Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 5.2015

Jakiś czas temu dziecko, które absolutnie się mnie nie bało było uprzejme wygłosić do mnie życzenie: „mi się chce piasku!”. Tak samo mi dzisiaj zachciało się spaceru o siódmej rano. Niebo pocięte na części przez zjonizowane odrzutowcami powietrze przypominało labirynt ścieżek w obcym mieście. Ptaki przekomarzały się nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi. Wiatr naniósł do Rzeki taką ilość kurzu i kwiatów, że aż straciła połysk i barwę. Plac zabaw dla dzieci opuścili już zbieracze opakowań, teraz patrole psów szukały wczorajszych zapachów. Leniwe okrzyki ich właścicielek nie robiły większego wrażenia, ani na psach, ani na biegaczach nerwowo zerkających na stopery przy krańcowych odcinkach nieostatniej dzisiaj pętli. Żywopłot dereniowy zniknął pod ciosami łyżek koparek wymieniających instalacje podziemne, ławki skatowali miejscowi wandale. Kaczka sprawdzała wytrwałość zalotów kaczora uciekając w powietrze – po trzech okrążeniach poddał się, lecz jaki to będzie miało wpływ na ewolucję? Zapewne znikomy. Starsza pani w samej halce powiesiła biust na parapecie okiennym oddając się nałogom, wędkarze pokrzepiali swoją bezczynność piwem i pojedynczymi okrzykami do sąsiadów, czaple wracały do gniazd po pierwszych zwiadach na Mieście. W sumie nic ciekawego – zwyczajny ciepły dzień bez historii, bez nerwów i pośpiechu. W taki dzień aż chce się chodzić boso i udawać, że jutra nie będzie.

Młody zaskroniec, niewiele grubszy od srebrnego łańcuszka na kostce pani o makijażu tak intensywnym, że wykluczał mimikę nie dotrwał letnich upałów, by się grzać pomiędzy świeżo posadzonymi krzewami ozdobnymi. Gdzieś dalej nornik przetrącony żyłką kosy podczas zabiegów pielęgnacyjnych, pod krzakiem jeż śpiący lub martwy (trudno wyczuć – raz takiego pozornie martwego popchnąłem lekko patyczkiem, aż zaczął we śnie nóżkami przebierać nie czując gruntu). W parku pióra sroki rozsypane bezładnie krzyczą o tym, co nocą… Fioletowe płatki kwiatów rododendronów oddają ostatnie wonne tchnienia w kurz parkowej alejki, lecz co komu wywróżyły – nie wiem. Po drodze kobiety zwiedzione słońcem widocznym zapewne z okien sypialni obiecującym, że można uwodzić letnią urodą otoczenie zawiodły się bardzo. Wiatr z innej bajki pomalował uda, łydki i ramiona na kolor niechętnie widziany na ciele – daleki od różu i bliższy szaremu błękitowi. Może popołudnie wynagrodzi im tę przykrość. Wędkarze mieli lepsze informacje, więc w ogóle się nie pojawili na swoich wydeptanych w granicie stanowiskach w cieniu łuków triumfalnych mostu przeczekując podmuchy z północnej półkuli. Kilka uschniętych drzew, dla których wiosna przyszła zbyt późno dopełnia obraz pełen agonii. Oby ten dzień był lepszym od widzeń porannych. Dużo lepszy. Próbuję nie przeszkadzać naturze, nie poprawiać świata, by stał się bardziej uczesany, bo (jak sądzę) on wcale tego nie chce. Przemieszczam własną tymczasowość cicho w oceanie wieczności tutejszej, patrząc, by nie zaśmiecić sobą zbyt dużo przestrzeni. Ciekawie byłoby wrócić do tutaj za jakieś tysiąc obecnych lat… a jeszcze bardziej za milion.

