Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 5.2016

Przy zamkniętym oknie, przed lustrem, pani sprawdza, czy obudziła się równie piękna, jak spać poszła, a ewentualne niedociągnięcia korygowała kosmetykami, twarz obracając w stronę rodzącego się właśnie dnia, gdy temperatura, tak niewysłowienie dopasowała się do ludzkich organizmów, że można by bezkarnie nagością otoczenie uwodzić, nie czując ni ciepła, ni chłodu na skórze. Być może nie poświęcałaby tyle czasu, gdyby wczorajszy, nie do końca jeszcze męski głos to ją gonił, jak czynił to idąc tropem dziewczyny zmierzającej pod wiatr, której młodość wyglądała na taką, co maturę ma jeszcze przed sobą. Głos z przesłaniem i emocjami, których nie udało się powstrzymać w płucach, przykrył nawet cygańską próbę wokalną na cztery głosy z akordeonem akompaniującym – „Jesteś najważniejsza na świecie!”. Młode, już opalone nogi nie zadrżały, jakby nieświadome krzyczącej uwagi, niosły zdecydowanymi krokami, w poprzek cygańskich dźwięków, na gęstą od hałasu i ludzi ulicę, Głowa nie chciała się obrócić, ale przecież słyszeć musiała, skoro ja, stojąc dalej zostałem tym okrzykiem przyszpilony do betonowego chodnika. Obraz i dźwięk wieczorno-poranną klamrą spięte niemal w jedność wrażenia, zostawił mnie z romantyczną myślą i Miastu przyjrzeć się nie pozwolił.

W tłumie wielojęzycznym, zanurzony w jarmarku, który od dawna już oferuje wciąż to samo, zmieniając najwyżej lokalizację budek i termin ich pojawienia się w miejskiej przestrzeni, choć uparcie trzymając się Rynku, pomiędzy burzą, która nie przyszła, a tą, która nie nadchodzi, cicho jak cień przeszłych dni depczę po niezliczonych śladach teraźniejszości. Chyba śpię, bo kiedy trochę szerzej oczy otworzyłem okazało się, że degeneracja postępuje. Tam, gdzie kiedyś ruch, barwa i fragmenty architektury, którymi chciałoby się obcym chwalić, bezruch trwa zastygły w latach przeszłych. Piękny wczoraj obraz zmienia się w dziś i postrzegam to dziś niechlujnym i zapyziałym. Miasto skupione na wielkich celach, gargantuicznych imprezach i barokowych inwestycjach zapomniało o codzienności tubylców. Niczym kwiaty zakwitłe w kompoście jaśnieją pojedyncze kamienice i wolnostojące, dopiero co uwolnione z kagańców rusztowań warszawskich lśniące giganty, niczym te perły rzucone… A ja, jako ten wieprz brodzę w codzienności, omijając z daleka blichtr jednodniowy tych pereł i spoglądam na utopione w kurzu ulicznym elewacje wzniesione przez ludzi o obcej dzisiejszej mowie i z pewnością nie żyjących od dawna. Nawet nie wiem, czy tęsknię, bo zapewne nie. Raczej wzdycham do ich uroku minionego i blasku przygaszonego czasem, w którym zabrakło energii na odkurzanie i restaurację. Pora Herkulesa obudzić chyba, żeby posprzątał. Bo choć to nie stajnia, to jednak zakres niewąski.

