Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 8.2015

Kiedy jeszcze większość ludzi korzysta z weekendowej możliwości spania ponad miarę,  mnie nogi już ciągną do świata. Może dlatego, że bliżej południa spłynąłbym potem, gdy teraz można rozkoszować się powietrzem z odrobiną wilgoci. Mijam bardzo przedwojenne kamienice, z których opadł tynk ujawniając ślady obecności innego narodu i przeznaczenia parteru kamienicy. Pięknym gotykiem zaprasza na niemieckie pieczywo pewnie ze sto lat temu. Rzeka zasilająca Rzekę zasłana powalonymi drzewami zarasta trzcinami i mułem, na moście głośne i wulgarne towarzystwo leczy się piwem komentując wysiłki wędkarzy, którzy raczą się wódeczką. Młoda „pani” w podkoszulku, majtkach i kozaczkach wraca do domu i nie chcę wiedzieć skąd, przynajmniej udaje zawstydzenie. Całodobowy sklep z szerokim wachlarzem alkoholi gości dwie inne, hałaśliwe niewiasty, tak obficie podlane w nocy, że jeszcze nie wracają – uzupełniają zapasy, gdy obłok ich tymczasowych ”perfum” wypycha powietrze z okolicy tworząc wokół nich aureolę środowiska beztlenowego. Kolczyki pod wargami (pewnie mają ograniczać nadmierny apetyt), tatuaż imitujący pończochy z podwiązkami objawiony światu w całości i niewybredne dialogi. Z okna kamienicy dla odmiany dobiega monolog do męża, który wczoraj nie kupił pół chleba specjalnie dla niej. Słychać ten monolog na całą ulicę przez godzinę – ja zdarłbym gardło dużo szybciej. Bezdomny, śpiący na betonowym murku nawet nie drgnął. Dziwne, że tej nocy nie spędził na miękkim – ktoś wyniósł wersalkę na śmietnik – szerszą i bardziej stworzoną do spania. Gołębie do spółki z wronami opiekują się śmietnikami roznosząc worki foliowe po okolicy i czekają na tę chwilę, kiedy wprost z czwartego piętra wylądują na resztkach trawnika pozostałości kolacji. A trawnik nie cierpi z powodu suszy – wilgoci dostarczają mu całe oddziały psów, których właścicieli nie stać na wysiłek spaceru przekraczającego czas niezbędny na wypicie piwa lub szybkiego papieroska. Nie trzeba wierzyć, że to wszystko istnieje. Lepiej nie wierzyć. Co z tego, skoro tu mieszkam wystarczająco długo, żeby przywyknąć, żeby przejść pomimo nie okazując uczuć. Na pewno nie jest to świat pięknych ludzi z telewizyjnych seriali. To serial zbyt monotonny jak na uwiecznienie. Jeden poranek wystarczy… może wzmocniony jednym wieczorem, ale to innym razem.

Zatruwam organizm świtem, nawet wtedy, kiedy nie muszę. Bardzo rzadko zdarza mi się przespać czas pozwalający na delektowanie się porannym nałogiem z niespiesznym spacerem i śpiącym jeszcze rozumem, jednak dzisiaj udała się taka sztuka. Żeby dogonić rzeczywistość skorzystałem z usług komunikacji miejskiej, co z kolei wywołało drobne widzenia w nie do końca rozbudzonym pojeździe. Szczuplutka ponad miarę blondynka o wzroście z wybiegów mody i ciele pasującym do nich pojawiła się przede mną na krótką chwilę. Ładna? Bardzo subiektywna sprawa, jednak dłonie miała wypielęgnowane tak, że trudno było wzrok obrócić. Nieczęste to zjawisko, gdzie niedostatek w tej materii kryje się lakierami we wszystkich kolorach tęczy, łącznie z wielobarwnym galimatiasem sprawiło mi cichutką satysfakcję. A siedzącej koło mnie zdecydowanie ładniejszej kobiecie jakby przykrość, gdyż schowała swoje dłonie w ciepło własnych ramion i piersi. Jak zwykle zapewne nadużyłem wyobraźni, gdyż ranek był rześki, co nie zmieni już mojego przeświadczenia, że owe pazurki niegodne były ujawnienia światu. Trudno – niech każdy reklamuje to, co ma najlepszego, grunt, żeby odrobina samokrytyki w człowieku gdzieś tkwiła. Zrozumienie i pobłażliwość przyjdą z wiekiem. Młodość jest zdecydowanie bardziej agresywna, żeby nie powiedzieć wulgarna. A przecież potrafi być przeurocza. Widać projektant naszych opakowań zadbał o harmonię pomiędzy zaletami ciała i umysłu przeciwstawiając je sobie. Szkoda tylko, że nie powstrzymał ich rozwoju i degeneracji na granicy równowagi. Uczę się doceniać projektanta i być może kiedyś dorosnę do zrozumienia. Być może kiedyś napiszę po prostu – widziałem dwie kobiety, jedną o pięknej twarzy, drugą o ślicznych dłoniach. Ale to jeszcze nie dziś… Nie dziś.

