Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 10.2015

Czasami mam wrażenie, że mógłbym napisać historie rozgrywające się za zamkniętymi oknami pobliskich kamienic. Kobiety, która nie potrafi mówić poniżej krzyku pociętego wulgaryzmami, złotej rączki wiecznie pracującej w domu nad ulepszaniem świata narzędziami ręcznymi i elektrycznymi, czarnowłosej dziewczyny spędzającej chyba pół dnia w drodze między kuchnią i pokojem, ulubionej pani w sennej bieli, faceta, który burczy w stronę własnych pleców, parapetowych studentek dzielących dłonie pomiędzy papierosa i telefon komórkowy, artystę wypuszczającego nadmiar aromatów przesyconych alkoholem uchylonym oknem wczesnonocnym, psów uwięzionych na zagraconych balkonach, srok drapiących talerze anten satelitarnych i zaglądających do sypialni… Innym razem przynoszę ze spaceru wystarczająco dużo zdziwienia, żeby rozciągnąć je na pół strony, lub mętlik w głowie wystarczający na dłuższy monolog czarnych hieroglifów. Ale do pisania trzeba mieć wolną głowę, której ostatnio jakoś ciasno w codzienności i potrafi pogrążyć się w fantasmagoriach „kiedyś”, bez wnikania, czy chodzi o przyszłość, czy przeszłość. Bo kiedy „teraz” pochłania większość czasu kurczącego się wraz ze zbliżającą się zimą, takie drobne wagary myślowe stanowią bezpłatny lek, spowalniacz nóg, środek nasenny, lub wręcz przeciwnie. Statystyka mówi, że to nietrwały stan, że jeszcze moment, a świat przestanie szaleńczo pędzić i wróci na właściwe rytmy, przywracając równowagę i spokój. Nie znoszę „czekać”, jednak uśmiecham się do takiego momentu, strofując siebie, gdy pozwalam się ciągnąć nurtem zbyt szybkim dla możliwości fizycznych.

Rozcieńczone mleko w postaci tłustego gazu unosi się nad Miastem. Jest trochę ciszej, trochę czyściej, a oczy w gęstym powietrzu mają mniej zajęcia. Gdzieś na skraju trawnika starszy pan unosi klonowe liście i oglądając je pod światło i starannie segreguje, jakby chciał dla swojej ukochanej wybrać ten najpiękniejszy, jedyny i niepowtarzalny. A przecież wszystkie dziś ubarwione rumieńcem, który już jutro zamieni się w suchą skórę o barwie jej przypisanej. Wilgoć wdziera się pod ubranie i budzi do życia, ludzie milczą, lub kaszlą, świat nasiąknięty półmrokiem i otulony mgłą trwa zadumany, trawniki krzyczą kolorowymi opakowaniami, jeszcze trampki i spódniczki w szkocką kratę, choć już nieliczne można zahaczyć wzrokiem, jeżeli uda się ominąć gąszcz kurtek i zimowych butów. Milczę do spółki z Miastem i tylko ryk syren karetki zakłóca nasz spokój na krótką chwilę. Dywan liści w parkowych alejkach ktoś przekształcił w kopce, w których jeże i myszy będą mogły przezimować. Stoją w szeregach i czekają na lokatorów, niczym mieszkania do wynajęcia. Woda rozsiadła się na ławkach i nie zachęca do przycupnięcia choćby na moment, żeby podziwiać wytrwałość drzew wyciągających ramiona do nieba ni to w niemej skardze, ni po prośbie. Też milczą, a ja z nimi. Czy dałbym radę jednym widokiem sycić oczy przez całe życie? Pewnie też zadarłbym ręce do nieba…

Od wyjścia z domu mnożą się długonogie, wysokie dziewczęta w makijażu młodości i wszechobecnej czerni łączonej z szarością wyglądające jak często tu spotykane czaple. Jedna, chyba bardziej otwarta i bezpośrednia zaglądała mi w oczy bez skrępowania, niczym ciekawska sroka  - chociaż nie odezwała się i pomknęła do swojego świata jakby spóźnienie osiągnęło rozmiar katastrofy zmusiła mnie do szerszego otwarcia oczu. Nieco później facet wyglądający jak głodny orzeł z jeszcze większej wysokości spoglądał ponad głowami czapli na osypujące się tynki z przedwojennych balkonów wyższych kondygnacji kamienic, a może na anteny, którymi dachy i ściany ozdobione są ponad wszelką wyobrażalną liczbę. Kobiety z termosami kawy, albo wodą mineralną, młodzież z puszkami napojów energetycznych – widać, że trudno spaceruje się bez nawodnienia, nawet, kiedy na zewnątrz temperatura nie przypomina równikowego lata. Nadszedł czas, gdy niebo porzuca żywe błękity i marszczy się srodze przez wiele miesięcy nurzając się w matowym błocie, a ludzie zapominają, jak żywe i wesołe są barwy flamingów brodzących w błękicie. W taki czas odblaskowe adidasy w pomarańczowym kolorze stają się rajskimi ptakami, za którymi wzrok błądzi z nadzieją, że ich zawartość choć trochę naśladuje tę radość.

