Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 1.2016

Zapewne jestem nadmiernym optymistą, jednak szukam stokrotek na burych jeszcze trawnikach i pierwszych kwiatów na forsycjach, które choć smętne i skostniałe czekają na bogato-słoneczny dzień. Z bałwanka został dziurawy garnek i bardzo wyeksploatowana szczotka. Zniknął nawet nos marchewkowy. Koty niemowlęcym głosem obwieszczają zew natury, psy zapraszają do harców. Młode kostki wystają sponad adidasów w barwach sugerujących dziewczęce preferencje, ubywa czapek, szalików i zimowego obuwia, a termometry wspinają się w górę czerwonej części skali. Miękka ziemia chłonie wilgoć do wypęku, ławki dźwigają porzucone, przemoczone kurtki (?), pojedyncza, czarna rękawiczka otwartą dłonią pozdrawia przechodniów z wysokości chodnika, ręcznik kryje się wstydliwie w żywopłocie do którego życie jeszcze nie wróciło. Na Rzece kurka wodna (mocno chyba wystraszona) prowadzi spore stado łabędzi podążających za nią w milczeniu. Mam nadzieję, że to nie przekąska, tylko zwiadowca, taki wodny przebiśnieg, zwiastowanie, przyszłość nieodległa i niemal dokonana. Trudno się nie uśmiechnąć, nawet, gdy bogaty tydzień praktycznie już wybrzmiał.

Widzenia dzieją się stadami. Dzisiaj dzień minispódniczek, choć pogoda nie koniecznie adekwatna do stroju. Zaczynam nerwowo zerkać w kalendarz poszukując tej niespodziewanej przeze mnie okazji, a tu zaskoczenie – dzień dziadka. Czyżby? Sugestia, że to na cześć starszych panów młode panie zamieniły dżinsy na mini wydaje się dosyć ekstrawagancka, ale kto wie. Nie raz słyszałem, że towarzystwo mężczyzny lepszym jest od chłopczyka trzymającego się spódniczki, a szpaki we włosach dodają męskiej części populacji uroku w oczach tej piękniejszej reszty. Może czas zerknąć w lustro, czy mogę uzurpować sobie prawo do podejrzeń, że to dla mnie?

Nie mam głowy do rzeczy dużych. Tym zajmują się media i to do znudzenia. Muszą poradzić sobie beze mnie. Mi wystarczy, że dostrzegam renesans fryzjerski wśród kobiet. Długie włosy jeszcze chwilę temu były rzadkością, kiedy dzisiaj, spod kapturów i czapek spływały na wysokość pępków i to w ilościach wystarczających na skąpe góry stroju kąpielowego, a nawet trochę ekstrawaganckie koszulki. Kaczki kołyszą się na śniegu kryjącym lód, pod którym Rzeka wciąż płynie i pociesznie kłócą się o kawałki czerstwego chleba rzucone w przelocie i półmroku ręką najprawdopodobniej zatwardziałego tubylca. Za zamkniętymi oknami pierwsze poranne przekleństwa, kawa na stojąco w trakcie ubierania butów, względnie poranne leniwe myśli, gdy na dworze gęsty łupież śniegowy rzednie wraz z rosnącym dniem i już go nie wystarcza na przykrycie psich, parujących odchodów. Rzężą zimne silniki, marzną dłonie, myśli kurczą się pod kołnierzami, a drobny wiaterek unosi je bez protestu ich właścicieli. Gdybym zabrał siatkę na motyle (gdybym ją miał), to mógłbym nałapać cudzych marzeń i pomysłów na zimę w towarzystwie ciepło-miękkim, w krajach odległych i bardziej zbliżonych do raju niż rzeczywistości. Nie mam. I nie wiem, czy chcę do cudzego raju. Tu też jest ciekawie. Prywatny śmietnik cywilizacji z wyspami względnej czystości.

Łabędzie niczym kra spływają z nurtem, a na brzegach stada kaczek szukają szczęścia w trawie, obserwowane bacznie przez wrony. Zupełnie jak ludzie ostatnimi dniami – był taki, gdy pięciodniowy bałwan zaczął się topić, żeby dzisiaj wreszcie zrzucić garnek z głowy. Wilgoć z dni poprzednich skostniała w nocy i szarym świtem zafundowała pracowitym niespodziewaną ślizgawkę na całej długości i szerokości spaceru. Wtedy wszyscy chodzili jak kaczki kolebiąc się powoli i niezgrabnie, żeby zbyt często nie lądować na tłuszczyku hodowanym od dziecka ponad szczytem nóg, albo spływali z prądem milcząco chowając głowę w ramiona zupełnie jak te na wpół śpiące łabędzie.

Świat się zmienia niepostrzeżenie. Choćby dziś – większą ekstrawagancję kolorystyczną wykazują faceci. Kobiety niezmiennie czarno odziane, choć nie zakonnice przecież. Chyba nie… Chyba nie wszystkie… Tyle się mówi o odwrocie od kościoła…

Śnieg ma tę cudowną właściwość, że kiedy pada Miasto cichnie. I to bardzo wyraźnie, niemal do bólu zmęczonych bezczynnością uszu. W taki czas dobrze jest marzyć, popadać w jesienną zadumę, albo zapomnieć wszystko. Dostrzegam tę biel, która jutro będzie już upstrzona kleksami cywilizacji i wydeptana nogami tubylców w burą breję. Czas, kiedy praktycznie wyłącznie dzieci potrafią się śmiać, gdy starsi oddają się ucieczkom w ciepłe krainy z pamięci lub westchnień. I tak, jak nie lubię wychodzonych chodników, tak tę ciszę pośniegową bardzo. Niemal tak bardzo jak ognisko nocną porą, czy zachód słońca w górach. Jednak nie zaglądam Tobie w oczy, gdy przechodzisz pomimo, nie podnoszę głowy, żeby wiatr nie nasypał mi pod koszulę topniejących gwiazd, więc nie wiem, czy Ty też. Bo to nie czas na gawędę i spotkania z zewnętrzem. Porozmawiamy, kiedy słońce uśmiechnie się szeroko. O ile spotkamy się. Może wtedy opowiem, jak smakuje cisza pod śniegiem ze wspomnień.


  • RSS