Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 12.2015

Miasto wyludnione. Jakby pomór i zaraza, przemykają chyłkiem pojedyncze istoty przyspieszonym krokiem, bo już pierwszy nieśmiały lód zaczyna flirt z Rzeką, w trawie błyszczy szron, gołębie nie speszone moim krokiem wyszukują w kępach samosiejek wyrosłych pomiędzy granitowymi kostkami chodnika niedostrzegane przeze mnie drobiny pożywienia, a czapla ze stoickim spokojem zawisła na gałęzi nad wodą w niemal martwym oczekiwaniu na łup. Nie bardzo rozumiem, dlaczego ten umowny poniekąd fakt zmiany datownika stanowi tak ważny element życia społecznego, żeby Rynek zebrał największą z możliwych manifestację, żeby już od rana młodzi mężczyźni robili w głowie przegląd barków (wódeczka z przyjemnością, szampan koniecznie, winko dla wybranek, napoje, bo czymś trzeba gasić płomienie przynajmniej na początku), dziewczątka robią przegląd szuflad z bielizną na szczególne okazje (chyba będą… raczej będą.. oby były…). Tak jakby nie można było bawić się wtedy, kiedy przyjdzie ochota, osobista okazja, czy też niespodziewane spotkanie po latach. Właśnie tak, jak okazją może stać się spacer po Rynku, kiedy nogi przestają nieść i chce się przycupnąć na moment, żeby odpocząć i stawia się przed nosem szklankę piwa jako alibi (duma nie pozwala się zmęczyć – lepiej wygląda się siedząc dla przyjemności). Instynkt stadny każe bawić się właśnie dzisiaj, choćby z nosa lało się strumieniem, a nastrój wykluczał chęć na jakiejkolwiek rozrywkowe fanaberie. Do zabawy więc (hmmm.. od czego zacząć – barek? Bo raczej nie szuflada…)

Stało toto czarne od stóp do głów, w kapeluszu skrywającym długie, rozpuszczone włosy. Niechybnie – czarownica. Zerknąłem ponownie i chyba tym wzrokiem trąciłem jakiś czuły punkt osobowości, gdyż osóbka odwróciła się w moją stronę. Kobieta-dziecko przeszła parę kroków dalej skrywając się przed moim wzrokiem za filar podtrzymujący zadaszenie ronda. Dostrzegłem jeszcze, że cały strój cechowała jakaś taka ekstrawagancka nieuważność, nieład, który jeżeli był ułożony, to z dużą klasą i wyczuciem na jak wiele może sobie pozwolić zachowując artystyczne wysmaczenie. Wydawała się zbyt młoda na tak zaawansowaną harmonię, zaburzenie jakby wprowadzone delikatnym ruchem pałeczek ryżowych w ideał sprzed chwili, więc może to wiatr i pośpiech poranny ułożył ten subtelny nieład na jej sylwetce. Wolałem nie sprawdzać – z czarownicami nigdy nie wiadomo, dokąd może człowieka ciekawość doprowadzić. Żeby choć kolorek inny, bo zimowym czasem tęskno mi do barw. O wiele chętniej spotkałbym rudowłosą czarownicę w zieleni, a niechby nawet w bordach. Ale to nie ja wybieram świat. Nie ja…

