Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 4.2016

Kiedy zerknę w treści, które sam popełniłem w tym blogu muszę przyznać, że Miasto w nim jawi się, jak nie przymierzając Łódź za czasów prosperity tekstylnej. Na dziesięć kobiet przewijających się punktowo w notkach, raptem pojedynczy egzemplarz odmiennej płci. I to na dodatek egzemplarz często zdegenerowany. Tę jawną dyskryminację świadomie i z premedytacją kontynuuję z powodów prozaicznych. Jako prześladowana obecnie większość seksualna, w osobnikach płci własnej rzadko dostrzegam interesujące rysy – szczególnie w migawkowym obrazie przesuwającego się przed oczami świata. Atawistycznie – samiec, nie dostrzegający potencjału drugiej płci jest już martwy, a jego rasa zagrożona. Nie wierzę facetom, którzy potrafią nie widzieć samiczek, a tzw: nauki przedmałżeńskie prowadzone przez prawiczków w sukienkach uważam za co najmniej niewłaściwe. Już lepiej przyjrzeć się wronie, gdy znalazłszy zeszłorocznego orzecha włoskiego próbuje go rozbić o kocie łby nadrzecznej uliczki. Wytrwała jest – w pamięci pozostają mi cztery przeloty z precyzyjnym bombardowaniem granitu zanim orzech pozwolił obejrzeć własne wnętrze, nieco już podstarzałe. Albo czaplę, która szerszym niż trzeba łukiem ominęła moją głowę, kiedy chciałem jej przyjrzeć się nieco dokładniej. I chociaż wiem, że cywilizacyjna ogłada (nawet, jeśli tylko heblem po wierzchu i na siłę przeciągnięta) nie pozwoli mi położyć ręki na Twoim, nieznanym moim zmysłom, zmarzniętym kolanie (oszukuję się, że to z powodu moich zimnych dłoni), to nie ukrywam, że pokusa była, i myśl za nią goniąca.

I nie uwierzę, że większość może rządzić światem, kiedy zmysły mówią o czymś przeciwnym. Niech śpię z nienapisaną pracą doktorską na temat różnic pomiędzy głodnym gentelmanem, a nażartym chamem, oraz wpływem wyboru na inwencję twórczą przedmiotowych obiektów.

Drzewa ubierają się w zielone mundurki, choć na chodnikach jeszcze można zobaczyć zimowe buty. Słońce próbuje ogrzać północne wiatry, żeby nie raniły twarzy przechodniów bruzdami dalekimi od zmarszczek powstających z przyczyn długotrwałego humoru. Dwie kobiety przede mną, w różnym wieku, obie dość energicznie zmierzające w stronę życia zawodowego, a rodzące skrajne wrażenia. Ta więcej dorosła przemieszczała się miękko i pięknie, a młodsza, jak kanciasty, niedopracowany robot. Cóż było robić – skupiłem wzrok na dolnych częściach żeńskich ciał i okazało się to niemal normą, że egzemplarze pamiętające początki „Solidarności” mają w ruchu zdecydowanie więcej powabu, niż te spłodzone po upadku berlińskiego muru. Miękka kreska, kontra kubistyczne krawędzie ruchu, choć efekt fizyczny nie różni się i finalnie oba ciała przesuwają się ruchem jednostajnym w określonym kierunku, to jakościowa różnica wrażeń artystycznych (jak w łyżwiarstwie figurowym) olbrzymia. Niechby to namalował jakiś Picasso, albo Zinn (pan Wiktor byłby w tym lepszy moim niewyrobionym zdaniem).

Rozgadałem się ostatnio ponad miarę. Dla odmiany krótsza gadka, a nawet zagadka. Kiedy obok ławki w parku wiatr zaczepia gołębie piórko, a krok dalej leży drugie – bażancie, to co to oznacza? Zjednoczenie sił w przegranej walce z wroną, śmierć dziecinnego pióropusza, ucieczka przedwojennej damy, które stroiły się dosłownie w cudze piórka? Gal Anonim wybrałby raczej gęsie, żeby je w swoich ciężkich średniowiecznych dłoniach utrzymać bez uszczerbku dla narzędzia pracy, więc to nie on sposobił się do nocnej twórczości. Mogę zapytać wiewiórek, lecz te, zajęte zalotami bawią się w berka na grubym pniu dębu i mają w nosie moje dylematy. Po co? Dlaczego? Pytać jak zwykle łatwiej niż odpowiadać.

