Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 11.2015

Czas nie jest dany w nieskończoność i zdarza się, że pomimo wszystko trzeba go jakoś podzielić pomiędzy obowiązki i przyjemności i z grubsza wiadomo, jaki to ma wpływ na te ostatnie. Jednak nie potrafię odmówić sobie tych paru minut wagarów, kiedy zostaję przytłoczony widokiem. Mrok, jak syk węża – drapieżny, choć cichy, otula coraz większą część doby, dopiero stada wron swoim jazgotem rozpraszają nieprzeniknione dla mojego instrumentu poznawczego ciemności. Puszczam nogi swobodnie i bez pośpiechu w kierunku obowiązków – wolno, lecz bez fanaberii – standardową ścieżką. A tu, pomimo chłodu zraszacze pracują pełną parą i chyba od dawna. Jałowce, niczym choinki skrzą złotem, na krzewach owoce pereł mlecznobiałych, a trawnik zamienia się w lodowiec z serakami źdźbeł sterczącymi pod każdym możliwym kątem. Dla drobiazgu owadziego (o ile jakikolwiek gatunek radzi sobie w takich warunkach) byłyby to Himalaje w wydaniu zimowym. Sięgnąłem tam wyobraźnią i zmarzły mi dłonie, więc wracam do obowiązków.

Wtulony we własne myśli, nieco jaśniejsze niż dzień, który ma dopiero nadejść patrzę, jak zmienia się ilość okien z budzącym się życiem. Ciepłe żółte prostokąty kryją mniej lub bardziej nerwowe ruchy w zależności od tego, jak późno temu życiu udało się wyskoczyć spod kołdry. Liście opite mżawką nabrały barwy głębokiego brązu, szyszki pozamykały się szczelnie, ludzie skrywają twarze w kołnierzach. Tylko parasole kwitną, lecz nie kolorem, a rozmiarem. Ze złamanego konara czapla smętnie zerka to na nurt, to na młodego łabędzia, który jeszcze się nie wybielił, przez co niknie w półmroku. Owoce tarniny i głogu wiszą na pustych gałęziach niczym bombki, lecz nie wyciągam po nie dłoni, wiedząc jakimi kolcami dysponują te pozornie bezbronne drzewka, a i nalewki nie potrzebuję specjalnie. Przemieszczam się niespiesznie poświęcając więcej niż zwykle czasu na obserwację chodników, żeby dojść suchą stopą do celu, przez co omija mnie zapewne szansa na widzenie poranne z detalem w roli głównej. Wystarczy słuch, żeby na robiniach rozpoznać sejmik kruczo-wroniej koalicji debatującej nad planem dnia. Niech się im darzy, choć smutnym jest, że nawet język miłości w ich wydaniu brzmi jak skarga.

Światła samochodu drą mrok ostrymi żółtymi ostrzami. Samochodu zbyt dużego jak na taki mrok i pojedynczą osobę w środku. Szczególnie, gdy o poranku zdecydownie mniejsze, prowadzone przez kobiety w licznym niedojrzałym towarzystwie. Mamy zbyt młode jak na tak liczną obsadę zapewne stanowią dyżurne w dobrosąsiedzkiej umowie, żeby zmniejszyć czas zmarnowany w nieuchronnych korkach. Czarny pies podświetlony czerwoną diodą, żeby można było go odnaleźć w równie gęstej czerni. i dziewuszki krzepiące się schłodzonym na betonowym murku piwem. Odległe przekleństwa, syreny wiercące w mózgu dziury i tajemniczo mrugające kolorowymi iskrami skrzydła samolotów pasażerskich na niebie z domyślnymi chmurami. Całkiem przyjemna czarna dziura. Zupełnie jak ta okolica, gdzie można zniknąć bezpowrotnie i na zawsze. Jak ja? To prawdopodobne, a raczej nie mam woli na zmianę. Przynajmniej nie na stałe. Bo gdzie indziej niknący w mroku śmietnik podrzuci dobrą radę schrypniętym głosem, a każdy krok trafia na inną płaszczyznę klepiska wyjeżdżonego do amoku.

Rzeką płyną dywany liści w ciepłych jesiennych kolorach, a tak gęsto utkane, że nie prześwituje buro-metaliczna barwa nurtu. Wodne ptactwo niewiele sobie robi z tych pływających wysp tnąc je we wszystkich kierunkach korpusami i mącąc błoniastym napędem. Szybciej niż kartki z kalendarza spływa listopad do morza, choć w powietrzu temperatura wczesnojesienna jeszcze. Zmierzch przed obiadem powoli staje się faktem, aż się prosi o wieczór z gitarą i piórem, z widokiem na żywy ogień z zapachem topiącej się żywicy. Leniwy, drżący w gęstniejącym powietrzu i w godziwym towarzystwie. Wieczór przyprawiony alkoholem, rozgwieżdżonym niebem, albo wyłącznością na kobiecą delikatność. Nawet intymność, pod pozorem ucieczki przed wilgocią i chłodem pod nie swój sweter, w zakamarki dla wybrańców. Oj. Wracał będę do pozazawodowej teraźniejszości z zamglonymi oczami. I nie pozwolę nogom na pośpiech, który o poranku towarzyszy tłumom spieszącym na uczelnie w codziennych togach (czerń absolutnie dominuje młodzieńczym świtem).

Niczym dziecko pozwoliłem sobie na brodzenie w dębowych suchych liściach ciesząc się z dźwięków mnie otaczających. Po kostki zanurzony w ciepło wyglądających brązach powyginanych we wszystkie możliwe strony przetaczałem przed sobą rosnącą stertę i wdychałem aromat wczorajszego życia, które jutro da siłę następnemu. Młode damskie nerki i nagie kostki wystające z adidasów kontrastowały z grubymi wełnianymi szalami na równie młodych szyjach, ktoś próbował plastikowym wiadrem oskrobać szybę samochodową, koparki niespiesznie formowały nabrzeże, żebym wiosną mógł cieszyć się z nowego deptaka nad Rzeką, bobry położyły oszronione pnie młodych wierzb, żeby mieć na ewentualną zimę zapasy, łabędzie w milczeniu obserwowały moją niespieszną wędrówkę, choć przecież nie wyjąłem z kieszeni chleba i nie podzieliłem się z nimi. Ryby w Rzece najwyraźniej szukały wędkarzy dokarmiających je regularnie, lecz nie dziś. Rzucały się sprawdzając, czy jakiś spóźniony nie pojawi się z wiadrem zanęty, którą mogłyby się pożywić, ale dzisiaj chyba było zbyt chłodno na stójkę brzegową, więc ich wysiłek był nadaremny. Dziewczątko uspokajało się po pierwszej być może jeździe z instruktorem, komentując własne osiągnięcia wspólnie z nim nasycając przy okazji lekką mgłę dymkiem z papierosa. Zapach ciepłego pieczywa, obraz porzuconej kurtki na workach zebranych liści, pełna (!!!) butelka piwa stojąca na ławce i czerwone rękawice bokserskie na innej, przypominające mi o rumieńcach na twarzach studentek, niekoniecznie sztucznych i na pewno nie z mojego powodu. W sumie zwyczajny dzień bez wodotrysków. Dzień pozwalający mi patrzyć na świat przychylnym wzrokiem.


  • RSS