Czwórka idąca od Rzeki, w czarnych skórzanych kurtkach i ciężkich butach, nieuzasadnionych w ciepłe, praktycznie letniego popołudnia, ozdobiona była rozlicznymi tatuażami bez większego znaczenia dla świata i sporą ilością biżuterii, jeśli można tak nazwać kółka w uszach i łańcuchy amuletów na wszystkie nieszczęścia i to z kilku przynajmniej mitologii, wyglądała dość groźnie i pociesznie. Wędrująca w niewielkiej czasowej odległości osóbka z niebiesko-zielonym grzebykiem włosów, która śledzona chyba była przez samiczkę długowłosą o bliźniaczej barwie odnotowałem w pamięci na wszelki wypadek. Ale podziw i niedowierzanie było zasługą człowieka-dudka, którego dwupłaszczyznowy pióropusz wysoko postawionych włosów barwionych na żółto, łudząco kojarzył się z jedynym znanym mi  z rzeczywistości odpowiednikiem. Skupienie jednostek odbiegających od przeciętności na małej, niechętnie odwiedzanej przez obcych przestrzeni zwiastowało dość nietypowy dzień. I był on takim, nim północ wybiłaby, gdyby zwyczaj jej ogłaszania kurantami trwał. Zamiast nich początek nocy ogłoszony został fajerwerkami – zapewne profesjonalnie przygotowanymi, sądząc po sile rażenia fali dźwiękowej i metrycznym rytmie kolejnych fraz, uderzających miejską przestrzeń wystarczająco skutecznie, żeby uruchomić alarmy samochodowe i sklepowe zabezpieczenia. Jeśli więc ktoś zapragnął spać się położyć z kurami, tak z borsukiem się obudził. Bo Rzeka nieść potrafi, nie tylko tak donośne odgłosy, ale wszystko, co wieczorną porą na nią położyć.

Grążele, o kwiatach kaczeńcopodobnych, przesyconych wątpliwym aromatem mułu rzecznego, naśladują już słońce z powierzchni, jakby Rzeka chciała odpowiedzieć – też potrafię ciepłym blaskiem urozmaicić własny, przemijalny nurt. W nadbrzeżnych szuwarach i trzcinowiskach żółto-ostrą barwą, na jeszcze ostrzejszych bagnetach tataraku kolejne słońca o kształtach dalekich od ideału kuli. Nowopowstały bulwar zaprasza już jutro na rodzinne imprezy, choć ławki i dzisiaj dostępne są dla nielicznych studentów. Zabawy liczbowe – przy sześciuset tysiącach mieszkańców sto- do stupięćdziesięciu tysięcy studentów stanowi niezwykle duży odsetek – tak jakby połowa społeczeństwa miała mieć wykształcenie wyższe. Żeby uniknąć zafałszowania odrzucam w pamięci tubylcze dzieci i starców. Zostaje młodzież, która przy tym założeniu co najmniej w połowie ubiega się o jakieś trzy literki przed nazwiskiem. A jeśli połowa z nich jest tubylcami od niedawna, to oznacza, że obcych w Mieście jest zatrzęsienie – więcej niż ulęgałek z drzew na skarpach rzecznych. I jeszcze turyści liczeni w milionach rocznie… Śmieszne. Dużo z tych osób czuje się tu u siebie – jak ja… I za to lubię to Miasto. Bo tu wystarczy dać się pochłonąć Rzece, kilku starym uliczkom, jakiejkolwiek pasji, choćby banalnej, żeby wsiąknąć w klimat tak mocno, jak korzenie stuletnich buków ocieniających tereny spacerowe wokół obiektu, który oglądał i Hitlera i Harlem Globetrotters i Ennio Moricone’a. Kręci się w głowie. Ziemie odzyskane, ale kto i dla kogo je odzyskał, skoro wszyscy są tu na miejscu – chyba tylko administracja rządowa może tak mówić, bo pozostali chyba tylko w patriotycznych i górnolotnych słowach różnicę potrafią odnaleźć, pomiędzy stanem bieżącym, a sto, czy sześćset lat wstecz. Tylko Rzeka, za zaklęciem Heraklita płynie w milczeniu i dyskretnym chichotem fal kłania się moim ciasnym i niczym nieuzasadnionym stwierdzeniom. I puszcza oczko żółtym, jeszcze niedojrzałym kwieciem. Rzeka i wodne kaczeńce…