Wiatr bezczelnie zagląda pod bluzki kobiet pieszcząc je bez wstydu i skrępowania. Te reagują niczym na dziecięce figle z pobłażliwym uśmiechem i splatając ręce pod biustem próbują zatrzymać ten świeży, chłodny dotyk. W powietrzu znów pojawiają się samoloty i helikoptery, jakby siła nośna wiatru uniosła je w górę. Stamtąd Miasto wygląda pewnie inaczej, może bardziej przypomina to ze średniowiecznych map, jakie bez problemu można kupić na Jatkach i w reprotechnikach. A Ciebie tam nie będzie, mnie również, ponieważ nie zasługujemy. Życie jest zbyt krótkie, żeby z perspektywy cumulusów uwiecznić byt nieistotny. Kłaniam się więc kamienicom pamiętającym wiek XIX, kościołom jeszcze starszym i kocim łbom, których jeszcze całkiem sporo w centralnej części Miasta. Aż się prosi przyjrzeć się dokładniej tym mapom, czy odnajdę te ślady dawnej inżynierii. A jeśli wyobraźni i pamięci wystarczy, to może i z Rzeką będzie można w meandry się udać na spacer w głowie, żeby mosty policzyć i wyspy…

Kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że wiatr jest siłą napędową. Dawno niewidziany osobnik ożywił świat wokół, wprowadzając różnorodność. Bezdomność śpiąca w ciepłym parku, inna oddająca się spożyciu gdzieś na moście, bieda-szperacze przeczesujący śmietniki idąc świtem tropią ślady wieczornych fanaberii bogatszego świata. Uroda koncentruje się wokół centrum, żeby im bliżej peryferii uwypuklić nadmiar szpetoty i bylejakości. Można powiedzieć prawdziwe życie, z walką o przetrwanie kolejnego dnia. Przekraczam co dzień dwukrotnie tę niewidzialną linię demarkacyjną pomiędzy kawą za 10 złotych w papierowym kubku, a piwem za 1,99 pitym przed sklepem wprost z butelki na przekór prawu, estetyce i moralnym dyrdymałom typowym dla kawoszy z sieciówek. Przenicowany obydwoma światami wychowany na ich granicy stąpam ostrożnie, żeby nie stoczyć się w dowolną ze stron. Bo chyba żaden z tych światów nie pociąga mnie dostatecznie, nie oferuje tego czego szukam mniej lub więcej świadomie. W pamięci noszę, jak legitymowany w środku nocy usłyszałem komentarz władzy: „bo wam urodzonym tu należałoby zdjąć odciski palców już przy urodzeniu – wcześniej czy później przydadzą się”. I co robić, kiedy nie chcę być stąd, czy stamtąd? Jestem znikąd i dobrze mi z tym, choć niewielu jest w stanie zrozumieć, że można mieć nie mając i być nie będąc, że słońce na elewacji i kurz w oku jest wartością, którą nie wszędzie można znaleźć, że cieszyć może cudzy uśmiech i podarty sweter, a deszcz może stać się źródłem całkiem interesującej przyszłości lub choćby migawki wartej zapamiętania. Nieprawdą jest, że Miasto składa się z mostów i parków, znikających budynków i drzew. Miasto to ludzie przesiąknięci klimatem miejsca, sobie wzajem obcy, lecz swojscy, których można niczym puzzle posklejać w jedną większą całość. Może gdzie indziej tak jest również. Nie wiem i raczej się nie dowiem – jedno Miasto na dwoje oczu to i tak za wiele.

