Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 4.2015

Skostniały jestem w sobie jak marmurowy posąg. Wyobraźnia rusza z kopyta dopiero pod wpływem katalizatora, jakim może stać się cokolwiek, czego uda się dotknąć wzrokiem – bez tego ani rusz. Nie śnię, nie teleportuję, nie ma mnie w obcych światach i wierszach poetów rozmaitych. Wystarczy jednak zobaczyć młodą kobietę trenującą jazdę na rolkach, dostatecznie nieporadnie, żeby wylądować miękkimi tkankami na chodnikowych płytkach, aby uruchomić proces. Dziewczę wydało z siebie głos, tkanki cichutko zawtórowały, a chodnik milczał – kto wie, czy nie jedyny zadowolony z nieplanowanego kontaktu. Zanim zaproponowałem pomoc była już na nogach, jednak kto zgadnie myśli chodnika, gdy młode ciało przytula się do niego w chłodny dzień? Zawsze to jakaś odmiana po odwiecznym i masowym deptaniu w obuwiu wszelakiego rodzaju. Nieliczni i rzadko widywani starają się chyba zrozumieć domniemane uczucia i zrzucają buty (parę męskich adidasów wykryłem pod żywopłotem, w stanie wystarczającym do powrotu po zamienne obuwie). Miasto bosym mnie widziało, lecz to dość odległa w czasie historia. Dla mnie oczywiście, nie dla Miasta. Ech ta względność – już zerkam na budynki, w których przyszło zapoznać się z pomysłowością Einsteina, a to z kolei pcha mnie w nieoznaczoność Heisenberga. Dobrze, że nie w filozofię. Do czego to może doprowadzić niefortunne zderzenie ciał, kiedy trafi mnie w nastroju niespiesznym i wypełnionym życzliwością humorze.

Skoro obudziłem się zbyt wcześnie i tak właśnie toczył się poranek, a ludziom wiatr pogasił uśmiechy do tego stopnia, że przykro było patrzeć (i niezbyt łatwo), wędrowałem sobie z oczami we własnej głowie. Chyba jestem kolekcjonerem nałogów, a jest ich całkiem sporo – przykładowo kawa na dzień dobry – od tylu lat smakuje i nie nudzi się niczym chleb, a jej brak staje się dotkliwy i objawia się bólem w skroniach. A takie Miasto? Pełne uzależnienie – szwędam się wciąż, oswajam ścieżki codzienne i świąteczne, a sama myśl, że miałbym zmienić otoczenie wydaje się irracjonalna. Nie będę bił rekordu Guinnessa, ale cieszę się, że ktoś to zrobi, jak kiedyś mi się zdarzyło, nie zamieszkam w super lokalizacji najchętniej wybieranej przez tubylców i to za „niewielkie pieniądze”. Z ofert marketów zapewne również nie skorzystam – wystarczy mi że są. Czytam wieści o nowych basenach i skateparkach, planowanych i nie remontach, przedstawieniach i koncertach, sezonowych zmianach tras komunikacji miejskiej i mam głęboko w pogardzie, czym też świat polityki chce mnie oszołomić w nagrodę za daninę, którą płacę niechętnie w podatkach. Taki już aspołeczny jestem i zapewne cokolwiek cyniczny. Jednak, choć lepiej się do tego głośno nie przyznawać, jestem zatwardziałym tubylcem, który z premedytacją godną lepszej sprawy zamierza nie zmieniać tego stanu.

Miastem wędrują kobiety o fascynująco wyprostowanej postawie. Aż wstyd się przy nich garbić, czy zerkać pod nogi. Patrzę więc wyżej, obserwując jak politechniczne budynki odzyskują barwę piaskowca, a wężowe labirynty bluszczu oplatają pnie dębów aż po koronę. Niechętnie patrzę na chmury, którymi obrodziło ponad moje oczekiwania i rodzę myśl, że pory roku zmieniają się codziennie, czyli na jutro przypada zima. Budowlane żurawie wyciągają szyje, choć nimi jeszcze nie kręcą, a na drzewach gęstnieje i krzepnie zieleń która jeszcze wygląda na nieśmiało podwiędniętą. Na Manhattanie rosną geometryczne struktury wiązań – klatka rusztowań oplotła pierwszy z wieżowców, wiatr strąca płatki kwiatów z tak wielu gatunków drzew i krzewów, że powinien już utworzyć się kolorowy dywan w alejkach – jednak nie patrzę. Idę wyprostowany, pod wpływem imperatywu instynktu stadnego.

