Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 2.2016

Jeszcze zanim zaczną śnić się czereśnie, a nos wypełni zapach truskawek zostało kilka dni pluchy tłumiącej ożywienie. Trudno. W nos wdarł się syntetyczny zapach płynu po goleniu na tyle intensywny, że mogłem śledzić jego przeszłość przez spory odcinek drogi. Autobus, niczym arka Noego – cieszył się tak wielkim powodzeniem, że zabrakło oddechu. I to nie z powodu urody dłoni zaciśniętej na uchwycie przed moimi oczami. Chłopiec z wadą rozwojową pokrzykiwał coś bardziej do siebie niż w tłum, inny opowiadał dziewczynie wątpliwe komplementy o których słyszał ostatnio, pan z brzuszkiem przepychał się do wyjścia o przystanek za szybko, czym spowodował poruszenie i nieuzasadniony ścisk przy drzwiach. Nawet udało mi się uśmiechnąć, bo to przecież dzień, jaki zdarza się raz na cztery lata.

Nogi spragnione spaceru wyciągnęły głowę z domu wystarczająco wcześnie, żeby oddać się tej rozpuście. Wiatr z wrażenia schował się gdzieś daleko, temperatura ogrzana moim ciałem też nie sprawiała specjalnej przykrości. Po drodze młode kobiety, którym tajemniczy uśmiech z oczu spływał na usta. Chyba zbyt intensywnie przyglądałem się tym wewnętrznym radościom, gdyż ich wzrok wędrował do mnie z czujnością dotkniętego rozpoznaniem szpiega. W parku znienacka pierwsze bazie, forsycje i jaśminy okryły się delikatną, wątłą jeszcze zielenią. Zanurzone po brzuszki w liściach sikorki wesoło szukały śniadania, gdy dzięcioły zapomniały już o głodzie robiąc podchody wiosenne ku przedłużeniu gatunku. Nie dały się skusić nawet dębowi zaatakowanemu przez kozioroga, choć larwy tego owada mają z 10 cm i mogłyby stanowić małe wesele, a nie tylko śniadanie dla dwojga.

Słońce zapomniało o moich okolicach. Z premedytacją. Wczorajszy grad niczym manna z nieba sypał się na głowy i sprowadzał marzenia do ciepłej pościeli, lub napojów rozgrzewających (do wyboru albo łącznie). Na chodnikach ślizgawki, w oczach resztki nadziei, że może wreszcie skończy się ten czas, gdy kolory są wspomnieniem lub niedoścignioną przyszłością. Nawet bramini pochowali się tak dokładnie, że tylko dzielnicowy korzystając z raportówki i pamięci zawodowej byłby w stanie ich odnaleźć. Życie kwitnie wyłącznie w galeriach i knajpach. Poza nimi bezruch, apatia i emocje zamknięte w szczelnych słoikach. Jedyną radością słyszalną są dzwonki telefonów komórkowych niosące fascynujące wieści o gotujących się kartofelkach i spóźnieniach z powodu korków. A kiedy już łabędzie wydają się być szare, to oznacza, że luty zmierza ku przeszłości. I tak jest co roku. Ludzie stają się nerwowi i agresywni, brakuje słonecznego ciepła, a to zeszłoroczne wyczerpało się w organizmach do ostatniej drobiny. „Idę boso” – jak w piosence – nucę zmarzniętym stopom, żeby choć na chwilę zapomnieć. Zdecydowanie rok jest zbyt tłusty o ten jeden miesiąc i przydałoby się go odchudzić, byle skutecznie.

Słońce zalotnie zajrzało mi w oczy i chyba straciłem wzrok. Wszystko wokół szykuje się do wiosny. Łabędzie zanurzają swoje nierealnie śnieżnobiałe szyje w muł na dnie Rzeki w poszukiwaniu nowalijek, kormorany – zwiadowcy już kołują nad kręgami pozostawianymi przez rozbrykane ryby w nurcie, inne ptaki ogłaszają swą radość w dużo sympatyczniejszej wersji niż czarno umaszczone, zimowe stada wron. Dzięcioł rzeźbi w żywym drzewie madonnę zerkając na coraz to bardziej odsłonięte nogi, jeszcze okryte rajstopami, szukając modelu. Nie skończy szybko, gdyż wzorców przybywa w błyskawicznym tempie i trudno mu chyba będzie podjąć decyzję, któremu zaproponować pozowanie. Nie dziw się więc świecie, że uśmiecham się do Ciebie, kiedy wreszcie, w drodze do, mienisz się jutrzejszymi kolorami, a zieleń napęczniała ze szczęścia. Niebezpiecznie podoba mi się Miasto. Pomimo koparek, żurawi i niekończących się wykopków, nowoczesnych elewacji pojawiających się wciąż i wciąż zasłaniających odchodzącą w przeszłość przeszłość.


  • RSS