Zabiorę Cię na spacer przez sześć mostów, obok siedmioigłowej sosny, dębu pożeranego żywcem przez kozioroga, paru drzew iglastych pielęgnowanych ręką japońskiego ogrodnika, obok oszałamiająco pachnących, kwitnących magnolii, lipową aleją, która lada tydzień też zacznie pachnieć, pod buki świeżą stalą świecące, by jesienią oddać ziemi deszcz trójściennych orzeszków, w cisowy zagajnik, w którym garść fiołków przycupnęła na chwilkę. Może staniemy na moment, posłuchać braminów przy pierwszej flaszce i zziębniętych wędkarzy zaklinających to, co niewidzialne, może pod mostem przepłynie kajakowa wycieczka z gondolowej zatoki, albo uda się przywitać z futerkowym światem fauny rzecznej. Ukłonimy się białemu panu, kilku spoconym biegaczom, kolarzom w minispódniczkach i starym dobrym nieznajomym, poszukamy wzrokiem ptasiego detalu, chwalącego dzień pod niebiosa.

Jeśli wolisz, pokażę Ci już nieistniejący trag warzywny i budkę z rurkami z bitą śmietaną, oraz jeszcze nieistniejące „apartamenty” po piętnaście metrów każdy, kilka akademików, pośród których, pożądane przez studencką brać, dwa próbujące podrapać niebo – zabawne, że niższy ma żeński przydomek, a wyższy męski, choć poza wzrostem są jak jednojajowe bliźniaki. Podejrzymy pracujących na nabrzeżach Rzeki w ramach wielkich programów p-powodziowych lub kulturalno-rozrywkowych, albo tych dbających o zieloną harmonię w parku. Damy się oślepić słońcu odbitemu od szyn tramwajowych ciągnących się po horyzont, pogłaszczemy kamienne lwy, sprawdzimy postępy remontowe tutejszego Manhattanu (jaki kraj, taki Manhattan), może wzrokiem wesprzemy kilka nowych budów mocno już zaawansowanych.

Jeśli chcesz… Wiem. Nie masz butów… i kondycji. Nie szkodzi. Zamknij oczy – z naszego spaceru już zostało wspomnienie

Noc rodzi kolejny dzień, jeszcze wypełniony wiatrem, z wieloma piegami chmur na licu. Jednak słońca jest wystarczająco, żeby białowłosy ze standardową lekturą objawił się na ławeczce. Młode liście na starych bukach imitują lipowe, stary żywopłot z wiązów naśladuje buczynową zieloność. A kiedy chciało się do ludzi, do tłumu pospiesznego w drodze do nie-wiadomo-skąd, to Rynek oczywiście, pomiędzy pączkujące ogródki i trotuary zamknięte dla zmotoryzowanych. Pięciominutowe portrety udają stuletnie dzieła sepią podkreślone, gdzieś szanty ukraińskie na szerokich stepach tęsknotą nieznaną stworzone, parki (na ogół mieszane) w pełnej gamie dojrzałości tulą się do siebie z wiatru czyniąc alibi, od drzwi ciągną zapachy specjałów całego świata, kwiaciarki w oprawie towaru prezentują własną bujność i kupieckie predyspozycje, elewacje proszą o zauważenie czegoś więcej niż pierwszej kondygnacji. Jeszcze kurtki i zimowe obuwie się trafia, szaliki i czapki też nie są zmanierowaną ekstrawagancją, ale obok już trampki i młode nerki wystawione na pokuszenie. Ba! Pierwsze biustonosze już porzucone zostały… co mi przypomina, że przed sklepem reklamującym profesjonalny dobór tej garderoby ekspedientka bardzo ubogo wyposażona zwalcza bezrobocie oddając się nałogom. Czyżby zamaskowała płeć tak fachowo? Mój brak zaufania jest sztampowy i płytki. Jednak chudy kucharz, łysy fryzjer, czy przysłowiowy szewc, co chadza bez butów, to temat trudny do zrozumienia, choć fascynujący w przyczynowo-skutkowe peregrynacje umysłu. Mnie zaprowadziło do myśli, że dzieci i zakochani potrafią śmiać się bez uzasadnienia. Pozostali mają z tym problem. A Ty?

