Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 9.2015

Równie dobrze po chodnikach mogliby chodzić ludzie bez twarzy. Skoro i tak nie widać żadnych emocji w obliczach czemu mają służyć? Dobrze, że tylko w zewnętrzu twarze przenoszone są zatknięte na szczycie szyi. W pomieszczeniach odzyskują barwy. W jesiennym krajobrazie Miasta pozostaje skupić się na tej reszcie, transporterze głów. Najwięcej barw niosą ze sobą ciężarne kobiety, co skłania mnie do miękkiego uśmiechu. Może nie tak miękkiego jak zegary w obrazach Salvadora, ale jednak (skojarzenie – lepsze to niż płonące żyrafy – ludzie z gorejącymi szyjami kłusujący przez Miasto – to dopiero widok z apokalipsy). W parku kolejny dąb pożegnał świat i dzieli się swym ciężkim ciałem ze schnącą trawą. Zanim stanie się nawozem pewnie ktoś już go zabierze, teraz pogłębia tylko melancholię spacerowiczów. Pod krzakiem, w kipieli suchych liści stworzenie nieuchwytne dla oka wytwarza dźwięki przesuwających się liści – ptak, jeż, mysz… Nieważne. Jest u siebie i to mocno zajęte rzeczywistością. W Rzece przybywa wody niepostrzeżenie, choć deszcz nie zawitał ostatnio w te strony, a na brzegu stoją płaskorzeźby z farbowanych śmieci z niej wyłowionych. Abstrakcja twórcza pod hasłem sprzątanie. Miasto lubi każdy przejaw aktywności i twórczości. Jest wystarczająco duże, żeby każdy oryginał znalazł dla siebie fragment przestrzeni. Kłębią się w głowie myśli niepoukładane i chaotyczne, zapewne jako obrona przed ładem i porządkiem. Entropia rośnie – jak mawiał pewien profesor jest to idealne pozdrowienie dla fizyków, mi również nie wystarcza „dzień dobry” – odpowiadam „oby”, czego i Tobie życzę.

Wystarczy, że spotka się choćby tylko dwóch ludzi i natychmiast zaczyna się proces wymiany informacji. Nie wnikając w ich wartość, gawęda niesie się szeroko w świat. Obserwacja uzależnienia od rozmów o byle czym, żeby tylko paszczę otworzyć nie zważając na otoczenie, które znosi z widoczną niechęcią cudze codzienności powtarzane wielokrotnie w tramwajach i autobusach, knajpach wszelakich, parkach i gdzie kto sobie wymyśli z toaletami włącznie, wydaje się dość monotonna. A kiedy zabraknie słuchacza? Natychmiast telefon idzie w ruch, żeby po „przesłuchaniach” listy kontaktów mógł zamienić się w źródło muzyki uszczęśliwiającej przechodniów najbliższego kwartału ulic. Trochę się marszczę, trochę krzywię, czasami wyskoczy mi na twarz uśmieszek z porcją zjadliwości, jednak próbuję nie włączać się w ten nurt. Może dlatego przeniosłem słowa tu, gdzie każdy może je sobie darować bez udawania, że to cokolwiek zmienia, albo wnosi jakąkolwiek wartość dla nieznanych mi bytów. Jakiś czas temu wpadłem na pomysł, żeby poprosić o transformację bełkotu słownego na wersję pisaną, co zdecydowanie zawęża czas potrzebny na zrozumienie problemu (o ile on w ogóle istnieje). I okazało się, że sklecenie trzech zdań z jednoznaczną treścią jest sztuką niedostępną. Zdekodowanie odczytanych spotyka się z podobnym niezrozumieniem, czyli powinna zaniknąć ta zbędna umiejętność. A tu proszę – liczba piszących rośnie do amoku, książek przybywa w nieskończoność, blogi, czaty, komentarze… I oczywiście SMS – ostatnia deska ratunku, telegram z pustym bagażem. Tu dołączyłem z własnym bełkotem – wytrwale i bezsensownie. Jednak coś ze stadnego instynktu we mnie zostało…

