Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 6.2015

Dobrze zbudowane dziewczę szło. Jak na wojnę, której jeszcze nie zna. Pokłady energii zaangażowane w ruch niemalże wybijały dziury w betonie chodnika, a kroki swoją długością budziły podziw. W czasach, kiedy przejście długości trzech przystanków tramwajowych bez zadyszki i zakwasów wydaje się wyczynem taki rozmach rzuca się w oczy. Dysonans pogłębiał się, gdy uwzględni się wygląd młodej pani – w beżach i różach, z torbą na ramieniu – cukierkowy żołnierzyk? Może w pamięci nosi jeszcze weekendowy bieg ulicami Miasta, wieczorową porą w ozdobie płonących kolorami mostów, w tłumie biegnących po trofeum w postaci krasnala, i towarzyszącym mu jeszcze większym tłumie kibiców, dla których bieg stał się pretekstem do wyjścia z domu. Czyżby więc nie było tak źle z aktywnością fizyczną? Bez względu na skutki cieszę się, że nie stanąłem na drodze energetycznie rozbuchanej pani.

Smutnej pani w czerni (a dzień taki, że czerń kobieca rozciąga się na całe Miasto, i nawet niebo dostosowało się kolorystycznie do chodnikowej mody) rozbłysły oczy na moment, a w kącikach ust pojawił się tajemniczy uśmiech, tak dyskretny, że mógł być imaginacją. Być może magiczna kobieta widziała ciekawość spojrzeń na most, który stał się dziś odświętny na próbę. Niczym choinka oświetlony został na fioletowo w pionie i rozbłysnął błękitem w innych płaszczyznach. Stal malowana na niebiesko harmonizowała z kolorem oświetlenia nie zakłócana przez słońce. Nocną porą taki most może być świętem, niespodzianką, choćby i drzewkiem świątecznym pod którym ktoś znajdzie prezent zupełnie niespodziewany. Jaki był wkład czarnej kobiety w tę iluminację nie wiem, skąd więc wrażenie, że za tą przewidywalną w końcu atrakcją kryje się jej działanie? Wyobraźnia popłynęła nurtem zarzuciła sieć na większą liczbę mostów, które tego weekendu mają się również wystroić. Czyli mógł to być spacer tematyczno-kontrolny, urzędniczy i obowiązkowy, żeby w porę zapobiec niewypałom artystycznym i dziełom uszkodzonym. Albo anonimowy, otwierający dzień w sposób odbiegający od rutyny w gruncie rzeczy podobnych tygodni.

Tak nazywała się audycja radiowa, prowadzona w tutejszym Radio przez niewidzącego poetę grającego na gitarze. Może nawet nadal, gdy północ wybije można posłuchać ballad i poezji przy muzyce. Kiedy przypomnę sobie ostatnie notki, mam wrażenie, że dołączyłem do takiej krainy – gdzieś zniknęła (może chwilowo) złośliwość, czy prztyczki w stronę absurdów codziennych. Choćby dzisiaj, gdy zacząłem uśmiechać się do dzikiej czereśni, która jeszcze wczoraj była niewidoczna w gąszczu porastającym kamienne nabrzeże, a dziś już pyszni się czerwienią owoców, co ją z wyróżnia w zielonym tłumie. Zupełnie jak dziewczynkę która dopiero co biegała z koleżankami po okolicznych podwórkach, stanowiąc anonimowe tło, koloryt osiedla, gdzie ludziom przyszło żyć. Nie wiedzieć kiedy nadszedł czas, że pan wydmuchujący odwrotnością odkurzacza chodnik sprzed budynków politechnicznych przerwał pracę, by z wyraźnym zadowoleniem przyjrzeć się przechodzącej nowalijce wśród kobiet, której nie było jeszcze w jego teraźniejszości. Już jest. Postrzegana i podziwiana przez męską część populacji. Idę, a pogoda przestała mieć znaczenie. Za nowalijką przez chwilę i z uśmiechem, który czasowo zlokalizowałbym w przeszłości – idę. Na przystanku pani z bardzo wyraźną nadwagą zerknęła na mnie o raz za dużo. Może chciała coś powiedzieć, lecz odwagi zabrakło, może mi się zdawało. Ładna buzia z niebieskimi oczami i twarzą ukrywającą niespełnione nadzieje, dbającą o fantazję splotu chustki zawiązanej na szyi. Zapewne jak zwykle nadinterpretowałem – przecież mnie też zdarzyło się zerknąć w jej stronę raz za dużo z ciekawości, jak sobie radzi pani, której uroda odstaje od sztampy i wymaga odrobiny wysiłku, żeby ją dostrzec.