Na brzegu przycupnęli wędkarze i czaple w celach bardzo zbliżonych, a po wodzie unosiła się mgła wystarczająco gęsta, żeby ósemka ze sternikiem szybko zniknęła w mlecznych oparach, rozkołysując butelki przypominające spławiki wesoło podrygujące na drobnej fali. Trawniki lśnią wilgocią, z klonów wiatr strąca kwiaty. Wczorajszy spacer uświadamia mi po raz kolejny, jak bardzo zmienia się Miasto. Chciałem mu powiedzieć jak nieznanej mi kobiecie, którą miałem spotkać dzisiaj: „wygląda pani tak, jakby wiedziała, że ktoś będzie próbował panią rozebrać, i to, że pani nie zaprotestuje”. Ale Miasto moich słów nie potrzebuje. Milczy piastowskim orłem z miedzianą patyną na zwieńczeniu kościoła, muzą przypiętą do muru stalowymi taśmami, żeby nie spadła w codzienność chodników i nadal podtrzymywała sypiący się balkon, barkami wypełnionymi po brzegi studentami raczącymi się ciepłym popołudniem i chłodnym piwem, mariną zbyt nową, żeby miała wspomnienia, na której jedynym objawem życia jest kaczka wygrzewająca się na deskach pomostu. Zerknąłem na uniwersyteckie budynki – za wcześnie, żeby je ubarwiły światła wieczornej kreacji. Dobrze mieć coś stałego, co nie zmienia się tak szybko. Nikną miejsca pamiętane z wysokości czterokołowego roweru i te, gdy pierwszy raz dzieliłem się dłonią z kimś, kto nie był/jest rodziną. Dłonią i Miastem.

Jodłowe gałęzie leżą nieopodal jabłoni i choć strącone dawno temu nadal próbują świeże igiełki wykluwać. Otwieram świat rękami szukając drzewa z którego spadły, lecz bezskutecznie. Już podejrzewam, że ktoś je przyniósł i porzucił, pozostawiając mój rozum w rozpaczy. Pod cisami dywan fiołków o barwie, którą powinny mieć dopiero wieczorem, chodniki pocięte piłami do asfaltu garbią się i kurzą, trawa rośnie bezszelestnie, a kosiarki wręcz przeciwnie – drą się w niebogłosy, pani, której nie znam mówi mi dzień dobry i słyszy odpowiedź w tym samym czasie, jakbym przewidział to zdarzenie, w głowie hieroglify wynikające z pomysłu – mijane kobiety można rysować cyrklem – że takie ładne? Nie – ponieważ ideały malowane odręcznie można skazić nieudolnością malarza, a tę mam ogromną. Wystarczy, jeśli powiem, ze dziecko nie potrafiło odróżnić mojego konia od jeża… (lub odwrotnie)

Wiewiórki z udawanym strachem uciekają przez rudymi psami na drzewa, czerwonowłose kobiety bez cienia uśmiechu zmierzają tam, gdzie chyba nie bardzo chcą, płoty malowane tlenionym żelazem pochylają się ku torowiskom, z których tramwaje z syzyfowym zapałem ścierają rdzę, latarnie z dawna nie konserwowane adaptują się kolorystycznie z płotami. Nawet zakład energetyczny odkopuje na moście przeżarte rdzą kable, a pierwszy dzięcioł w tym roku ma kuperek w kolorze dojrzałej miedzi. Miasto rdzewieje w oczach, a powinno powoli się maić. Wrony kraczą głosem, w którym brak czystości. Dobrze, że dotyk okiem nie przenosi nalotu pod powieki, gdy tuż obok skup złomu.

Białowłosy i białowąsy człowiek czyta gazetę nad Rzeką – słowo „mech” otwierające jeden z tytułów artykułu dziennika wydaje się zastanawiającym (mech wymaga historii, a dziennik teraźniejszości). Staruszek przemierza szlaki śmietników zbierając puszki, inny, młodszy, z plecakiem i trzema workami oprócz metali zbiera również szkło. Towarzystwo branżowe – trójca, niekoniecznie święta zaprasza go na płynny poczęstunek – ławeczka w słońcu, gawęda, brak pośpiechu, bo niby dokąd się spieszyć – dzień coraz dłuższy, a plon już obfity. Nie wygląda to na ostatnią wieczerzę, bo i pora nie ta, i powtarzalność zjawiska wydaje się oczywistością. Kamienice pamiętające wiek dziewiętnasty obrosły brodami winorośli, której pośród burej szarości zimowej klują się pierwsze zielone plamy. Patrząc na zwieńczenia tych kamienic dochodzę do przekonania, że nie zawsze żyło się tak szybko i byle jak. Był czas, żeby oprócz wygody zadbać o estetykę. Miło popatrzeć na dzieła nieżyjących już tubylców.