Przyjdzie pożegnać bosonogie niewiasty na długie miesiące. Jesień w pełni. Z drzew obsypują się żołędzie i buczyna, na chodnikach, w rudych grzywkach pysznią się kasztany, wiatr rano potrafi już usztywnić dłonie. Słońce, choć widoczne i potrafiące oślepić już nie wyciąga wilgoci z ciał teraz okrytych kurtkami. Wszechobecny dżins i pierwsze kozaki, w ogródkach gastronomicznych przeciągi skłaniają ludzi do zanurzenia się pomiędzy ściany. Kaszel i pociąganie nosem coraz wyraźniejsze i coraz częstsze. Język prosty do nauki i zrozumienia. Z dwóch niezdecydowanych pór roku wolę tę, być może dlatego, że wiosny zanikają – wystarczy się zagapić, żeby wprost z zimy przejść w ukrop lata. Jesień jednak chwilkę trwa – w Mieście czasem do wiosny. Jak mawia mój protoplasta – kupić tu dziecku sanki, to wyrzucić pieniądze – śnieg znika, zanim dotknie ziemi, a jeśli nawet poleży, to też zbyt krótko, żeby nacieszyć się białym obrusem (jak podczas świątecznego obiadu – biały jest do przyjścia gości, chwilę później już w kleksach bordo). Zielony dzięcioł w parku niewzruszony chłodem drepcze po trawie wypatrując łupu, obok, z bezpiecznej odległości przygląda mu się szpak pogwizdując. Ja nie gwiżdżę. Zachwyt wyrażany w ten sposób drażni zdecydowaną większość podziwianego gatunku. Szkoda tylko, że ten gatunek nie potrafi określić, jak chciałby być podziwiany. I czy w ogóle. „Za smutek mój, a Pani wdzięk ofiarowałem Pani pęk czerwonych melancholii. Pani mi mówi – cóż – to tylko bukiet zwykłych…” Nadszedł więc czas poezji, długich wieczorów i symboli, oby w godziwym towarzystwie.

Idę, co nie jest ewenementem w moim przypadku, a normą. Nogi niosą mnie między ludzi, chociaż droga wybrana przez owe nogi nie jest najekonomiczniejszą z możliwych dróg. Kiedy jednak oczy rządzą nogami nie protestuję i pozwalam im na fanaberie trasowe. A nuż to był ostatni dzień lata? Idę i pozwalam oczom nacieszyć się widokami i barwami Miasta i jego mieszkańców. Mijam ogródki przyrestauracyjne i przybarowe spoglądając jak dużo ludzi karmi się poza domem, gdy uderza mnie obraz dwóch facetów siedzących nad spaghetti z zieleniną, „z trawą”, jak zazwyczaj mówię. Coś w głowie nie daje mi spokoju, coś kłóci się z harmonią świata. Wreszcie olśnienie – facet, to chyba powinien golonkę żreć, albo tłustą karkówkę lub boczek, a nie trawnik na obiad… Szczególnie, kiedy stolik obok dwie wystrojone kobietki pociągają piwo wprost z butelek. Hosanna! Świat na głowie!. Emancypacja, wyzwolenie, wszelkie ruchy kobiece w polityce krzyczące o równouprawnieniu, tu po cichu realizują swój plan i mają pełne, dobrowolne poparcie męskiej części populacji. I kto tu spodnie nosi? Jeżeli tak głębiej się zastanowić, to niewieścieje męski świat, gdy kobiecy coraz częściej staje się chłopskim. Wieczorem dwie nastolatki na podwórkowym murku przy piwku i papierosie wypluwają z siebie rynsztokowe sylaby tak obficie, że miejscowym braminom spodnie spadłyby z nóg, gdyby dane im było podjąć trud słuchania, a zarost na brodzie wytarłby się o betonowe chodniki. „Kląć należy długo, głośno i wyraźnie”. Nie pamiętam już gdzie to przeczytałem, ale autor na pewno nie był tubylcem. Ja jestem i zapewne dlatego unikam łaciny jak mogę – dla odmiany, dla siebie, z ciekawości, czy ktokolwiek tutaj zrozumie zdanie, w którym nie będzie wytrychów i przecinków wulgarnych. Kto wie, czy w następstwie nie przyjdzie mi kiedyś założyć sukienki. Milczę, bo w świecie krzyku szept słychać najgłośniej.

W dzieciach najbardziej podoba mi się ich wieczne zdziwienie i szczery zachwyt, kiedy patrzą na świat z szeroko otwartą buzią i oczami. Dorosłym brakuje czasu na dostrzeżenie cudów istnień wszelakich i przedmiotów dających się wykorzystać niekoniecznie zgodnie z przeznaczeniem przewidywanym przez producenta. Resztka tego zachwycenia zachowała się we mnie niczym urwany guzik zaplątany w podszewkę dziurawej kieszeni płaszcza. Wczorajszym popołudniem podziwiałem panie z wyraźną nadwagą, jakby odbywał się casting na modelki do obrazów Rubensa z gwarancją nieśmiertelności dla wygranego egzemplarza. Dzisiaj dla odmiany „patyczaki” – niewiasty tak szczupłe, że obawiam się, czy kolejny krok nie będzie ich ostatnim przed wypadkiem, albo głodową śmiercią. Apogeum porannego niedowierzania osiągnąłem jednak wtedy, gdy uświadomiłem sobie bladość jeszcze eksponowanych fragmentów całkiem interesujących ciał. Żeńskich oczywiście. Po lecie wytrwale darzącym pełnią blasku słonecznego i równikowymi temperaturami dysponować mleczną karnacją może tylko albinos pozbawiony pigmentu. Ja musiałbym chyba brać codzienne kąpiele w niegaszonym wapnie, żeby osiągnąć tę barwę. Podejrzewam, że to jakiś nowy specyfik o niezrozumiałym dla mnie przeznaczeniu, gdyż zbyt często dane mi było mieć dziś widzenie opakowań nietkniętych słoneczną pieszczotą. Do różnorodności trzeba dorosnąć, do zdziwienia raczej zdziecinnieć. Czyżby dopadł mnie wiek podeszły?

