Wiatr wygnał ptaki ze swoich stałych miejsc i tylko gwizdy szpaków w budkach lęgowych świadczą o trwaniu życia. Lustro wody pomarszczone jak jabłka po zimie, nawet wędkarzy wywiało (chociaż raczej nie przygnało ich). Po drodze czarna pani – długowłosa w płaszczyku pod kolor i kapeluszu. Tylko twarz blada kontrastuje z czernią. Przyjemna, lecz niebezpieczna – bo trochę strach w te studnie oczu zaglądać – można utonąć, lub zniknąć niczym w kosmicznej dziurze. Żywopłot z ligustru obudził się i lada moment zakipi pełnią zieleni, mirabelka okryta białymi kwiatami, zanim pierwsze liście ukłonią się słońcu. Kobiety pachnące fiołkami, choć nie są fioletowe. Wyżeł skryty gdzieś za ogrodzeniem, którego ma strzec ćwiczy wycie szeptem – instynkt się odezwał, ale wychowanie blokuje go i nie pozwala pełną piersią wyśpiewać pieśń do swoich korzeni. Nie śpiewam i nie tańczę – wiatr maluje mi na twarzy opaleniznę i rzeźbi bruzdy, żebym miał co wspominać na stare lata.