Wyrabia się wiosną, oj wyrabia. Z pewnym rozbawieniem dostrzegam, że dziewczyny w różnym wieku nabrały maniery splatania rąk pod biustem, jakby chciały na takiej tacy podać komuś własne piersi. Sympatyczny skądinąd widoczek, aż prosi się o komentarz typu – „tak, poproszę dwa razy na wynos”…, albo – „dziękuję, wolę wstrząśnięte, a jestem zmieszany”.

Poranek chłodny, że ręce chowają się w rękawy kurtek, lub szukają czegoś w nieskończoność po kieszeniach, a słońce już próbuje oddać im wolność. Wczorajszy wiatr starał się jak mógł, żeby zawrócić bieg Rzeki i skierować jej wody do źródeł. Potworzyły się fale, a kurz niesiony prosto w oczy do dzisiaj nie wydostał się z zakamarków powiek. Bezskutecznie – Rzeka płynie jak płynęła i nie zmieniła ani kierunku, ani koryta. Kurz na szczęście mnie nie oślepił, bo kolejne widzenie było warte zauważenia – młoda Pani, w sukience, żakiecie i szpilkach o długości moich palców wsiada do tramwaju z plecakiem i kijami spacerowymi – kręcę głową z podziwem i zamierzoną zjadliwością – że też ludzie nie potrafią chodzić bez patyków…, ale szpilki i sukienka? Wielki pies, widać – używany, bo sierść ma różnorodnie brudnobeżową, a takiej długości, że trudno rozpoznać właściwe końce przewodu pokarmowego podchodzi do mnie wesoło sprawdzając, jak też pachnie moje śniadanie dzisiaj. Pomyślałem, że warto byłoby zapleść mu warkoczyki, gdyby wystarczyło mu cierpliwości, a mnie umiejętności. Zabrakło obu talentów.

Uświadamiam sobie, że wciąż czuję w sobie wharton’owską zdolność adaptacji. Każde miejsce, w którym potrafię położyć materac może być domem, wokół którego organizuję przestrzeń na swój sposób. Bez względu, czy dotyczy to śpiwora rzuconego w trawę, czy prostopadłościanu dowolnego obiektu buduję dom z tego, co wokół. Modeluję krótkotrwałe jądro prywatności, w którym chętnie widzę swoich, a obcych tylko czasami. Drapiąc się po nosie zastanawiam się skąd akurat dzisiaj takie myśli krążą mi po głowie od rana, żeby skojarzyć, że obecnie pod hasłem „dom” znajdują się już cztery bieżące lokalizacje, a piąta kluje się w przyszłości i dopiero wymaga tej pielęgnacji, która w głowie rośnie od pewnego czasu. Dopiero, kiedy usiadłem pod dębem, udając, że godzina jeszcze młoda zauważam, że dom, to ludzie, którzy mnie otaczają, zapach z kuchni i inne historie niewiele mające wspólnego z przestrzenią ograniczoną ścianami i sufitem. Może dlatego kilkakrotnie już zmieniałem miejsce postoju, może dlatego tak łatwo było przystosować się do wyjazdów na krócej lub dłużej. Przypominam sobie, że zdarzyło mi się powiedzieć: „dom, to miejsce, do którego się wraca” – nadal mi się podoba taka definicja. Czyżby Miasto miało być takim miejscem? Chyba jest…

Rzeka już nie tak wysoka – pewnie dlatego, że fontanny działają…

Droga – po horyzont prosta, a obok niej dwie nitki szyn zbiegające się w nieskończoności. Jakby z podręcznika do nauki o perspektywie. Żadnego zakłócenia tej nienaturalnej harmonii. Wczoraj czytany artykuł na temat miast i ich cech, które sprawią, że żyją i są bezpieczne wyklucza takie ulice, nawet, kiedy dotykają parków. Obce sobie psy witają się radośnie i ogonami gawędzą wesoło, dziewczęta w biegu zrzucają zimowe kilogramy, choć to świt zaledwie, a ja szyszkę podniosłem, zanim kształt straci i choć do niczego mi niepotrzebna zabrałem ze sobą. Chropowata pieszczota w dłoni – trudno wymagać delikatności od drzew skazanych na walkę z żywiołami. Zamszowy brąz ciepłego wnętrza, w którym nasion już nie ma położyłem obok zeszłorocznych, które kurzem już skażone i starością. Czas oddać je naturze, tak jak kiedyś, ktoś lub coś zrobi to ze mną.


  • RSS