Klucz łabędzi prowadzony przez kaczkę, trochę chyba wystraszoną niespodziewanym dowództwem kolosów przeleciał na dużej wysokości ponad moją codziennością. Wystarczająco wysoko, żeby nie było słychać świstu skrzydeł  łabędzi, choć kaczce starczyło głosu – drąc się w niebogłosy lawirowała po błękicie robiąc manewry znane pilotom wojskowym. Czyżby więc była w stanie wojny? Park, systematycznie pielęgnowany dziś raził strąconymi wiatrem gałęziami, a miejscami nawet spalenizną – komu do głowy przyszło podpalić hałdy wcześniej zebranego, a niewywiezionego chrustu, skazić zieleń i podsuszyć tulipanowce? Prędzej zrozumiem rozbite butelki pod ławkami unurzane w stertach papieru i folii. Tatuś przecierając zaspane oczyska pchał wózek spacerowy z radosnym bąkiem. Bąk trzymając się kurczowo oparcia cieszył się całym ciałem i gdzieś w moją stronę wykrzyczał tę radość: „Idę! Hej!”.

Nie odkrzyknąłem – bardziej niż on idąc, ale uśmiech mi się uzewnętrznił, chyba tylko po to, żeby mi uświadomić, że z wiekiem ludzie śmieją się coraz ciszej. I krócej. Trochę pesymistyczne spostrzeżenie zdaje się potwierdzać na chodnikach. Dorosłość uśmiecha się pod wpływem, albo wcale. Tak, jakby uśmiech był chorobą wieku dziecięcego, przez którą każdy przejść musi i wyrosnąć. Oby była zakaźna.

Karetki nie ustają w wydawaniu modulowanych dźwięków odwożąc kolejne ledwie żywe organizmy na diagnostykę i odnowę biologiczną. Saharyjskie upały trwają w najlepsze. Rzeka schnie odsłaniając brzegi, dziewczęta schną odsłaniając uda i ramiona. Faceci, co „bardziej delikatni” schną spacerując bez górnej części garderoby. Niektórzy próbują nawodnić się napojami wyskokowymi – ze względów ekonomicznych jest to dobry pomysł – wystarczy dwie butelki piwa, żeby stracić rozum, wolę i zdolność poruszania się. Wrony spacerują po żółtych trawnikach w podcieniu dębów z otwartymi dziobami, że aż ich żal. Nie dość, że stwórca pokarał je wyglądem, barwą i odebrał zdolność śpiewu zastępując ją charczeniem, to jeszcze wygnał je w miejskie plenery, które nagrzewają się ponad stan, do którego społeczeństwo jest w miarę zaadaptowane. Ludzie też wysławiają się dość szorstko z braku wilgoci, z nerwów i zmęczenia. Myślenie abstrakcyjne staje się deficytowe – przez większą część dnia uprawiany jest surviwal, a posiłki składają się z wody. Dopóki jest.

W lekkim roztargnieniu dostrzegam, że świat zwierzęcy zniknął z widoku, a liście na ozdobnych krzewach smętnie wiszą na gałęziach jak wstążki bibuły. W oknie pani w kwiecistym biustonoszu sprawdza, czy jest nadzieja na chwilę cienia. Na podwórku inna w sandałach i lekkiej sukience zawstydzona cofa się na mój widok w pobliże drzwi wejściowych. Zerka spod oka w moją stronę, jakby pytała, czy zauważyłem, że poza sukienką nie ma na sobie innych fragmentów odzieży. A przecież jej nie powiem, że zazdroszczę, że gratuluję odwagi w obliczu takich ekstremów pogodowych. W drodze kobiety ubrane w paski marynarskie na ogół w różowym kolorze, żeby podkreślić przynależność płciową. Tylko jedna wybrała niebieskie tło do białych pasów – ekscentryczka? Kolarze migają opalonymi nogami, a biegacze świecą mokrymi plamami na plecach. Dzieci taplają się w fontannach przewracając się ze śmiechem i wzbudzając podobną reakcję przechodniów. Matki reagują bez cienia energii i przekonania – gdyby nie publika same chętnie dołączyłyby do dzieciaczków.