Robinie o świcie pachną oszałamiająco. I podobnie wyglądają, choć już wkrótce wzorem głogów przykryją schnącym śmieciem kwiatów okolice. W wodzie dla odmiany odkłada się piana puchu z topoli, których nawet nie widać na nabrzeżu, a jedynie efekty – kawa z mlekiem, choć to schludniejszy opis niż wygląd w naturze. Ludzie niezdecydowani jak pogoda – zdarzają się krótkie rękawy i grubsze kurtki, choć to nie przysłowiowy marzec, czy kwiecień. Nie bardzo wiem, po której stronie stanąć – czy tych rozmarzonych w cieple pełnych piersi o świcie, czy tych, opalonych rześkim powietrzem z rosą niezmąconą promieniami słońca. Marzeniami słabo się żyje, a wiara w to, że przekonam do fanaberii jakiekolwiek ciepłe pełnie o świcie bardziej utopią jest niż opcją. Pogodzony z losem przyglądam się komuś, kto na ławce leczy się piwem, gdy wokół trawa wyższa niż ona, mijam psy stadnie, lub pojedynczo poszukujące nieistniejących tu trufli, kilku biegaczy zakutych w elektroniczne cudeńka wystukuje puls, ktoś inny skłania się ku kawie w sieciowym barze, inny strzyże żywopłoty w geometryczne schizofrenie, znikają budynki stojące od zawsze, a nowe drapieżnie pną się w górę, bardziej pazernie niż bluszcz.

Był czas bielizny damskiej, przyszedł czas na drugą płeć. W gęstym żywopłocie kwitła czerwona róża szortów sportowych, o barwie intensywniejszej, niż minispódniczki, którymi obrodziło (dobry czas idzie…), choć poranek zupełnie młodym był jeszcze. Widocznie ktoś się skutecznie do sportu zniechęcił i machnąłbym ręką, gdyby nie to, że ze dwa kilometry dalej na skraju chodnika więdły slipy męskie – wydaje się, że z tych, którymi można się chwalić. Nie za bardzo jak widać, skoro i one zostały porzucone. Kto wie, jak daleki jest powrót do natury. Wszak urodzie ciała nie dorówna żaden Armani, choćby i sto lat nad projektem pracował. I dlatego nie deliberowałem nad porzuconą w krzakach kurtką i nawet ramionami nie wzruszyłem, nad nietrwałością tekstyliów.

W Rzece zaczęło się tarło – kolorowe reklamówki łagodnie podrygując na falach wdzięczą się do siebie naśladując stada monokultur rybich. W parku, przy ławce puszka piwa – jeszcze nie otwarta, chociaż bezpańska. O siódmej rano widok to dość nietypowy, a po południu wręcz atrakcyjny. Trzy razy obejrzałem się wokół (omne trinum perfectum), ale właściciela nie znalazłem. Pokusę zwalczyłem – niech poczeka na bardziej spragnionego, mnie jeszcze grzała poranna kawa i znak zapytania wiszący nad przyczynami, dla których stoi schłodzone mrokiem piwo. Sił komuś zabrakło, pojemności skokowej żołądka, czy krzepy do otwarcia? A może to puszka-pułapka z jakąś substancją wybuchową, lub broń biologiczna. Na pewno wariant ostatni jest najbliżej prawdy, nawet, jeśli o terrorystach mowy nie ma – wystarczy popatrzyć na działanie pod wpływem zamkniętej w puszce „biologii” – euforia, apatia, agresja i eskalacja wrażeń wszelakich – zależnie od osobnika wypełnionego substancją.

Odwiedziłem ten kawałek Miasta, który skutecznie udało mi się omijać przez ładnych parę lat. Nic straconego. Może poza zwiastunem w postaci zasuszonego szczura przypominającego z wyglądu zeszłoroczny liść na chodniku przed budynkami. Uśmiechnąłem się do myśli, że straszne to miejsce, gdzie nawet szczury sobie nie radzą i poddają się mumifikacji, żeby w odpowiedzi zobaczyć uśmiech pani jadącej rowerem. Czyżby wystarczające to powody by się tam pojawiać?

Dzisiaj dzień kobiet bez bioder i dżinsów damskich (o ile to w ogóle możliwe), zakończonych od dołu czym się da – trampki, szpilki i wszelakie inne obuwie bez żadnych ograniczeń, tak, jakby pasowało do nich wszystko, co się w szafie znajdzie. Może i tak jest nawet – nie mam większego pojęcia o modzie.