Wystarczy drobiazg, żeby świat stał się piękny. Choć we wgłębieniach chodników widać jeszcze ślady schnącej wilgoci po ostatnich opadach, a w wydeptanych na amok trawnikach znaleźć można wysuszone truchło żaby, czy świeżo zgniecione rowerowymi kołami ślimaki z gatunku pomrowów, to jednak w powietrzu unosi się miraż wiosenny, przy którym obrazy nabierają wdzięku. Jeszcze nie skoncentrowana, delikatna mgła aromatu kwitnącej lipy przesłania najbardziej wyszukane perfumy i sprawia, że poprzez taki pryzmat otoczenie zdaje się tętnić urodą. Wędrowałem więc zanurzony w detal, zakochując się wielokrotnie w przelotnym szczególe. Jakieś pośladki opięte spodniami, wypielęgnowana stopa chroniona sandałem, rude włosy wpadające w błękit bluzki, uśmiech być może niewinny, oczy płonące poranną rosą o wschodzie słońca. W taki dzień można znaleźć wszystko. I wszystko zgubić bez żalu. Z błędnym uśmiechem, pod lipowym sufitem można strawić wieczność i świadomość. Można marzyć najbardziej absurdalne marzenia.

Wyprowadziłem oczy na spacer niedzielny. Nawet dwukrotnie. Najpierw bladym świtem, żeby nacieszyć się ciszą i wodą płynącą niezmiennie w tym samym kierunku. Na raty doczepił się pan z teczką – ostatecznie zawisł w balustradzie mostu tuż obok mnie i wspomnieniami o okolicy z lat pięćdziesiątych zaburzył teraźniejszość. Ciekawe rzeczy opowiadał o tutaj wtedy, gdy teraz ojciec z młodym chłopakiem próbowali spinningiem skusić drapieżną rybę na hak. Mijali nas królowie życia płci obojga, z dumnie wypiętą piersią (niejedną), albo puszką piwa (również niekoniecznie samotną), hałaśliwi, zabierający wielką przestrzeń własną osobą, o której mniemanie mieli jeszcze większe. Po południu dla odmiany poszedłem w zgiełk, tak jak chyba pół Miasta. Znaczy na Rynek. Pośród straganów, ogródków i sprzedawców własnej inwencji twórczej krążył niespiesznie tłum ludzi zadowolonych, młodych i pięknych. Zawiązywały się plany na wieczór, tworzyły się grupy niewiele mniejsze od wycieczek z tłumaczami wyposażonymi w języki całego świata. Dziewczęta prezentowały swoje walory cielesne, młodzieńcy prężyli muskuły i portfele, architektura grzała się w upale oczekując deszczu, który ożywiłby jej koloryt. Gdzieś po drodze, w terenie zaborczo rozrastającego się uniwersytetu zabrakło rzeźby, a przecież była. Nie pamiętam już co przedstawiała, ale jej brak stał się zauważalny. Tak jak brak „miedzianego” budynku i paru innych, po których zostały wyłącznie obrazy już historyczne. Nowe wdziera się bezszelestnie nie wiedzieć kiedy, a stare znika. Na wodzie tłok – mniejsze i większe jednostki wożą turystów Rzeką układając wodę w grzywki cichnących fal. Nawet pomrukujące coraz odważniej niebo nie zachęcało ludzi do ewakuacji. Ciepłym deszczem, gdy ciała obleczone tylko zawstydzeniem i cywilizacją, a zbędnym z punktu widzenia gospodarki cieplnej organizmu bezkarnie można się przecież zwilżyć.