Oczy jeszcze mam wypełnione mrokiem kwitnącym nad kamienicami, kiedy psy już bawią się ze sobą, a sąsiad prowadzi monolog do rudowłosej właścicielki szczeniaka. W parku pnie wyciętych drzew przypominają kamienie nagrobne otoczone burą masą nieuprzątniętych wilgotnych liści. Po drodze zastanawiająca nierówność płciowa, jakby kobiety były rannymi ptaszkami, a faceci nocnymi Markami – jeden egzemplarz męski na przynajmniej pięć-sześć kobiet… A przecież to nie Łódź z czasów świetności przemysłu odzieżowego. Świątecznie ubyło kloszardów i studentów, przez co krajobraz jakby uboższy, niepełny i niedopowiedziany. Nawet wędkarze syci śledziami i karpiami dali spokój dziczyźnie zamieszkującej Rzekę. Grzeję się w świetle świątecznych światełek i reklam wielkogabarytowych przesłaniających elewacje budynków, mijam świadków Jehowy na ich stałym posterunku, choć nie przybyły jeszcze skrzypaczki i gazeciarze miejscy od darmowych egzemplarzy przesyconych reklamami codzienników. Brakuje również aluminiowych termosów i papierowych kubków z kawą – jakby od dzisiaj korporacje zmieniły zwyczaje, albo zakazały spożycia w drodze do. Na przystanku jasną plamą świeci porzucony bilet – pamiątka po krótkiej podróży, albo też memento roztargnionej osoby, która teraz, w nerwach przegląda kieszenie, względnie torebkę w poszukiwaniu zguby. Puszka po piwie czeka na poranny zbiór – z szacunku dla zmęczonych kręgosłupów czyścicieli Miasta stoi na baczność na ławce, jakby była ostatnim strudzonym wędrowcem, któremu nie udało się dotrzeć do celu. Kacza parka kończy niezgrabny lot lądowaniem w nurcie mknącym gdzieś poza granice horyzontu i to lądowanie również wygląda na mało eleganckie. Zapewne się czepiam, bo z kaczkami mam niewiele wspólnego, więc co ja na ten temat mogę wiedzieć. Być może lądują w ten sposób dłużej niż Miasto trwa, że o swoim żywocie nie wspomnę. Kalendarz nie zsynchronizował się z naturą, która kusi wiosennymi temperaturami i świergotem ptasim zaburzonym dywanowym nalotem czarnej masy krukowatych , wrzeszczących bardziej niż budziki radzieckiej produkcji. Idę w przyszłość z lekkim niepokojem, lecz z ciekawością również. Tak, trochę przedwojennie – pod rękę.

Oglądam obce miasta i obcych ludzi. Zbyt często. Zdecydowanie wolę u siebie, choćby w tłum wielojęzyczny w Rynku się zanurzyć, dać się pochłonąć zapachowi dymu, na którym wędzą się kiełbasy, albo grillują oscypki, względnie mocy nabierają grzańce. Omijam tłumy poszukujące ludowych wyrobów z Podhala, Litwy, Węgier i z niewiadomokąd. Pomiędzy szkockimi mydełkami, a cepelią podlaską plączą się pod nogami przestraszone psy na krótkich na szczęście smyczach, dzieci kurczowo trzymane za kołnierze i kaptury, błędne owce z błędnym wzrokiem wyrażającym przerażenie po francusku, niemiecku, rosyjsku i w kilku azjatyckich trudnych do rozpoznania dla laika westchnieniach. Więcej stoję, niż idę, świątecznie nie wpadam w irytację, lecz uśmiecham się pobłażliwie i omijam wózki z ciekawością śmiejącą się do świata, buzie wypchane kolorową watą cukrową, orzechami w czekoladzie, żelkami i jarmarcznym żarciem. Owszem – jestem zmęczony, kiedy runda wokół ratusza trwa godzinę, gdy można ją bez pośpiechu ograniczyć do kilku minut, oczy mam wypełnione wszelkimi możliwymi barwami świątecznych prezentów dla każdego i nikogo. Zmęczony współczuciem dla kobiet, które nierozważnie wyszły na podobną rundę w szpilkach i wąskich spódniczkach i rodziców szukających chwili wytchnienia, gdy tłum zbytnio gęstnieje przez co tracą swoje rozbiegane pociechy z widoku idę w dzień otulony już mrokiem i okolicę o jeszcze mroczniejszej przeszłości. Życie tętni tylko w jednym fragmencie Miasta. Reszta pozostaje ukryta, a żeby ją poznać trzeba poświęcić coś więcej niż godzinę – życie podziemne, tak typowe dla nacji przyzwyczajonej od stuleci do konspiracji i ukrywania prawdy, przekonań, stanu posiadania i wyznania. Nawet uczucia skrywane są wystarczająco dokładnie, żeby można było nabrać przekonania, że po ulicach chodzą marionetki, golemy, czy inne nie do końca ożywione stwory.