Obłe, epoksydowane ciała żywych łodzi podwodnych patrolują Rzekę na głębokości peryskopowej. Trawniki pokryły się śniegiem stokrotek. Głogi i irgi chyba pozazdrościły trawie i również obsypały się bielą do amoku. Dziewczęta na rowerach sunąc po wertepach wytrząsają z piersi wspomnienia nocy, kolarzom stygną głowy. Niebo przecina syrena straży pożarnej o dźwiękach tak przenikliwych, że bardziej wrażliwi osłaniają uszy rękami. Kawa w papierowych kubkach wędruje do pracy biurowej. Para z kubków skrapla się w drobny, chłodny deszcz. Szpaki z wiewiórkami ukrywają się pośród drzew obserwując otoczenie – czasami jawnie, czasami tylko nieznaczne dźwięki sygnalizują ich obecność. Buty kobiety przede mną wystukują niczym metronom rytm, do którego mimowolnie dostosowuję się, poranny przegląd parkowych śmietników trwa w najlepsze, a co cenniejsze okazy wędrują do toreb dźwiganych starczymi dłońmi. Zostawiam sercowaty ślad na ławce, lecz bez strzały amora, czy inicjałów – niech sobie zostanie anonimowy. Idę szybciej niż zwykle i nawilżam się w najnaturalniejszy na świecie sposób. Zwykły dzień, jakich w kalendarzu mnóstwo – można o nim powiedzieć, że jest i na tym zakończyć. Życzenia, żeby był dobry, składane na powitanie dawno już zatraciły jakiekolwiek znaczenie. Niech więc będzie, oby nie gorszy od poprzednich.

Wyszedłem wcześniej niż zwykle, chyba tylko po to, żeby spotkać innych ludzi, zmierzających w tym samym celu do miejsc, które są przyczyną niechcianej pobudki. I spotkałem – ludzi o metalowym wzroku, dla których cień życia w oczach, czy drgnięcie emocji dowolnej stanowi chyba nadmierną i nieuzasadnioną ekstrawagancję. Popołudniowe twarze żyją, a emocje dotyczą całych ciał z ich ekspresją, a czasem wręcz z rozbuchaniem. Niewerbalne zachowania rosną do wieczora, jakby były popychane wskazówkami zegara, puchnąc niczym wczorajsze wrony – miałem wrażenie, że najadły się kaszy ponad miarę i wydęły się do nadnaturalnych rozmiarów – dziwnie wyglądały przy nich szpaki, zachowujące swoją typową, drobną sylwetkę.

Szpak (świeżo po kąpieli) nie chciał ze mną rozmawiać – wolał szpacze towarzystwo. Ten, który się dosiadł przeciągle zagwizdał – czyżby pierwszym była szpaczyca? Podziw, czy pytanie zawarł w gwiździe? Niewzruszony wróbel podskakiwał niezgrabnie w pobliżu, a tuż obok jakaś mniej popularna odmiana jaskółki uganiała się za drobnicą owadzią po betonowym wjeździe przebierając nóżkami tak szybko, że ledwie rejestrowałem ich ruch. Pogoda, choć od rana rozpieszcza nadal nie dogania urodą kobiet spacerujących Miastem. Kolarze biją jakieś rekordy i nie pozwalają się rozmarzyć w marszu, w parkach zabiegi pielęgnacyjne z wielką liczbą decybeli – kolejny dąb przerobiono na drewno opałowe. Samochody, niczym pszczoły brzęczą bezustannie, a z ich tablic rejestracyjnych wynika, że cała Polska się zjechała. Na pewno widać to w Rynku, który ostatnio strasznie zaniedbuję.

Rosa na ławkach skutecznie zniechęcała do przycupnięcia na moment i posłuchania śpiewu ptaków chwalących pod niebiosa dzień, który jeszcze na dobre się nie zaczął. A może to wczorajszy deszcz, zakłócający studenckie zabawy na Polach Marsowych? Zmoknięta czapla przypominająca z wyglądu pterodaktyla okrążała stado rozbawionego tłumu, studentki chowały się w ramiona podchmielonych studentów, albo we własne przebrania, a deszcz niespiesznie i nawet niezbyt gęsto pokrywał Miasto wilgocią. Ciekawe, że kobiety rano pachną kwiatami, a po południu owocami – czyżby tak szybko dojrzewały? Tego nie wiem, lecz wielkość torebek, żeby brutalnie nie powiedzieć worków podróżnych sugeruje, że zmieszczą się tam kosmetyki na co najmniej miesiąc rotacji aromatów. Jedna z takich pań skutecznie zablokowała chodnik, zaczynając poszukiwania zaraz po wyjściu z domu. Przetrząsanie trwało, aż zaczął tworzyć się korek piechoty. Nie wiedzieć czemu skojarzyłem to z poszukiwaniem Graala – równie długotrwały i niezakończony satysfakcją, ale zostawiający marzenia na całe życie. Być może szukanie jest celem ważniejszym od znalezienia – daje zajęcie na dłużej i pozwala się rozwijać, gdy samo znalezienie staje się chwilą euforyczną, by przejść w monotonię zapomnienia. Nie życzyłem pani powodzenia – pomaszerowałem dalej, szukać własnego glinianego kubka.


  • RSS