Uśmiecham się w ciemnościach przedświtu, kiedy gasząc światła podchodzisz do okna. Dziś (domyślam się) na bordowo, gdyż widzę wyłącznie świecący punkcik papierosa, który niczym światło Wenus osamotnione po nocy błyszczy kierunkując wzrok i myśli. W leniwych ruchach korzystasz z ostatnich chwil zadumy przed kolejnym dniem i jego wyzwaniami. Wymyślam sobie ciepłonocne ciało spłukane delikatnym dziś wiatrem, któremu pozwalasz na to, na co ja nie miałbym odwagi. Po drodze mijam kobiety w bordowych rajstopach, więc ten dzień naznaczony został czerwonym wytrawnym dowolnego szczepu winorośli. Merlot, cabernet… ? Nieistotne. Zbyt chłodno, by móc nacieszyć się bukietem. Dziewczyny pachną owocami – po raz kolejny ta sama myśl mnie trafia, że kwiatowe zapachy rezerwują na popołudnia i wieczory, rano wybierając orzeźwiające wonie cytrusów. Płynę w powodzi dziewcząt, które niepostrzeżenie dojrzewają do kobiecości i jest to bardzo dobra prognoza na dzisiaj. Co ciekawe, świtem trudno spotkać kobietę w męskiej oprawie, gdy w drugiej części dnia stanowi to niemal regułę. Niech wyjdę na erotomana, jednak aż się prosi, żeby dołączyć do kontrastowo dobranych żeńskich par wymieniających wspomnienia nocy dyskretnymi spojrzeniami i półsłówkami. A może lepiej nie znać tych myśli? Rano takie parki wyglądają na nieprzysiadalne, gdy popołudniami stają się bardziej otwarte na zewnętrze – nawet to brzydszej płci.

W szarym świcie równie szary świat. Górą chmury posępnie ciągną się łzawiąc, dołem ludzie z marsowymi obliczami odziani na czarno. Jakby barw zabrakło. Tak wielka masa jednego koloru przytłacza. Pojedyncza kurtka przeciwdeszczowa w wesołym błękicie aż raziła swoją odmiennością. Wzdrygnąłem wewnętrznie, że to może być stan na długie miesiące, zadrżałem zewnętrznie, kiedy niewidzialny deszcz dotknął mnie wilgotną łzą. Kobieta w oknie, której biel odzieży wprost z sypialni trafiał na parapet z widokiem na podwórze zmieniła barwy na ciężkie borda. Niedoskonałość wzroku nie pozwala mi poznać, czy to trzydziestoletnia, zniszczona codziennością pani, czy też pięćdziesięciolatka z bardzo szczęśliwym życiorysem, ale przecież i tak nie dla mnie wynurza się z ciepłej pościeli, by miękkim wzrokiem sprawdzić status quo podwórkowego nieładu pod unoszącym się siwo-błękitnym dymkiem z papierosa. Załadunek samochodu dostawczego. To malarz-amator, za dnia świadczy usługi remontowe, by wieczorem, w świetle dalekim od naturalnego, otoczony własnymi i cudzymi dziełami zasiąść przy kieliszku kawy do gawędy leniwej, choć nie pozbawionej logiki. Owszem, zdarzyło się wziąć udział w części takiego wieczoru, kiedy wygłosiłem spontanicznie tekst, że każda galeria jest galerią jednego obrazu – dla każdego innego. I patrzyłem na portret kobiety, którą mogłem znać w przeszłości, mogłem posiadać, albo tęsknić i wzdychać. Albo zupełnie prozaicznie tylko chcieć znać. Ciemną kreską malowany obraz niósł kolory mojej wyobraźni, więc chciałem zaprosić ją do tutaj, chociaż na chwilę. Milczała wisząc na ścianie i uśmiechając się smutniej od Mona Lisy – do mnie, który dla niej nie istniał. Albo mi się to wszystko tylko śniło, bo w taki dzień nawet widzeniom trudno nabrać sił witalnych i kolorowego entuzjazmu.

