Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 7.2015

Krzyk bażanta spoglądającego z trwogą jak bardzo zmienił się krajobraz otoczenia pobudził wyobraźnię do przeglądu oblicza Miasta z ostatnich dni. Wygląda, że moje okolice zostały namaszczone w sposób przewrotnie bogaty, nie widziany w innych rejonach. Specyficzna dzielnica, to i natura pozwala sobie na trochę więcej niż gdzie indziej. Podobnie do tubylców. Pamięć podrzuca obrazy powodzi sprzed nastu lat, kiedy ogólnopolska TV rozpaczała nad blokowiskiem zbudowanym na polderach, ledwie zauważając, że ten fragment Miasta napił się wody równie mocno, a straty były większe – przedwojenne budynki nie wytrzymały tygodniowej kąpieli i kiedy wody wróciły do koryta Rzeki nie nadawały się do zamieszkania. Niczym spróchniałe zęby tkwiły latami puste, z zaślepionymi oczami okien czekając na deweloperskie czary. W ogrodzie zoologicznym żurawie cicho konwersowały po śniadaniu z łapkami w sadzawce – niespiesznie i statecznie. Jakby nic się nie stało, co tam akurat jest prawdą. W parku słońce obudziło bezdomnych, z trudem prostujących kości po nocy na ławce, topola naruszona przez bobry chłodzi się w nurcie, cykliczny przegląd śmietników trwa, z buków lecą na głowę łupinki orzeszków z wiewiórczych przekąsek. Wrony gawędzą ze sobą na odległość przekrzykując piły spalinowe, kosiarki i samochody, kolarze próbują wytworzyć wiatr, a spacerowicze obciążeni kijkami do nordyckich przechadzek stukają miarowo w zakurzony asfalt alejek pod czujnym okiem psów luzem depczących trawniki. Zapewne są równie mocno jak ja zdziwione, że do spaceru potrzeba dłonie obciążyć patykami.

Wystarczyło umknąć z Miasta na jeden krótki dzień, żeby go nie poznać. Powalone drzewa, chodniki i jezdnie pełne liści i drobniejszych gałęzi. Rzeka skurczona wyraźnie również nosi ślady ekstrawagancji wiatru. Niczym do kosza na śmieci załadowane konary z wolna suną nurtem, żeby inni mogli zobaczyć rozmiar nieszczęścia miejskich drzew. W parku selekcja – chore, słabsze sztuki poddały się i w niebo sterczą igły rozdartych pni. Bliźniaki rozstały się – jeden nadal dumnie nosi koronę w górze, gdy drugi legł na świeżo wystrzyżonym trawniku. Na ulicach wyschnięte już kałuże o rozmiarach wielkości jezior. Schnąc zostawiały ślady żwiru i śmieci na kurczących się brzegach, gdzie trudno odnaleźć ślady szlachetnej (?) nawierzchni. Gdyby takie ekstrema zdarzały się częściej zapewne po zaledwie kilku latach byłaby tu puszcza nieskalana, by jakiś wytrwały Indiana Jones mógł odkryć dla świata zaginioną cywilizację. Nie chcę zostać dinozaurem. Jeszcze nie. Na wszelki wypadek, gdyby jednak miało się zdarzyć niewyobrażalne zostawię cokolwiek na żer przyszłym odkrywcom. Choć to tylko słowa kogoś bez znaczenia dla świata współczesnego (bardziej „anonim” niż Gal).

Trzeba poważnie zastanowić się, czy wyjazd na dłużej jest dobrym pomysłem.

Minąłem gołębie nasiąkające wilgocią w fontannie, która stoi w pięknym otoczeniu od tak dawna, że wydaje się stworzoną razem z Miastem. Nagi szermierz w misie unoszonej przez dwie mieszczki o bujnych kształtach klęczące pod dźwiganym ciężarem. Na elewacji Uniwersytetu tablica pamiątkowa przypominająca notatnik z wydzieranymi kartkami przybity gwoździem do ściany, a na odsłoniętej stronie fragment poezji Kaczmarskiego, który powinien tu być dłużej. I w letnim ogródku, ocieniony parasolem, sączyć piwo w niespiesznej gawędzie z prof. Miodkiem, żeby później przenieść się na wyspy i dołączyć do studenckiej gawiedzi i przy gitarze spędzić noc otoczony Rzeką. W przelocie złapałem ulotkę z zaproszeniem na koncert w kościele, a z turystycznej mapy wyjrzały na mnie ulice pamiętane przez moje nogi. I nie to jest dziwne, lecz to, że WSZYSTKIE.

Ludzie (szczególnie w ich ładniejszej odsłonie) nadal budzą moją sympatię. Od wczoraj obserwuję rosnącą popularność turystyki rowerowej w minispódniczkach. Przodują panie z ogniem we włosach. Mnie urzekły szczególnie te z nadwagą. Zupełnie szczerze – widoczek stanowią prześliczny i wcale nie tak rzadki. Trochę złośliwie przyglądam się sobie, kiedy tak, zamiast pod własne nogi zerkam na cudze i przypomina mi się, że podobno upodobanie do obfitości jest objawem stresu. Przez Miasto wędruje też plankton ludzki pod okiem mam i babć. Bardzo śmiesznie wygląda taki mały człowieczek, narybek przyszłego tubylca, kiedy okazuje się, że chodnik dla niego za wąski. I to każdy. Podobnie rzecz się ma z zatwardziałymi tubylcami napełnionymi etanolem, choć ci wzbudzają inne uczucia, a za wąski chodnik to określenie zbyt płytkie – całej ulicy mało dla takiego gabarytu i jego decybeli. Wyspa dla pieszych, otoczona z trzech stron jezdniami wyposażona w poręcze dla kolarzy dziś proponuje sweterek – całkiem gratis i jakościowo niegłupi. Czeka chętnego ładnie rozciągnięty na poręczach. Czapla wtulona w nabrzeże stoi tak nieruchomo, że przypomina porzuconą garderobę nasiąkniętą wodą i wyplutą na brzeg, Trzeba chwili, żeby dostrzec w niej żywe stworzenie.