Wyniosłem swą zmęczoną całonocnym bezruchem oś symetrii na spacer. Niczym bogaty rentier, który nigdzie nie musi się spieszyć i donikąd nie zmierza, leniwym krokiem, owiany wczesnoporannym wiatrem, przesuwałem materię skupioną wokół tej osi w kierunku Rzeki, żeby zapięty w balustradę, w aureoli nerwowo tańczących muszek patrzeć w nurt, równie jak ja leniwie się przesuwający w kierunku, gdzie powinna być nizina. Nie licząc narzekań jakiegoś zabłąkanego wędkarza, że wodę spuścili (z Rzeki???) i klekotu butelek skwapliwie wyzbieranych przez szperacza do reklamówki, otoczyła mnie natura z jej nietoksycznymi dźwiękami zakłóconymi jedynie dwoma nazbyt geometrycznymi okazami działalności ludzkiej. A przecież symetrię natura lubi – w liściach, ciałach zwierząt, pokroju kryształów wszelakich minerałów… Kiedy już ubrałem w słowa te myśli, które wiatr chyba przywiał, bo skąd one w Mieście o barbarzyńsko wczesnej porze przyjść mogły, uświadomiłem sobie, że własne zdania, z których nie do końca zadowolony jestem i nawet po ósmej korekcie jeszcze niedosyt czułbym, przeczytać mogę w innych książkach, bo wszystko już chyba zostało napisane i to w każdej konfiguracji. Jeżeli miałbym dość wewnętrznej wytrwałości, żeby obce słowa w swoich odnaleźć produkcjach, zapewne bez trudu mógłbym choćby rzekome autorstwo przypisać nazwiskom z ostatnio czytanych lektur. Niedobrze – zapewne oznacza to, że działanie pod wpływem, jest równie prawdopodobne, czyli dział ksiąg zakazanych lub niebezpiecznych zdecydowanie zyskuje na celowości, a wybór lektur należy o wiele staranniej adaptować do zamierzeń przyszłych. Żeby ich nie wywiało na niechciane manowce.

Pies, ciut tylko większy od kieszonkowego, wystawia łapę i sympatyczną mordkę z uchylonego okna samochodu dostawczego, którego kierowca organizuje zaopatrzenie śniadaniowe w piekarni. Tęsknota nie pozwala psu milczeć, więc skomli pociesznie. W oknie biało-czarny kot nerwowo reagujący na przelatujące za oknem gołębie, szpak ukryty w trawie świeci ostrym dziobem. Na chodnikach szczupłe (wręcz wygłodzone), wysokie kobiety, które posiadły tajemniczą umiejętność gromadzenia każdego grama tłuszczu wyłącznie na klatce piersiowej, gdy mężczyźni tę samą sztukę skoncentrowali wokół pępków. Dla odmiany niskopienne, grubokościstej budowy kobiety o zdrowej uśmiechniętej cerze rozkładają go równomiernie po całej objętości tak, że Rembrandt padłby z zachwytu, a i mnie niewiele do tego brakuje. Wyschnięta ropucha, wielokrotnie formowana oponami samochodów wygląda na talerzyk ekstrawagancki – w praktyce jednak stanowi jadalne lądowisko dla owadów. W powietrzu puch kwitnących topoli pcha się w oczy i nosy, a osiadając w rzecznym nurcie burzy ostrość barw powierzchni pod którą grzeją się widzialne gołym okiem stada ryb. Mutant formowany siłownią, z nic nie znaczącym tatuażem na całej powierzchni ramienia, prowadzi piękną towarzyszkę na zakazane przez dietetyków przyjemności. Z ogrodu zoologicznego dochodzą odgłosy porannej wymiany radości stada pawianów, że znów dzień i znów dobry. Tylko czaple niczym szybowce płyną bezgłośnie po odmętach nieboskłonu. Romantyczny ten widok, jak nie przymierzając żaglowiec z pełnymi masztami, wodzi zmysły w strony dalekie od twardej rzeczywistości dnia codziennego.