Od rana kobiety o pięknych buziach potwierdzają statystyki, że brązowe oczy stanowią normę gatunku. Zaglądam w nie dyskretnie, żeby nie narazić się na wybuch emocji negatywnych i szukam odstępstw. Słabo. Brązowookie dominują otoczenie. Z pierwszej lepszej szyby uczyniłem lustro i zajrzałem we własne – bez zmian, również w brązach. Czyli dzień zapowiada się w monokolorze, w ciepłych barwach ziemi, choć gdzieś obok przemyka do pracy kobieta z reklamówką pobrzękującą pełnymi butelkami (na wszelki wypadek sprawdzić, czy to nie moje imieniny!). Pies z czerwoną bandaną dość mocno ubłoconą – pewnie też chciał się dostosować do brązowego dnia – ciągnie swoją panią w mokre trawniki węsząc intensywnie pomimo obandażowanej nogi. Tablica reklamuje śniadania i obiady ze zniżką dla studentów tarasując jak co dzień wąski chodnik, łabędzie dumnie milczą, choć ich szyje wyciągają się w stronę przechodniów na moście w oczekiwaniu na żer. Drzewa skrzeczą wronimi dialogami, Rzeka milczy łaskotana błoniastymi stopami kaczek, niebo nabiera barw poplamione kleksami burych chmur. Zwyczajny, wilgotny poranek, choć z już świąteczną atmosferą podsycaną leżącymi na chodniku świerkowymi gałązkami.

Patrzę na wrony, jak patrolują trawniki w prawie wiosennej aurze i ich czerń przypomina mi wczoraj widzianą dziewczynę o wielkich, ciemnych oczach, w których można utonąć. Nie miałem siły odwrócić wzroku od tych oczu, krańcami świadomości zauważyłem jedynie, że dziewczątko dłonie ma wypielęgnowane jak na konkurs piękności z długimi zaostrzonymi paznokciami w kolorze rozcieńczonej mlekiem krwi. Czarownica niechybnie. Zauroczenie widać pewnie było na mojej twarzy, po której te oczy przeleciały kilkukrotnie bez jakiegokolwiek cienia porozumienia. Jak przez powietrze, albo nagą ścianę bez skazy na której można zaczepić choć troszkę mniej obojętności. A tak zostałem nieskażony zauważeniem zanurzając się głęboko w ciemną toń, której brzegi rozciągały się tak bardzo, że traciłem je z pola widzenia. Czarownica. Bo z jakiego innego powodu przypominam ją sobie na widok czarnego ptaszyska siedzącego na siatce ogrodzenia i śmiejącego się szyderczo i złowieszczo jazzowym, szorstkim krzykiem? Bardzo kusząca czarownica. Szczególnie, kiedy uwzględnię, że zakochać się, to ja potrafię i kilka razy dziennie, niekoniecznie w ludziach – obrazy z natury wystarczą. Ten wybór był szczególny – w czarnej dziurze zakochać się? Jak  podzielić uczucie na obie bliźniacze czeluści?

Jak czuły musi być słuch psa, gdy na dźwięk sygnału karetki wyje niczym wilk w noc pełni. Kaczki hałasują pod mostem, ludzie cichutko przemykają w wilgotnym półmroku, samochody rozpychają się po jezdniach, bose stopy zanurzone w tenisówki wchodzą do tramwaju unosząc kobietę o twarzy dziewczynki. Park nasiąkł wodą i ramionami pustych gałęzi próbuje zatrzymać mrok uciekający mu niepostrzeżenie. Ktoś biegnie sztywno wyrzucając ugięte ramiona niby wahadła metronomów. Ciepłe bułki kuszą aromatem, studentki kuszą wyglądem, Miasto kusi nieznanym. Podatny jestem bardzo na te wszystkie kuszenia i ciągnie mnie do wagarów, żeby pozwolić się nieść tym niespodziankom zbyt małym, żeby wzbudziły zainteresowanie ogółu. Wiem – szukam pretekstu do choćby najkrótszych wakacji, ucieczki od rutyny i cyfrowego świata. Szukam w książkach przeczytanych kilkakrotnie, w weekendowych spacerach, kiedy Miasto jeszcze śpi, albo zanurzam się we własnej głowie oglądając obrazy dla jednego widza. I uśmiecham się do jutra. Dyskretnie i dość niejasno. Kalendarz przepowiada mi, że czas zwolni za dwa tygodnie, ale te zapowiadają się na bardzo szybkie i zbyt długie jak na tak krótkie dni.