Pod niebem cisów trwa radosna, gorączkowa krzątanina ptasiego drobiazgu, zakłócana jedynie jazgotem traktorowej kosiarki, nad Rzeką bóbr wraca z porannych łowów (chcę myśleć, że wraca, a nie, że dopiero wyrusza), gdzieś obok wrona ściga równie szarą czaplę, z którą przekrzykują się ochryple, czemu przygląda się niemy łabędź zatknięty na rzecznej ostrodze niczym reklamówka na ostrych cierniach tarniny. Kto wie, czy w tym swoim skupieniu nie analizuje zalet nowego deptaka, który coraz śmielej zaznacza swoją geometryczną obecność na brzegu. Akt lub martwa natura ukończone – pochmurna draperia opuściła okiennice. Niech płótno schnie, nim na allegro zawiśnie, albo w ciepłej alkowie. Boję się myśli, że zawstydziłem artystę-modela zauważeniem i przerwałem proces twórczy. Bez względu na to, czy tworzone było dzieło przyszłe, czy jutrzejszy tubylec. Znaki dość niezwykłe sugerują dzień inny od powszedniego, choć na firmamencie niepokój chmur, jakby chciały się rozpłakać, a być może łaskotanych słońcem po niewidzialnych brzuszkach, więc trwają monotonnie i monumentalnie w bezruchu. Też milczę. Do siebie i do Miasta. Pogrążam się w myślach leniwie rodzących się gdzieś z tyłu głowy, naiwnie i bezinteresownie. Milczy też ławka, na której nie zasiadł dziś pan białogłowy. Oby to tylko brak gazety był, a nie brak pana. Bo ławka jest. I kot wędrujący w szuwarach, oblizujący się w dylematach: „rybka, dziki drób, czy też dziczyzna na czterech łapkach będzie śniadaniem godnym mistrza? – byle nie post ścisły…” Odprowadzam wzrokiem klapki od pary, które dzieli przestrzeń ponad stumetrowa zupełnie bez sensu. Uśmiecham się ciepło do młodej pani obdarzonej ciałem wybujałym, lecz nie w górę. Nie wie, i nie powinna wiedzieć, że to do niej. Ginie w stadzie zmierzającym w podobnym kierunku, gdzie grzęźnie ten mój uśmiech nieśmiały w młodym tumulcie. Tak. Niezwykły dzień. Jak każdy…

Kiedy niedzielnym popołudniem, z wysokości okna na trzecim piętrze kamienicy pamiętającej czasy sprzed I wojny światowej, świeci biel zadowolonego, przeciągającego się torsu, z wyraźnie zaznaczonymi piersiami (męskimi!) a chwilę później damskie leniwie kładą się na tym samym parapecie, odziane jedynie w koszulkę bez rękawów, skojarzenie aktywności poprzedzającej błogostan papierosa na świeżym powietrzu nie narzuca zbyt wielu rozwiązań. Wciąż wiosna i deser poobiedni, choć nie złożony z nowalijek, to słodki, znajomy i z własnego wyboru. Smaczniejszy od obiadu, choćby nie wiem jak wyszukanego. Uśmiecham się więc i trwa we mnie to zadowolenie niezawistne, życzliwe. Trwa do dzisiaj i śmieję się do słońca i pęczniejącej zieloności. Do spódniczek już krótkich, pantofli na bose stopy odzianych, dżinsów tańczących w rytm kroków po nierównych chodnikach, rozwianych porannym wiatrem włosów, Miasta pęczniejącego ludzkim drobiazgiem. Nawet potyczka przeciwnych frontów wysoko na niebie, przeplatająca chwile szarości z cytrynową żółcią nie potrafi znaleźć we mnie złych myśli, by obarczać cudze byty prywatnym jadem. Na londyńskiej giełdzie rosną ceny miedzi – tak sądzę, bo zapotrzebowanie na pierwiastek rośnie tutaj wyraźnie. Choć wiewiórki linieją pozimowym zwyczajem, to głowy niewiast lśnią jasną, niespatynowaną barwą czystego pierwiastka. Może pora zainwestować w KGHM?