PS. Wieczorem oglądałem program z jedynym człowiekiem na świecie, który obcokrajowcowi potrafi wskazać różnice pomiędzy słowami „dojechałem” i „przyjechałem”. Nieustająca fascynacja przez cały wieczór.

Wieczór z rzadkim, leniwym deszczem, płynącymi chmurami i ciszą przerywaną dialogiem na dwa męskie głosy przy piwku. Temat dość nietypowy – śrubki, podkładki i stan posiadania takowych. Po zmroku, w oknach, kobiety niekompletnie ubrane, lub też (co bardziej odpowiada prawdzie) nie do końca rozebrane. W większej liczbie, żeby mnie zmylić i w różnych oknach. Na wszelki wypadek z asekuracją męską, odzianą jeszcze skromniej. A przecież nie jestem pająkiem, żeby po elewacji wznieść się na czwarte piętro, tylko po to, żeby wdzięki cudzych żon podziwiać z bliska. Jeszcze świtem nad tą pajęczą osobowością debatowałem, krytycznym wzrokiem spoglądając na fasady przedwojennych kamienic przeglądających się niewzruszenie w Rzece, bym się obudził z myśli natrętnej na widok wyciśniętej wysoko w tynku gigantycznej stopie. Do czerwonej cegły, na kilkunastometrowej wysokości odcisk ze dwa metry z lekkim podejrzeniem platfusa. Czyli nawet giganci cierpią ludzkie ułomności. Może dlatego ta kamienica nie posiada sąsiadki, że przycupnął na niej moloch a nogę oparł o tę stojącą. I zmiażdżył ją własnym ciężarem i szczerbę w ciągu uczynił, frajdę wiatrom i słońcu dając, by w zakamarkach mogły grać barwny koncert na ciepłe westchnienia i chłodne porywy. I nie poradzę nic, szans żadnych nie widząc, by mój alpinizm osiągnął stan umożliwiający taką wspinaczkę, nawet w blasku słonecznym.

Wrona pieczołowicie układa na jezdni orzecha włoskiego jeszcze w zielonym mundurku. Przygląda się nadjeżdżającym samochodom i układa w głowie strategię, albo wylicza perspektywę, poczym niespiesznie opuszcza jezdnię, żeby przycupnąć na krawężniku. Śmieję się wyraźnie, jednak nie odrywam wzroku od ptaszyska. Nie czekało nawet minuty, gdy dostawczy samochód zgniótł kołem twardą skorupkę, a wrona porwała naleśnika orzechowego w bezpieczne strony. Samochody potrafią wgniatać nie tylko produkty spożywcze – parę kroków dalej plastikowy błotnik rowerowy jednostronnie zatopiony w asfalcie (tak, tak – lato sprzyjało takim zabiegom) teraz pod kołami kolejnych aut wesoło kłapie drugim końcem. Na środku asfaltowego chodnika domorosły artysta z kapsli od piwa wytworzył płaskorzeźby trwale związane z gruntem. Może i nie jest to Mona Lisa, ale jakieś dzieło na pewno. Sztuka uliczna. Dwa gołębie usiadły na wybujałym rokitniku. Balansując na drobnych łodyżkach konsumują pomarańczowe owoce nie zwracając uwagi na otoczenie, w którym fruwające worki foliowe stanowią przykry dysonans. Pani, która bezzasadnie spodobała mi się okazuje się ciężarną, a to już wystarczający powód. Świat składa się z drobiazgów. Rozrzuconych chaotycznie w przestrzeni, ułożonych w większą całość, tworzącą historię entropii. Gdzieś pomiędzy nimi realizuję własną codzienność, labirynty ścieżek, w których niczym skarby chowają się przedmioty bez celu i zachowania nieznaczne strzeżone przez gabaryty wielkomiejskiej teraźniejszości. Może jestem uczestnikiem gry komputerowej, którego zadaniem jest błądzić do bliżej nieokreślonego celu lub śmierci? Niech tam – i tak po drodze znajdę swoje małe zachwycenia warte przetartych podeszew.

