Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 3.2016

Wrona na mój widok wzniosła się z chodnika na gałęzie schnącej katalpy. Bezkompromisowo odkrzyknęła pełnym zdaniem innym okupującym wyższe drzewa i dachy kamienic i oddała się próbom konsumpcji nasion ukrytych w zeschniętych strąkach. Może miała robaki, gdyż jedną łapką drapała się za uchem niczym pies… Gdzie ptaki mają uszy?… Nieważne – gdzieś tam za oczami, gdzie pies ma uszy, a ptaki nie wiem co. A psy dla odmiany liczne ponad normę dzisiaj. Na ogół na drugim końcu smyczy ciągnięta była kobieta. Często dobrze odżywiona, co sugeruje spacerek dietetyczny, odchudzający, a może wręcz postny, jak każe tradycja. Niebiosa płaczą, lecz bez rozpaczy – ot tak detalicznie i nie nerwowo. Widać nawet tam wysoko świąteczna już aura, pozwalająca na wyciszenie i zmianę tempa życia. Starszy pan z całym stanem posiadania mieszczącym się w jednej reklamówce i workiem puszek po piwie spokojnie spożywał coś na ławeczce. Używał łyżki, więc chyba zupę. Tylko kto jadłby zimną zupę w to niezbyt ciepłe południe. Ot – „myśli nieuczesane” mnie naszły (jak wcześniej pana Leca), a to już widoczny znak że nie jest to dzień jak co dzień.

Ludzie modlą się do wszystkich możliwych bogów, kiedy deszcz pada poziomo i stara się wszelkimi sposobami dostać w pobliże pachnących jeszcze snem ciepłych ciał. Samochody podnoszą zimne gejzery kropli upadłych nadaremnie i bez spełnienia, próbując drugą szansą zrealizować te zamiary. Niczym jedyny promyk słońca wędruje czarno odziane dziewczę o kilka kroków przede mną, stukając obcasami i chowając długie kręcone blond włosy pod kołnierz. Z cichą przyjemnością przyglądam się falującym pośladkom (nie będę udawał, że obcasy czy kaptur stanowią widok, któremu poświęcam uwagę) choć na chwilę zapominając o wilgoci. Resztkami zmysłów, niczym koń dorożkarza kontynuuję wędrówkę do codzienności nie pozwalając sobie na meandry za wzrokiem i obcą ścieżką. Idę własną, niczym kot. Znowu nadinterpretowałem. Kot zapewne ruszyłby za kotką. Szczególnie, gdy już poświęcił jej uwagę. Dla mnie zostanie rodzynkiem w Miejskim cieście. Starą dobrą nieznajomą, zmierzającą w innym celu i podobnym kierunku.

Kobiety chyba bardzo już spragnione męskiego podziwu coraz częściej rezygnują ze spodni na rzecz krótkich spódniczek, chociaż poranne skrobanie szyb nie jest ewenementem. Mężczyźni jednak chodzą z mgłą w oczach i wzrokiem wbitym zbyt nisko, żeby cokolwiek zobaczyć. Temat ratują szpaki z ich niewymuszonym, radosnym gwizdem – zapewne trochę zbyt wulgarnym do wyrażania zachwytu, jednak na przedwiośniu… być może wystarczy. Na trawnikach pojawiły się pierwsze stokrotki. Malutkie i nieśmiałe jeszcze, ale dają nadzieję na lepsze prognozy meteo. Kaczki skrywające się w zeschłych szuwarach nawołują się na wskroś Rzeki, a wróble sejmiki kłócą się tak zawzięcie, że niemal nie dostrzegają świata ludzi furkocząc drobnymi skrzydłami tuż przed nosem. Trzy razy oglądam się za plecy, żeby uświadomić sobie, że w Mieście znowu ubędzie powietrza zastąpionego kubaturą prostopadłościennego betonu. I wzrok trzeba będzie podnieść ponad ludzką działalność, żeby móc oglądać sylwetkę niebios (spacerujące niżej ciała bliższe są czerni niż błękitu).

Uczę wzrok poszukiwania absurdów codzienności i małych zachwyceń. Zdziwień i irracjonalności. I nawet, kiedy jest to brzydki obrazek jak nie przymierzając okolica w której mieszkam, to zauważenie takie daje mi kopa i pobudza wyobraźnię. Przykładowo – wczoraj, późnym wieczorem pan po pięćdziesiątce, z brzuszkiem wychodzi na spacerek z psem brzydkim jak on. Nic dziwnego – zwierzątku należy się chwila na fizjologię. Zachwyt i niedowierzanie mnie ogarniają, kiedy pan (szybciej niż pies podniósł nogę) skręca z bramy, by w betonowym zaułku oddać się czynności, dla której wyprowadził psa… Może nie ma w domu łazienki, albo ktoś ją zablokował na dłużej. Trudno. Widok w każdym bądź razie przedni. Przypominają mi się starsze historie – jakaś pani siwowłosa, grzejąca się na klatce schodowej zostawia po sobie czekoladowe ślady na schodach, leniwy chłop wyrzucający o północy śmieci wprost z metalowego wiadra w obskurną oficynę i wytrzepujący resztki o blaszany parapet… Mógłbym mnożyć wspomnienia. Na dzisiaj wystarczy porcja zdumionego zniesmaczenia.