Świat pełen powtórzeń, cyklicznie nawracających, wręcz monotonnych powtórzeń. Na sosnowej gałęzi, wśród zalotnych gwizdów, szpaki przystąpiły do klonowania gatunku w sposób znany im od dawna. Nie chcąc zakłócać skądinąd intymnego zbliżenia rozglądam się po ścianach, szukając wzrokiem czegoś, na czym mógłbym uczciwie wzrok zawiesić. Nic z tego. W oknie udrapowana, ciężka, tymczasowa zasłona o barwie spłowiałego blękitu, od pierwszego wejrzenia narzuca skojarzenie z artystycznym tłem dla martwej natury. Wiosną? Nie sądzę. Malować owszem można, jednak martwe natury dobre są zimowym czasem, względnie jesienną pluchą. Takie tło (zapewniające przy okazji anonimowość i wykluczające nadmierną ciekawość sąsiadów) sprzyjać może i aktom, jeśli posiada się gdzieś pomiędzy paletą, a tłem modela. Sąsiednie okno, już bez ciężkiej zasłony świeci dojrzałą żółcią bluzki, okrągłą buzią i mieszaniną barw krótkiej fryzury. Chociaż mam dość ciemną karnację, kóra pod wpływem słońca, czy wiatru tężeje niemal do hiszpańskiej cyganerii dostrzegam, że zawieszone w oknie ramiona i twarz dysponują dojrzalszą, bardziej spenetrowaną słońcem pigmentacją. Jest więc i model… A może artysta… Szukający natchnienia w błyszczącej zieleni młodej trawy i dźwiękach miłosnych, ptasich wyznań. Ta żółć, pełniejsza od ciała, pięknie powinna wyglądać na spochmurniałym błękicie. Nawet, jeśli to będzie tylko prostokąt wspomnień i (niechby) udane powtórzenie rzeczywistości. Poszukać go w galerii, czy zdać się na przypadek?

Pamiętać warto dla innych.

Miasto malowane wreszcie złotem na pewno wygląda korzystniej niż ubrane w szare błękity. Nosy przechodniów podniosły się nieco, choć za ręce łapie jeszcze bezkompromisowy chłód wilgotnego poranka. Źdźbła trawy lśnią diamentowym blaskiem w oprawie garści stokrotek, na Rzece cumuje blaszany jacht z drewnianymi masztami, które pożyją chyba dłużej niż kadłub. Odkryte kostki dziewcząt przemierzają centrum, a ich barwa, to nie słońca zasługa, lecz wiatru. Zieleń pachnie bez uzasadnienia. Potrafi przedrzeć się, przez woń butwiejących liści, smród ulic i zakotwiczyć gdzieś nad czołem. Mógłbym podzielić się tym aromatem, ale musiałbym być słoniem, żeby donieść tę woń i przekazać w inne nozdrza. A podejrzewam, że nie potrafię. Tak myślę, bo jeszcze nie próbowałem – może z obawy, że urażę kogoś, gdy będę pochylał się nad cudzym węchem. Nie chcę narzucać się światu i istotom po nim wędrującym. Wąchać trzeba więc we własnym zakresie, jeśli ktoś ma takie życzenie.

Niż baryczny nie ma wiele wspólnego z „barową pogodą”. Przynajmniej nie w okolicy którą wizytuję wzrokiem. Tutaj nie trzeba szukać naukowych uzasadnień dla konsumpcji. Za to do spacerów zniechęca dość skutecznie, szczególnie kiedy trwa od paru dni. Najbardziej zadowolone są trawniki, już prześwitujące świeżą, miękką zielenią, z przymierzającymi się do kwitnięcia tulipanami. Na drzewach żółto-zielony tumult spieszy się, by przykryć zimową nagość koron, gdy poniżej forsycje cytrynowymi kleksami urozmaicają obraz skrywając nasączone wilgocią pnie. Podeszczowe, tymczasowe zbiorniki wodne wezbrały i trwają. Para kaczek wylądowała w jednym z takich chwilowych bajorek i przekomarzając się sprawdza miękkość trawy siedzącej pod płotem. Miejsce na popas dość oryginalne i niezbyt bezpieczne dla drobiu, jako że kałuża na miejsce postoju wybrała środek wjazdu regularnie nękanego kołami samochodów. Co będzie jak gnane stadnym instynktem przywędrują tu konie, kozy, czy baranina? Jatki i rzeźnia.


  • RSS