Poza-zawodowo – na początku był język cyfrowy tak dalece wymieszany z analogową postacią wymiany informacji, że ciężko było rozpoznać, w którym miejscu występuje transformacja. Chwilę, trwającą coś około dwa piwa, gdzieś na marginesie uwagi (czyli coś, do czego chyba jestem stworzony) pojawił się francuski w parze mieszanej, choć nie zakończony pocałunkiem w języku miłości – o tyle interesujące, że przy panującej temperaturze przytulanie się do kogokolwiek wymaga mnóstwa determinacji (tak to oględnie nazywam), więc brak spełnienia wydaje się przynajmniej nieporozumieniem, żeby nie powiedzieć daremnością. Kiedy już mrok przesunął granicę wstydu (nieznacznie i nie przekraczając ram dobrego smaku) dziewczątko w czarnej spódniczce nachylając się w stronę długowłosego młodzieńca mignęło koronkowym zwieńczeniem równie czarnych pończoch (zapewne nieświadomie) zdobywając się na pieszczotę w dzień chyba zbyt śmiałą. Dwa zdania później pani w czarnej sukience… Miała prawo podobać się męskiej części świata, choć logika wskazała bezsens wyboru – po kiego czorta w taki upał ściągać na siebie uwagę słońca? Czyżby wróżyła chłodny poranek? Na środku skrzyżowania niemieckie debaty nad zwrotnicami tramwajowymi. Nieco niewyraźne, chwiejne, zabijające czas oczekiwania na pojazd, który zapewne już się dzisiaj nie pojawi. Zaraz potem pani w bieli. Nie zdziwiłbym się, gdybym ukląkł przed nią w dowolnym języku, tak ślicznie wyglądała. Negatyw poprzedniej pani, więc dobrze (świat powinien być różnorodny, a nie każdy kwiat dostrzeżony musi zostać zerwany, może nawet żaden nie powinien). Z za okna łacina. Nie ta z uniwersyteckich wykładów, lecz tutejsza, podwórkowa, pospolita. Potrafię żyć obok, potrafię zastosować, choć bardziej podobam się sobie, kiedy udaje się wysławiać bez niej. Bo najgłośniej w świecie wielkich kontrastów krzyczą dyskrecje. Np: niebiesko-niebieskie… I jeśli szary świat jest alternatywą dla czarno-białego, to wybieram, bo w ojczystym języku to wybór naturalny (bardzo podoba mi się szary w odcieniu dojrzałych kasztanów).

Świat dookoła przygotowuje się na wielką suszę. Rzeka schnie w oczach równie szybko jak zapasy mineralnej w sklepach, kurz nie wie, gdzie się podziać. Ludzie też. Porą spacerów stają się świty i zmierzchy, bo tylko wtedy powietrze ma jakiś sens. Jednym słowem lato, na które nie można narzekać. I, kiedy już przyjdzie, to lepiej narzekać na lokalizację. Problem, że trudno mi narzekać na Miasto, gdyż znam gorsze lokalizacje i gorsze miasta. W każdym razie urlop nie należał do najbardziej udanych planów życiowych, niech więc chociaż Miasto będzie spokojną przystanią. Dla odmiany – obce kobiety wyglądają na zadowolone, demonstrując zainteresowanym całą paletę lakierów na wszystkich możliwych paznokciach i wreszcie mogą pochwalić się tatuażami swobodnie rozrzuconymi po całym ciele. Duży rudy pies zaprasza do zabawy patykiem na parkowym trawniku, wrona nie może zdecydować się, którą suchą gałąź dębu powinna zająć o poranku. A ja nie wiem, na której ławce powagarować pięć minut.


  • RSS