Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 3.2015

Podobno w renesansie żyli ludzie od wszystkiego, co dzisiaj wydaje się bardziej mitem, niż opcją. Mnogość wymagań przyszłości zmusza ludzi do samookreślenia i wyboru ścieżki, którą będą przemierzać swój czas na ziemi. I chociaż to niewiarygodne te wybory dokonują się już we wczesnej fazie nauki, kiedy osobnik rodzaju ludzkiego jest bardzo niedoskonałym instrumentem wyboru i oceny własnych możliwości. Odchylam poły prywatności i oglądam coś na kształt organizmu ograniczonego logiką i skażonego związkami przyczynowo-skutkowymi. W każdym bądź razie jest to wyboista ścieżka niezwykle odległa od świata humanistów. Czyżby? Więc co robię tu? W tej rzece pływają raczej natury innego pokroju i moja tu obecność jest trochę niewłaściwa. A lubię i pochlebiam sobie, że potrzebuję siebie tu. Pomijam ekshibicjonistów i innej maści zboczeńców, masochistów i przyszłe gwiazdy dowolnej proweniencji.  Jestem – „I być może sprawię komuś przyjemność”.

Drzewa jak ludzie. Mam takie dwa ancymonki na oku – oba w podobnym wieku i tym samym gatunku. Choć stoją obok, choć na pozór bardzo podobne, to zachowują się zupełnie różnie. Jeden zrzuca suche liście jesienią, a drugi czeka na wiosenne wiatry. A kiedy już uzmysłowiłem sobie ich różnorodność i przeniosłem spojrzenia i wspomnienia na inne drzewa utwierdzam się w swym wstępnym zdaniu. Duże i małe, ładne i całkiem strupieszałe, schorowane i kwitnące. Żywot mają trochę dłuższy, lecz nie wiadomo, czy im to służy. Miasto w każdym bądź razie na pewno nie sprzyja ich urodzie.

Nie napiszę sennika, o czym wiem aż nadto dobrze. Bo nawet gdyby, to kto uwierzyłby, że młoda wydra, przebierając nóżkami o świcie tak bladym, że ludziom nie chce się nawet ziewać na mojej codziennej trasie będzie dreptała pod prąd Rzeki patrolując kamienne brzegi? Poważnie zastanawiam się nad rewolucją w świecie natury, która w tak krótkim czasie jak mój żywot potrafiła przywrócić w Mieście tyle rozmaitych, dzikich istnień. Bo, że ich nie było lat temu naście, to jestem pewien. A oczyska otwieram do amoku, choć to mało popularne z ranną zorzą.

Noc ponad miarę czarna. Księżyc widocznie zapomniał się w słonecznych kąpielach i wagaruje, zamiast nocą, z latarnią krążyć po moim niebie. Psy witają się w przyjaznych gestach i nawet ludziom dostaje się odrobina tej sympatii. Nie wiadomo kiedy wierzby pokryły się zielonym nalotem, który z mchem nie ma nic wspólnego, trawniki obrastają rzadkimi, soczystymi brodami świeżych kłosów i rumienią się krokusami. W powietrzu świergot wszelaki pulsuje zaproszeniami do świeżo wymoszczonych gniazd. Miasto trwa – „i trwa mać”. Przyjdzie cieszyć się popołudniem, bo nie wypada inaczej.

Pasę się słońcem, które dzisiaj chętniej uśmiecha się do porannych ludzi. Nawet kobiety (ostatnio w czerni) poubierały się w kolorowe płaszcze. Czapek nie brakuje, ale spodnie powolutku ustępują spódnicom i to tym nie najdłuższym. To chyba najlepszy zwiastun wiosny – lepszy od bociana, który szukał sobie miejsca nad Rzeką. Zapewne miał problem, jak znaleźć odrobinę intymności, kiedy na wodzie takie rozpasanie – czaple, kormorany, łabędzie, kurki wodne i pęczek kaczek.


  • RSS