Cieszę się słońcem, które każdego dnia inne. Przedwczoraj po południu pochylało się nad Miastem chowając się odrobinę pod zbyt małe chmury, tylko po to, żebym wymyślił niesprawdzone porównanie do gorącej pomarańczy. Wielkie, napęczniałe, w kolorze pomiędzy pomarańczowym, a czerwienią. Wczorajszy ranek przywitało żółcią tak jasną, że aż chodniki świeciły, a parkowe ławki skrzyły się topniejącym szronem. Dzisiaj żółć już dojrzała kusząc kolarzy chodnikowych na masowy wysyp. Kręcę głową widząc pierwsze krótkie rękawy i nogawki tuż obok zimowych czapek z nadzieją, że wystarczająco dyskretnie, żeby nie budzić politowania wśród przechodniów – dorosły chłop gadający ze sobą w chłodzie poranka nie musi wzbudzać sympatii.