Rzeka zmętniała, co oznacza, że deszcze nie były lokalne i muł wędruje z gór w stronę morza niczym średniowieczni flisacy. Park pociemniał od wilgoci – na stalowo-szarych, matowych skórach buków pojawiły się czarne ślady nocnych strumieni wędrujących w ściółkę, nawet asfaltowe alejki zaczęły lśnić żywszą czernią, choć nigdzie dalej niż wczoraj nie prowadzą. Młoda kobieta niosła głowę tak śpiącą, że podejrzewałem tę głowę o to, że została na poduszce. Inna uśmiechając się do własnych myśli nieświadomie oblizywała wargi – nie dołączyłem – instynkt stadny nie zadziałał. Obrodziło brodami. I to nie takimi mentorskimi, osiemdziesięcioletnich głów ozdoba, tylko gęsto, czarno młodolice. Spotkanie długowłosego faceta również nie stanowi w Mieście problemu. A, że natura lubi równowagę, więc kobiety depilują co się da, żeby zachować status quo. Przynajmniej tak to sobie tłumaczę jako prywatne wyjaśnienie zagadki na jeden krótki spacer. Zaraz po szóstej rano w oknie kamienicy kobieta wyszeptana wiatrem sprzed kilku dni pojawiła się w odmiennym kolorze. Widać biel się skończyła i nadrabia jasnym bordem (a może wiśnia w śmietanie? Kolory to coś, co tylko kobiety potrafią nazwać tak, żeby oszołomić męską część populacji). Wracając do tematu – zerknęła w moim kierunku – czyżby rozpoznała siebie we wcześniejszej notce? I mnie, stojącego skromnie we wczesnoporannym otoczeniu zaniedbanego podwórka? Jeśli tak, to kłaniam się nisko.

Młody kot w czerni z eleganckimi białymi dodatkami, znudzony bezpańskością wszedł odważnie do biura. Zwiedził pomieszczenia i korytarze, wyszedł, przeczekując cotygodniowy rytuał sprzątania i wrócił, żeby przespać się chwilę na stosie papierów w towarzystwie ludzi. Pomimo zapadniętych boczków wybrał drzemkę, omijając  podstawkę z mlekiem specjalnie dla niego postawioną litościwą ręką. Mruczy teraz leżąc i kto zgadnie o czym marzy z zamkniętymi oczami, gdy dziś ludzie wyglądają jak ich niespełnione marzenia. Odarci z emocji, zamknięci we własnych skorupach niczym szyszki po długotrwałym deszczu. Od razu przypomina mi się kuter Łysiaka symbolizujący porzucone marzenia o światach w których palec wodzący po mapach nieistniejących krain dociera do jeszcze mniej realnego celu, a głowa syci się widokami, by później móc przekazać te obrazy innym i zarazić ich włóczęgą, szukaniem tego, co może zbędne do życia, ale budzi błysk oka i zmienia puls. „Ta jedna chwila, kiedy na szczycie człowiek rozejrzy się wokół ze świadomością niepowtarzalnej okazji, wolności i własnej dumy warta jest wielu lat wyrzeczeń” – o ile cytat może być niedokładny, to mniej więcej tak brzmiało we wspomnieniach himalaisty. A jeśli nie wróci? Podwójna strata, bo nie opowie, nie przekaże, bo że dotarł wiemy tylko dlatego, że wrócił… Lubię wracać, choćby to tylko droga do pracy była, albo weekendowa wycieczka. Dziś wysłowiłem wreszcie, że wielkie rzeczy zdarzają się nielicznym, pozostałym zostają małe (co nie znaczy gorsze) wspomnienia  i widzenia. Za to jest ich więcej, jeśli tylko oczy otworzyć na otaczające je przestrzenie.

Wyszedłem w ciemność, żeby pozwolić wiatrom na zrewidowanie mojego ciała. Mimo, że gnał chmury w ekspresowym tempie znalazł i dla mnie chwilę i poszumiał mi w ucho: „bo wiesz? Ta pani w oknie starej kamienicy, która od czasu do czasu wiesza łokcie na parapecie… no więc ona nie zdarza się kompletnie ubrana” Swoim niedoskonałym wzrokiem i jeszcze słabszą pamięcią próbuję zbudować wyszumiany obraz widywany wyłącznie w amerykańskim planie. Kobieta poniżej czterdziestki, z fryzurą modelowaną w dobrym zakładzie objawia się w bieli, z rzadka tylko w męskiej aureoli stanowiącej tło dla niej. I faktycznie – górną część garderoby stanowi koszulka na ramiączkach, lub szlafrok. Niespieszny papieros wypalany w oknie z leniwym wzrokiem, poczym znika starannie zamykając okna i zasuwając firany. Ech te wietrzysko! Skąd zna takie historie i dlaczego akurat mnie musi je opowiadać, żebym snuł wątki w prologi i posłowia? I znów kłania się pan Bardini z tekstem  – „pies jest temat i …”


  • RSS