Zbieram obrazki prosto z ulicy. Podnoszę niepotrzebne nikomu widzenia, zbędne myśli układam w bukiety zdań, niepozorne zdarzenia kolekcjonuję z pieczołowitością filatelisty gromadząc je w paczkach. Czasem poupychane byle jak, kiedy indziej starannie poukładane w historie i wysyłam do nieistniejącego, ale możliwego odbiorcy. Kiedy utonę we własnej głowie tak bardzo, że świat zewnętrzny przestaje dostarczać tematów mógłbym wypluć z pamięci parę całkiem pękatych paczuszek. Buduję własny obraz otoczenia na wszystkich poziomach zmysłów, próbując osiągnąć kompletność i czytelność. Jedno i drugie wydaje się poza zasięgiem. Namalować zapach, opisać wiatr na skórze, albo rewolucję w głowie na widok pustej butelki po piwie sterczącej ze śmietnika niczym szampan z wiaderka z lodem, do której zaglądają sikorki. Pewnie czasami naciągam rzeczywistość, albo ją wypaczam własnym umysłem, chciejstwem, widzeniem subiektywnym, albo tylnogłowym, bezocznym lub bezdusznym. Zakrzywiam realizm łatwiej, niżbym korzystał z epokowych wzorów na czasoprzestrzeń. Prawdy oswojone, i mrzonki istniejące, konwenanse bezmyślne i awangardy nieujarzmione, dzikie i pachnące młodością lepiej niż ziemniaczki z masłem i koperkiem. Chyba nie umiem przechowywać pomysłów, jak robią to gosposie domowe – w słoiczkach z pachnącą zawartością, czy też w lodówce na jutrzejszy obiad skrupulatnie i zapobiegliwie przygotowany już wczoraj. Gdy się rodzi, od razu przetwarzam widok na sznur liter, bo podobnie do truskawek – najlepiej smakują prosto z krzaka, lepkimi i brudnymi dłońmi pakowane do ust, pachnące słońcem i ziemią. Możliwe, że jestem śmieciarzem, zbieraczem, albo lejkiem skupiającym obrazy podobnie do działania soczewki. Jednak z drugiej strony ten lejek staje się katalizatorem, łączem do reflektora żeby na wpół strawione, zmiksowane pokrętną osobowością obrazy wypchnąć przed siebie na oślep, bez zastanowienia, w kogo też mogę trafić i jaki wywołam związek przyczynowo-skutkowy. O ile w ogóle wywołam cokolwiek.

Zielone, bezludne wyspy traw i śmieci płyną z prądem Rzeki popychane przez barki, wodorosty uczesane nurtem poddają się kurczowo czepiając dna, żeby nie dołączyć do rysujących płetwami grzbietowymi lustro wody ryb, na które już czyha czapla w dostojnej, bardzo wyciszonej pozycji. Gdybym nie wyszedł z domu pół godziny wcześniej dwumetrowy słup drewniany odpłynąłby niepostrzeżenie pod inny most i ktoś inny mógłby oznaczyć go rozpoznaniem. Sprawdzam, czy po drugiej stronie jezdni nie idę ja – ten, co za pół godziny, leniwie przestawiając nogi pamiętające już swoją trasę zmierza utartym szlakiem ze środka na zewnątrz Miasta. Nie widzę. Świat równoległy nie skrzyżował się z tym, w którym jestem, albo zrobił to niedokładnie. Idę więc nieco odmiennie, pilnując, żeby pani w okularach nie przejechała mnie – zrobiłem jej odrobinę miejsca, więc się uśmiechnęła, co poprawia mi humor. Nie na długo – w parku pojedyncze, krwawiące skrzydło sroki i leżące obok wnętrzności przypominają, że te pozory urody malowane w majestacie drzew i śpiewie ptaków to fatamorgana wynikająca z odległości wzroku od rzeczy sedna. Dzięcioł wyskrobuje coś z dziury dębowej, inny dziobem wskazuje mi kierunek, na wypadek, gdybym raczył zapomnieć o sienkiewiczowskim „dokąd zmierzam”. Kobiety wybrały na dzisiaj sandały, co skłania mnie do mniemania, że będzie burza, ponieważ to najlepsze obuwie na duże słońce i duży deszcz jednocześnie.