A kiedy już człowiek zacznie uśmiechać się sam do siebie, bez powodu, albo nawet bez sensu? Wiosna to już, czy tylko szaleństwo? Marzeń we łbie zbyt wiele, wspomnienia co bardziej sympatyczne na wierzch pamięci wędrują, czy może te mniej przyjemne toną? Młody wilczur ciągnie właściciela na smyczy bez litości. Wcześniej wyprowadzany przez kobietę, której sił już nie starcza, choć zwierzę dopiero rośnie. Trochę szkoda, że trawnik zapaskudza przemianą materii, gdyż poza tym widoczek stanowi zdecydowanie ładniejszy od otoczenia. Podobno, to otoczenie ma się zmienić. Podobno nawet niedługo trzeba będzie na to nowe czekać. Jakieś dwa lata… Przy administracji rozbudowanej ponad miarę – tempo ekspresowe. Wrona wydziera się od samego rana, jakby ze złości, że tuż obok w świergocie milszym uszom toczy się drobniejsze i bardziej gromadne życie. Poranne „dzień dobry” powielane wokół, choć nawet życzeniem nie jest, a jedynie sprawdzeniem, czy organy działają. Są tacy, którzy mają organy. Niektórzy ładne, lub ładnie brzmiące. Dziewczę z dziecinną twarzą mówiło tak grubym głosem, że trzy razy sprawdzałem, czy to jej organ ów dźwięk wydaje i nadal nie wierzę. Szczuplutkie, młodziutkie, a głosisko drwala z baaardzo dużym doświadczeniem nie tylko zawodowym.

Dziewczęta śliczne „jak młodych Niemców sen” (przynajmniej wg Kaczmarskiego) podążają na Politechnikę. Po liczbie można poznać, że to pierwsze roczniki. Im głębiej w ten las się wchodzi tym większa monotonia, żeby nie powiedzieć monokultura. Tak było i jest, a jak będzie, być może jeszcze zobaczę, kiedy z laseczką brzegiem Rzeki przechadzać się będę, bo przecież nie zamierzam rezygnować z tego klimatu i innym miastom poświęcać swój czas, względnie zaśmiecać je swoją osobą. Skoro już tak w przyszłość zajrzałem, choć do Pytii mi daleko, zerknąłem i za plecy. A tam dżinsy, brudne nawet wtedy gdy świeżo z pralki wyjęte, welury z Krapkowic po czterech latach nieprzerwanej eksploatacji wyglądające jak… (tzn wcale nie wyglądające- strach patrzeć), gitara z odpryskującym od zawsze lakierem i wiatr Dylana pomiędzy strunami ginący gdzieś pomiędzy zmrokiem, a iskrami gwiazd z ognisk wszelakich. Wrona siedząca na szynie tramwajowej zaczęła się śmiać pokracznie, do tych moich wspominków i przepowiedni – wracam więc do rzeczywistości. Do dzisiaj i do tutaj.

Dziewczynom spod nogawek wystają gołe kostki, więc pewnie lada chwila się ociepli. Szkoda byłoby poodmrażać delikatne pęciny. Na Manhattanie spod rusztowań prześwituje jutrzejsza biel. Z trawników podnoszą żółte głowy krokusy. Szafranowe żniwa lada moment przyjdzie zakończyć – już patrzę na tamaryszki i forsycje szukając w nich barw. Wilgoć wszechobecna przenika na wskroś, a ten stan utrzymuje się już z tydzień. Chyba czas przyzwyczajać się do pory suchej i deszczowej jak w Afryce. W Mieście te kategorie sprawdzają się lepiej, niż romantyczne wyobrażenia roku w wersji Vivaldiego. W Rynku można rozpoznać pory roku po ogródkach, albo ich braku. Nad Rzeką leszcz wysechł z żalu za utraconą pieszczotą wody, zanim zanurzył się w czeluściach bagażnika samochodu wychłodzonego wędkarza. Koty zaczynają zaklinać wiosnę, a ogony merdają psami na zapaskudzonych przez zimę trawnikach. W świecie ludzi słychać nawet śmiech, co nie było takie oczywiste jeszcze miesiąc temu. Spod powierzchni wynurzają się mikroapartamenty – japoński proces miniaturyzacji już tu dotarł. Może schowam się do własnej kieszeni?


  • RSS