w górę drzewa. Dziś chrupała wyłącznie wiewiórka, której udało się odnaleźć jesienne zapasy. Niewielkie miała szanse w produkcji decybeli z piłą spalinową. Jeszcze wczoraj oglądałem dąb, którego życie popchnęło ku ziemi, aż oparł się sękatymi ramionami o ziemię, a dziś rozczłonkowywany jest na drobne. Wracając pewnie tylko wspomnienie zobaczę, bo kolejne członki wędrowały prosto na przyczepę.

Taki dzień (kiedy już przyjdzie) na pewno nie będzie dniem powszednim i codziennym. Jak go nazwać, gdy budzi cię zanim jeszcze zgasła noc, wabi śpiewem ptaków i wysyła promienie słoneczne prosto w zaspane oczyska. Wychodzę więc wcześniej niż powinienem z wielką ciekawością. W nurcie kołysze się butelka po winie – raz kiwa na „tak”, raz na „nie”. Niczym gombrowiczowski patyczek zaczepiony pajęczyną w dziurze muru zwiastuje niepewność i nieprzewidywalność. Po drodze kobiety-klepsydry zapatrzone we własne wnętrza, jakby próbowały zatrzymać przesypujący się czas – wcale przez to nie mniej piękne. Później metalowy cietrzew sterany rdzą do amoku czeka, aż ktoś go uwolni od męki – skądinąd – przy uniwersytecie przyrodniczym, czyli zwierzątko myślące. Jeszcze się dobrze nie napatrzyłem na cietrzewia, gdy los rzucił mi bierki pod nogi i zaprasza do gry – czarne pręty parasola rozsypane na chodniku czekają na graczy. Nieco dalej (w zależności od ideologii) krzyżyk wycięty w płytce chodnikowej (dla idealisty) lub plus (dla materialisty), albo też „X” (dla pozostałych). Dochodzę do parku, a tu tablica informacyjna prosząca bym nie obniżał walorów… Przestałem czytać natychmiast, ponieważ swe wątpliwe „walory” chciałem obniżyć na parkowej ławce i spokojnie zapalić papierosa, co z resztą się udało bez trudu. Na jednej z kolejnych ławeczek stoją dumnie puste opakowania – półlitrowe po „Łomży” i ćwiartka po „Sobieskiej”. Umysł zaczął już wymyślać niestworzone historie, kiedy głowa odnalazła pracowników Zieleni Miejskiej sadzących krzewy w parku – pierwsi podejrzani, że gdy termometr wskazuje pełne godności zero zmniejszyli krzepliwość krwi przed wykopkami. Głęboką koleiną zdarzeń przyszło iść. Wiewiórka szukająca swoich jesiennych zapasów wzbudzała sympatię całym swoim istnieniem, gdy mawia się, że małe, i że rude to wredne. Chyba, że to ja taki nietypowy… Myśli wciąż krążą, choć nogi pokonują wciąż nowe przestrzenie i meta coraz bliżej. Jakiś facet w dalekiej przeszłości powiedział, że na tym świecie do najpiękniejszych widoków należą konie w galopie, statki pod pełnymi żaglami i nagie kobiety. Ciekawe, jak wyglądałaby święta trójca estetyki kobiet? Trochę strach zapytać, a płci zmieniać raczej nie będę… Zanurzam się w ten dzień pełen wątków nieznacznych z myślą, że to już było. Że gdzieś tam we własnym archiwum odnajdę te same wątpliwości i fantasmagorie mało istotne z punktu widzenia świata. Wkraczam w przeszłość.

Marcowe fiołki potrafią mieć bardzo intensywny kolor i zapach. Pewne nie wszystkie. Pozwoliłem otulić się w szum wody i wiatru, pośród gwizdów szpaczych, których mrowie zwiastuje zapewne urodzaj na czereśnie. Po tych wszystkich zorzach i zaćmieniach czas najwyższy na stabilizację i eskalację ciepła, na porę suchą, albo wręcz wakacje, lub przynajmniej długi weekend malowany słońcem. Myśli niesforne krążą wokół wagarów choćby krótkich, odartych z elektroniki i dokumentów. Uśmiechać się do mnie można bezkarnie. I beztrosko.

Od rana krążę z tajemniczym uśmiechem, wystarczająco skrytym, żeby nie przypominać kogoś, kto uśmiecha się całodobowo bez możliwości zmiany tego stanu. Słońce na żółtej ścianie maluje obrazy drzew bezlistnych w nadnaturalnych rozmiarach. Mój cień wyprzedza mnie wyraźnie, a przypomina pionka z szachownicy. Kiedy zobaczyłem kobietę z podobnym do mojego uśmiechem oczywiście przepadłem. Czy w moich oczach też widać, że całe ciało się cieszy? Bez powodu? Można się zakochać, co bezzwłocznie zrobiłem.  A to może oznaczać, że dorosłem do tego, żeby cieszyć się bez wyciągania rąk i tej nieprzepartej rządzy posiadania wszystkiego, co się podoba. Wyłącznie dlatego, że jest. I nie musi być od razu moje.

Poranne kobiety cierpią. W krótkich spódnicach, zaciskają zęby i marszczą czoła w marcowym chłodzie, żeby w południe móc przyciągać męskie spojrzenia, których nie braknie w Mieście. Bo i jest na co popatrzeć. Obrodziło urodą, a wciąż nowe egzemplarze ciągną do tutaj. Nawet urzędy dostrzegły, że ułatwianie życia urodzie wyjdzie Miastu na dobre i pod pozorem troski o niepełnosprawnych budują deptaki dla kobiet występujących oficjalnie w szpilkach. A kiedy już ogródki rozsiądą się po Rynku, a wieczór urośnie o dodatkowe godziny trudno będzie znaleźć lepsze miejsce do podziwiania widoków skądinąd natury…

Cieszę się słońcem, które każdego dnia inne. Przedwczoraj po południu pochylało się nad Miastem chowając się odrobinę pod zbyt małe chmury, tylko po to, żebym wymyślił niesprawdzone porównanie do gorącej pomarańczy. Wielkie, napęczniałe, w kolorze pomiędzy pomarańczowym, a czerwienią. Wczorajszy ranek przywitało żółcią tak jasną, że aż chodniki świeciły, a parkowe ławki skrzyły się topniejącym szronem. Dzisiaj żółć już dojrzała kusząc kolarzy chodnikowych na masowy wysyp. Kręcę głową widząc pierwsze krótkie rękawy i nogawki tuż obok zimowych czapek z nadzieją, że wystarczająco dyskretnie, żeby nie budzić politowania wśród przechodniów – dorosły chłop gadający ze sobą w chłodzie poranka nie musi wzbudzać sympatii.

Powinienem już przestać dziwić się bogactwu ptasiego świata w samym środku Miasta, jednak z każdym dniem nowe idzie. Na dzień dobry perkoz, którego bardzo lubię nazywać peryskopem – do dzisiaj wydawał mi się ptaszkiem wakacyjnym, a nie tubylcem, który bada głębokość Rzeki. Pomijając łyski, krzyżówki, łabędzie, kormorany i czaple po kilku zaledwie minutach natknąłem się na bażanta. Siedział sobie dumnie-rudy na płocie i sprawdzał, jak szybko Rzeka płynie, albo dumał skąd słońce dzisiaj nadejdzie. Bo to nigdy do końca nie wiadomo, co też taki ptaszek może sobie myśleć, kiedy dzień dopiero wypłątał się z prześcieradła nocy.


  • RSS