Łaciaty pies z czerwoną bandaną na szyi szedł przez Miasto swoją ścieżką ciągnąc na smyczy młodą kobietę z płonącymi włosami. Zupełnie niezainteresowany moim światem, pogrążony w bukiecie woni dostępnych jemu dryfował wytrwale, co chwila zbaczając z kursu, żeby dotknąć nosem trawnika, niedostrzegalnego zapachu na krawężniku, czy wspomnienia wypełniającego miłym lub nie aromatem nieodległej przeszłości miejsce, w którym właśnie się znalazł. Dziewczę uśmiechnęło się przepraszająco, że w półmroku, w chłodzie budzącego się poranka zmusza ludzi do manewrów pozwalających ominąć psa i jego łącznik z nią, co w zaspanych nogach i skostniałych reakcjach nie zawsze jest łatwym zajęciem. Powietrze śpi snem zimowym tłumiąc odgłosy cywilizacji, które dzisiaj jakoś mniej dokuczają, gasną w gęstym, mocno schłodzonym powietrzu. Czapki naciągnięte głęboko na uszy, szaliki, kurtki ukrywają ludzkie uczucia i przekleństwa zapewne też.

Przed świtem nagie żarówki rozświetlają prostokąty na trawnikach za budynkami. Jeszcze śpiące, niewidoczne w oknach, nie w pełni ubrane kobiety szykują śniadania do pracy i dzieciom do szkół, w przelocie popijając kawę stygnącą szybciej niż czas upływa. W sypialniach ciemno, więc komuś jeszcze dane jest spać odrobinę dłużej i budzić się w świetle dnia. Na paluszkach, z szacunku dla śpiących kurtki kładą się na plecach wychodzących, a klucze przekręcają się ostrożnie w zamkach, żeby nie zgrzytać. A przecież to wstawanie, ten brak sylwetek w oknach, choć światło wycina w ciemnościach prostopadłościenne kontury, to nocne ciepło schowane we wszelkie zakamarki nie-do-końca rozbudzonych ciał ma jakiś posmak z lekka erotyczny, trochę romantyczny w jesiennym przełomie pomiędzy nocą i dniem, trochę z zabawy w chowanego, a może w ciuciubabkę na cztery ręce? Jeden uśmiech na przejściu dla pieszych, sterty liści i gałęzi nad Rzeką, nieznajomi spotykani co dnia, lub tylko okazyjnie. Szperacze już w biegu, po pierwszych inspekcjach rewiru (nocą, wyposażeni w latarki przedsenny, zgrubny zwiad robią, by o poranku dokończyć z pedanterią wartą lepszej sprawy). Karetki na sygnałach drą skupioną ciszę i rozrywają słabnącą noc, komunikacja miejska przewozi niedokończone sny do codziennych obowiązków, a mnie nogi ciągną przez park, ciemny i zimny, jakby z ponurych obrazów skopiowany i ustawiony na mojej ścieżce, żebym zbyt miłych wspomnień się pozbył i szczątków uśmiechu niewypowiedzianego. Trzeba być Gombrowiczem, żeby w tej pustce, w bezzdarzeniu znaleźć sens ukryty i znaczenie dyskretne, odszukać logikę, choćby miała więcej wspólnego z szamańską pewnością niż dedukcją pana Scherlocka.

Jedwabne mgły delikatnie snują się przez Miasto, a podnosząc się niosą wilgoć pod ubrania jutrzejszych tubylców, którzy stadami wędrują w stronę politechnicznych budynków. Białogłowy pan czyta gazetę w stałym miejscu, jakby to był jeden z jego porannych rytuałów, liście winne przebarwiają się w krzykliwą czerwień kontrastującą z żółcią liści klonowych i głęboką, niby wieczorną zielenią drzew iglastych. Nurt Rzeki czesze i rozplata długie włosy wodorostów, które w słońcu wyglądają lepiej niż głowy niewiast na wietrze. Spoza ogrodzenia ogrodu zoologicznego wystają garby dromaderów. One już są tubylcami i w naturalnych pustynnych warunkach pewnie zapociłyby się na śmierć już pierwszego dnia. Jaka musi być determinacja połowy Afryki, żeby wędrować na północ i pierwszy raz w życiu zetknąć się ze śniegiem i mrozem, gdzie nikt nie obiecuje im przecież cieplarnianych warunków. Patrzę codziennie na bezdomność nocującą w pobliżu śmietników na podwórzu, co nie pozwala mi na pojedyncze słowo skargi, jednak wyobrażenie sobie czarnoskórej bezdomności przekracza chyba możliwości wyobraźni. Szczupłe kobiety zostały w domach, albo siedzą w samochodach kaszlących z dysz rur wydechowych wprost na asfalt kłębuszkami sino-niebieskich obłoczków. Skrzypią wózki zbieraczy, psy milczą nawet ogonami, dziewczęta oszczędzają uśmiechy na popołudnia i wieczory. Pośród kurtek i kozaków notuję w pamięci krótką spódniczkę otaczającą apetycznie wyeksponowane nogi, kto wie, czy nie ostatnią w tym roku. Skracam krok i karcę sam siebie za każdą próbę przyspieszenia – skoro wszystko zastygło, dokąd się spieszyć?