Trochę mi się poszarpał życiorys ostatnimi czasy i jakby mniej spokoju wewnętrznego. Pośpiech i wiecznie rozładowany telefon nie sprzyjają obserwacjom. Próbuję zwolnić, skręcać gdzie mnie nikt nie czeka i nie szuka, wtapiam się w tło i tłum gdy tylko mogę. Podglądam zmoknięte wrony uczące się chodzić po schodach i wodę ściekającą z mostu do Rzeki w diamentowym, niekończącym się naszyjniku. Mijam bez słowa zielone oczy przesłonięte blond włosami, kobiety malowane w kwiaty tatuaży rozsianych po całym ciele, uśmiecham się do truskawek na straganach, które przez to stają się bardziej rumiane. Deszcz nocny zmienił topologię terenu zwiększając dystans do, więc idę gdzie ten nietrwały labirynt prowadzi, lecz bez niechęci, czy złego słowa. Próbuję sterować w kierunku celu – obym trafił. Dziś i pojutrze. Dziś się udało, lecz cel był łatwiejszy.

Galimatias pogodowy sprawia, że świat traci orientację. Niedziela w czerni. Poranny spacer w poszukiwaniu cienia niósł mnie za ciemnowłosą kobietą ubraną w czarną sukienkę. Niemal wyłącznie. I był to bardzo estetyczny widok. Nie ważne dla kogo była tak ładna – dobrze, że była, choć jej ścieżki prowadziły w inną stronę – do celu, którego ja wczoraj nie miałem. Po południu czarne chmury i czarne jaskółki, którym zupełnie nie przeszkadzał deszcz na skrzydłach wysoko wyniesionych w powietrze. A mówią, że na deszcz latają tuż powyżej asfaltu. Być może w Mieście nauczone smutnymi doświadczeniami wolą jednak unieść się ponad budynki. Dezorientacja trwa i dzisiaj – obok gołych nóg i skąpych strojów – kurtki. Pełne równouprawnienie, bez względu na płeć i wiek mieszają się trendy. Popołudnie pokaże, kto miał rację. Albo nie.

Czas sandałów i gołych nóg. Czas spoconych facetów, komarów i żywiołów. Może nie bardzo toksycznych, orzeźwiających, dających płucom wytchnienie. Najchętniej przestawiłbym się na nocny tryb życia, kiedy temperatura jest bardziej przyjazna dla organizmu, a wiatr nie wysusza oczu. Tylko, czy to wypada zazdrościć borsukom? Miasto nocą jest zupełnie inne, dziksze i zapewne bardziej nadaje się do uprawiania surviwalu miejskiego w mniej cywilizowanych niż Rynek miejscach, a o spotkanie z napompowaną alkoholem i agresją ekipą neandertalczyków nad podziw łatwo. Co robić, kiedy w okolicy kwitną wyłącznie całodobowe sklepy z procentami, gdy inne zmieniają branżę regularnie co kwartał, a człowiek jest zdecydowanie mniej okazały niż pociąg pancerny radzieckiej produkcji? Pozostaje przemykać cicho i bezwonnie krokiem wystarczająco szybkim, by zniechęcić do pościgu stada miękkich nóg i otumanione głowy ze spowolnionym procesem myślowym. Interesujące, że nocą napotkany przechodzień stanowi element ryzyka, gdy w ciągu dnia wzbudza uczucia bliższe ciekawości. No chyba, że trafi na amatora nocnych dam – jego wrażenia podejrzewam diametralnie różnią się od moich. Jedna dygresja ciągnie do kolejnej – szczyt pracowitości takich dam można znienacka dostrzec o poranku – na środku chodnika słoik z moczem – któż zszedłby z posterunku w tak prozaicznym celu jak fizjologia? Damy radzą sobie doskonale. Adaptacja i ewolucja w kierunkach nie do końca przewidzianych przez guru tej dyscypliny.

Rzeka zbija wagę, jak bokser przed walką i kurczy się pozbawiona wilgoci, którą mozolnie wypaca co dnia. Strzela skrzącymi oczami do słońca i marszczy się jak człowiek atakowany przez muchy, kiedy tylko rybi ogon zbliży się do powierzchni. Czaple kryją się w wysokiej trawie na brzegach i cichutko czekają na okazję. Uśmiechnięta kobieta na rowerze może być dobrą wróżbą, a już na pewno poprawia humor. Patrzę na pierwsze tego roku grzyby wychylające się pośród wystrzyżonych trawników, i zdumiewam się liczbą wron. Ławki pokryte potem drzew delikatnie przykrytym kurzem, lepiące i brudzące odzież strudzonym, zakochanym i rozmarzonym zielenią i śpiewem drobiazgu ptasiego. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim utkałem własną codzienność, powtarzalną teraźniejszość, która płowieje z upływem dnia i zmienia się w przeszłość. Próbuję ją zatrzymać tutaj, choć wiem, że jutro będzie tylko wspomnieniem. Dokładnie tak samo jak jutro dzisiaj jest przyszłością słabo przewidywalną.


  • RSS