Kobiety ubrane w tak obcisłe tkaniny, że bez pomocy wyobraźni można narysować kształty. I tych z pupami jak z młodszej siostry, i tych bliższych marzeniom Rembrandta. Jak wielka jednak musi być determinacja, żeby grudniową nocą (mikołajkową, co może trochę tłumaczy fanaberię) pozwolić sobie na seks tuż obok mostu. Nie – nie domyślam się, raczej odtwarzam ciąg zdarzeń prowadzący do porzuconej na chodniku prezerwatywy ze skrupulatnie zawiązaną zawartością niespełnionego żywota. Jeszcze w ciemnościach zastanawiałem się, dlaczego o Paryżu, Nowym Jorku, Johannesburgu, Rzymie, Buenos Aires, czy Sankt Petersburgu powstało tyle książek sławiących te miasta, zbyt duże jak na pojedynczego opisywacza, a mniejszymi nie zajął się ktoś podobnego formatu. A przecież tu dzieją się naprawdę zdarzenia równie ciekawe, jak nie bardziej inspirujące do tworzenia. Krystalizuje we mnie plan, żeby przynajmniej spróbować i niech to będzie postanowienie noworoczne, których nie robię i nie robiłem dotychczas. Nadal więc będę gromadził śmieci i widzenia, żeby mieć magazyn gotowych obrazków do wklejenia, kiedy czas pozwoli na coś więcej, niż kilka zdań w ukradzionym rzeczywistości codziennej czasie.

Miasto cieszy się wiosną, która dość niespodzianie zawitała. Nawet wrony okupujące korony drzew niczym czarne liście ulokowane powyżej gigantycznych, jemiołowych bombek kraczą troszkę weselej. Młoda pani (po kierunku marszu podejrzana o studiowanie na AWF-ie) przyglądała mi się bezceremonialnie, lecz z sympatią. Czyli atmosfera świąt na dobre już opanowała umysły, bo przecież nie jestem tak piękny, żeby poświęcać mi więcej uwagi niż trzeba, żeby się o mnie nie potknąć. Nie znam Cię rudowłosa, ale gdybyś powiedziała „dzień dobry”, życzyłbym Tobie podobnie udanego dnia. A może wyczerpałaś tym spojrzeniem pokłady odwagi i trzeba było mi przejąć stery?

Czarny wir na ciemnym niebie – niedyskretny, nachalny i kipiący życiem. Podniebna ławica, w której znika pojedynczy byt zamieniając się w masę reagującą na każde drgnięcie najdrobniejszej jej fałdy hałaśliwie przemieszczała się do sobie znanego celu ponad dachami jeszcze śpiących kamienic. Jak zdumiewający to byt, świadczy choćby to, że potrafi dotrzeć do tego swojego celu zawierając tyle niezdyscyplinowanych jednostek w składzie. Gęsi podróżują w jakiejś harmonii – wrony stanowią tłuszczę bezwolną – wystarczy, że jedna wykona zwrot, żeby zakipiało w masie i czarna chmura zmienia azymut. W takiej masie umarłbym z wyczerpania, a dotarcie do z góry zaplanowanego miejsca byłoby mniej prawdopodobne niż wygrana w totolotka. Może dlatego wolę spacerować samotnie, względnie w kameralnym gronie dążyć do własnych celów. Może dlatego wybieram Miasto, gdy w tylu innych mógłbym swój anonimowy byt ukryć. Przed staruszką z równie starym psem wędrującą skrajem trawnika krokiem znaczonym podeszłym wiekiem obu istnień, przed chłopcem, który krążąc nuci mantrę głośno chrząkając, przed kobietą zbyt śliczną jak na samotne oczekiwanie na tramwaj, przed stadem łabędzi przyglądających się bacznie przechodniom nadbrzeżnych bulwarów, przed drzewkami grudniowymi ustrojonymi już, bądź nie w kolorowe świecidełka. Bardzo być może. Chyba, że stanowię jeden z tych niezdyscyplinowanych bytów mających wpływ na masę, tylko nie zauważam tego.


  • RSS