Ciepły świat płynie przeze mnie na wskroś, niezrażony moją cielesnością przenika mnie dźwiękami, zapachami i wciąż mnie zdumiewającą siłą, bezpośredniością i ideałem stworzenia. Patrzę na drzewa, które wyleczyły stare rany i obnoszą się z guzami na porytej czasem korze, poszarpanymi, zabliźnionymi konarami, przypominając ludzi, podobnie zmagających się z żywotem bezwzględnym i drapieżnym. Wystarczy drobne skaleczenie, żeby poczuć uszczerbek na ciele, tak niedostrzeganym wcześniej. Niepozorna dziurka w zębie, pęknięty paznokieć, czy pojedyncze ziarnko pyłu w oku przypomina w jak doskonałym opakowaniu przyszło mi żyć. Ktoś miał łeb nie od parady, żeby tak kompleksowo i starannie opracować to opakowanie.

Dzisiaj ludzie przypominali reklamy – w natłoku bylejakości pojedyncze egzemplarze błyszczały jaśniej od gwiazd na bezkresnym niebie. A ja wciąż zastanawiam się, po co ludzie produkują na ciele obrazki dowolnych rozmiarów. W pamięci, obok masówki rodem z komiksów, przepisów na kaczkę po seczuańsku w oryginalnym języku, kwiatowych serwetek i kurpiowskich wzorków, noszę może ze dwa godne uwagi przez wzgląd na ich oryginalność. Żeby nie być gołosłownym – widziałem ornament zastępujący włosy na skroniach (wystarczy zapuścić, kiedy się znudzi i znika bez śladu, a teraz kusi, żeby pobłądzić palcem w labiryncie), albo widziana w jakiejś gazetce grafika cienką kreską – pan z kosiarką pracujący w pocie czoła na wzgórku łonowym – mniej więcej w jednej trzeciej długości i czwartym nawrocie. Cudne, ale sam nie skuszę się na samookaleczenie, nawet, jeżeli da się je zasłonić odrastającym włosem. Podobnie reaguję na biżuterię, szczególnie tę wymagającą przymocowania do ciała.

Mogłoby się zdarzyć (co oznacza, że marne szanse na realizację) że bosą nogą w trawie, kiedy świt rosą skrzy… Mnożą się wszelakie „ale”, logika wskazuje na bezsensowność czynu, a czasy mamy takie, że bezinteresowność wydaje się już wadą psychiczną wymagającą leczenia w zakładzie zamkniętym i to najlepiej w izolatce na wypadek, gdyby wada była zakaźna. Może tylko nimfom i rusałkom w bajkach starożytnych wolno bezkarnie pląsać w trawie i stopy chłodzić poranną wilgocią w pierwszych promieniach słońca. Po kolorze bluzek damskiej części dnia roboczego poznaję, że pogoda dzisiaj ma być z tych bardziej przyjaznych, z widoków zaokiennych nie jest to oczywiste jeszcze. I tak oddając się zamglonym, trochę sennym mirażom zanurzam się w cyfrową rzeczywistość z niespełnionymi analogowymi złudzeniami, podziwiając przy tym pająka trwającego w bezruchu, w hibernacji myśliwsko uzasadnionej, lecz tak nieludzko wytrwałej, że martwa natura mogłaby się zawstydzić.

Ludzie chcą więcej. Dlaczego?

Po czterech dniach lata drugi dzień jesieni, to za mało, żeby uzupełnić zasoby wody w Rzece, która schudła, objawiając swoje nieidealne brzegi, obsiane betonem, plastikiem i chwastem wszelakim. Czaple lądują w muliste płycizny wypatrując łupu, niebo w ponurej szarości straszy deszczem, ja idę, grążele i grzybienie próbują otworzyć się na świat, szukając słońca, bo wilgoci mają pod dostatkiem, barki turystyczne tłoczą się na nabrzeżu od mokrej strony – od suchej biegacze i kolarze prężą muskuły. W parku podnoszę szyszkę, żeby poczuć w dłoniach powtarzalność zdarzeń i zatapiam się we własnych myślach. Nie na długo – atakuje mnie wrona, co zdarzyło się po raz pierwszy, choć doskonale pamiętam, że krukowate mają takie odchyłki, gdy poczują zagrożenie dla własnego narybku. Owego nie widziałem, ale chyba sprawiłem frajdę pani czekającej na tramwaj, gdy opędzałem się torbą przed zawziętym ptaszyskiem. Uszedłem cało – na szczęście okaz pojedynczy nie wpadł w furię i nie zaprosił do zmasowanego ataku pobratymców.


  • RSS