Z punktu widzenia Rzeki wyszedłem przed Miasto. Po wale, łąkami nad brzeg. Mijałem opalające się panie (czyżby latem słońca im brakło?) i grillujące towarzystwa. Szukałem ciszy przerywanej wiatrem i pluskiem wody o kamieniste brzegi. Usiadłem nawet na chwilę dostatecznie długą, żeby zapomnieć o świecie. Motorówki, skutery, barki, pontony z silnikami i żagle cięły wodę wzdłuż i wszerz. Słońce malowało jasne plamy w nurcie, który ani na chwilę nie zatrzymał się w miejscu, bażant wybrał się na drugi brzeg lecąc tak nisko, jakby chciał nogi schłodzić w przelocie. Obejrzałem się za siebie, na Miasto. Most wydawał się przędzą pajęczą, klocki betonowe niknęły w zieleni drzew, tylko elektrociepłownia produkowała cumulusy ciepłe od procesów spalania. Jedyne chmury nad Miastem. Zignorowany przez konie, pod schnącymi gałęziami samosiejek wszelakich gatunków i pośród powalonych energetycznym wiatrem schorowanych drzew szedłem bezgłośnie patrząc na rosnące w trawie sterty liści poskręcanych z braku wilgoci wyglądające jak żółtobrązowe, ruchome wydmy pod którymi zimą znajdą schronienie jeże i myszy polne. Czaple – ciche z natury unosiły się wysoko wracając w stronę ogrodu zoologicznego, gdzie na wysokich drzewach urządziły jednogatunkowe „blokowisko”, z ogródków działkowych unosił się zapach palonych liści pomieszanych z pieczonym mięsiwem, plac zabaw dla dzieciaczków tętnił życiem beztroskim, kaczki kłóciły się o pierwszeństwo na szlaku wodnym, czas płynął z prądem mimowolnie i nieubłaganie. Chciałoby się powiedzieć za Leśmianem, że w sennej bezzadumie szedłem tak grzany słonecznym brzuszkiem i chłodzony wiatrem znad Rzeki. Raczej zadowolony. Pogodzony z naturą i brakiem cywilizacji, choćby tylko chwilowym.

Nie podejrzewałem siebie o studencki wygląd, a jednak. Zaspany, z muzyką na uszach, od dziś student zaczepił mnie pytaniem o lokalizację budynku. I zamiast jak biały człowiek zapytać o wydział, rzucił nazwę literowo-numeryczną, bo przecież JA powinienem wzorem amerykańskim znać skrótowe, administracyjne oznaczenia wszystkich budynków, których liczbę zna wyłącznie ktoś z rachuby wewnętrznej. A ja jak prostaczek wiem, gdzie jest budynek główny, instytut języków obcych i parę wydziałów, jednak T-13? Bladego pojęcia nie mam, czy w ogóle coś takiego występuje w Mieście. Można powiedzieć „bez znaczenia”, jednak humor mi się poprawił znacznie. Jeśli ktoś mijał zadowoloną fizjonomię, śmiejącą się do siebie pomimo chłodu poranka, to zapewne widział mnie. Jeszcze się szczerzę na wspomnienie. Początek roku akademickiego objawia się w Mieście identycznie każdego roku. Korki stają się dłuższe, na chodnikach rozpacz w dżinsach poszukuje wydziałowych obiektów, euforia i entuzjazm, żeby nie wspomnieć o obowiązkowym rozpoznaniu i zwiadowczej obecności na wszystkich zajęciach. Zwykle to mija już w połowie października, kiedy świeża krew okrzepnie i nauczy się, dokąd zmierza i czy na pewno jest taka potrzeba. Późniejsze pytania dotyczą już tylko rynku i okolic, wysp i ewentualnie ulic prywatnych stancji koleżanek poznanych wczoraj na imprezie u kolegi poznanego przedwczoraj.

Acha! Wiem, gdzie w Mieście znajduje się T-34 i to dwie sztuki – cmentarz żołnierzy radzieckich – na postumentach stoją dwa czołgi z wyprutymi wnętrznościami.


  • RSS