Aż zerknąłem w archiwum, kiedy tylko czas na to pozwolił. Bo przecież to już było. I lokalizacja się zgadza, czas również z grubsza (tym razem wbrew leniwie maszerującej wiośnie wcześniej o dwa tygodnie). Znowu zaatakowany zostałem przez wronę – tym razem już bez zeszłorocznego ognia, i nie tak wytrwale, ale podobnie do ubiegłego roku opędzałem się torbą przez czarno-szarym, napuszonym ptaszyskiem pikującym na mnie po partyzancku – od strony słońca, raczej z tyłu i z góry. Niezły myśliwiec z niej był, dobrze, że zmysły nienazwane pozwoliły na reakcję. Do bitwy o Anglię zdarzeniu daleko, jako Londyn pewnie też kiepski był ze mnie model, jednak wyszedłem obronną ręką i to bez strat własnych. Ledwie człowieka przypominam, a co dopiero taką metropolię, jednak – jaka bitwa, taka metropolia. Wronie nie przeszkodziło to ogłosić zwycięstwa donośnym głosem z wysokości balustrady strzegącej piechotę przed tramwajami. Jeśli więc tubylcu zamierzasz parkiem, gdzie cień, kuszący spokój z falującym świergotem zalotów niewidzialnych, ukrytych w koronach drzew, do lwów iść – ponumeruj zmysły i sprawdź, czy ten szósty, lub nawet z wyższym numerkiem posiadasz, żeby przed burzową rozwrzeszczaną chmurką ostrzegł. Chyba, że pamięć masz podobną do mnie i już wiesz, że patrzeć trzeba między uszami do tyłu i to grubo powyżej nosa.

Pośród przekwitających już kasztanowców i zaczynającego dopiero rozchodzić się aromatu robinii, wreszcie ciepłym porankiem oddaję się rozkoszom niespiesznego spaceru. Nad wodą jedyne widoczne chmurki – składające się z hordy muszek falujących na wietrze, którym łakomie przyglądają się wróble. Może troszkę za wcześnie rozpocząłem wędrówkę, gdyż ulice jakoś podejrzanie puste, jakby przez Miasto przeszedł exodus, którego nie odnotowałem w sennych wizjach. Przypominam sobie z uśmiechem niedzielną kobietę-boję, ubraną w ciemny dół i odblaskową górę, z bardzo mocnym makijażem. Odpowiednio wypornościowa sylwetka nie porosła jeszcze rdzą dojrzałości, ale już kusi, żeby zacumować i nawet komuś się udało – oby na szczęście. Bo bladym świtem na wprost mnie niemalże zatrzymała się taksówka. Oczekująca już na jezdni młoda kobieta poczekała na dwie wysiadające, którym po trzaśnięciu drzwiami zdarzyło się płaczem wybuchnąć i tak stały na jezdni, gdy kurz po taryfie już opadł i obejmując się wylewały łzy schnące w cieple rozgrzanych, przytulonych ciał. Nad czym tak płakały, nim pierwszą niedzielną mszę dzwony kościelne ogłosić miały? I co tak pilnie opłakać było trzeba, żeby zamówionym kursem przyjechać w te niezbyt przecież gościnne strony? Zbyt łatwo pytania zadawać. Zbyt. I komentować również. A radosnym ten potok nie był niestety.

Miasto kipi. Nici z planowanych obserwacji. W Rynku i miejskiej fosie – tarło. Kawiarniane ogródki okupowane przez wycieczki niemieckie, jednak skutki będą zapewne inne, niż podczas zawieruchy dziejowej. Blade, damskie nogi odsłonięte co najmniej do pół uda, pępki łapią światło i męski wzrok, gwar rozmów w językach wschodu i zachodu. Kolekcja ludzi z brzuszkami, przy czym kobiece mają najlepsze z możliwych uzasadnienie (nareszcie), facetom znaleźć alibi przychodzi znacznie trudniej. Odgłosy zlotu motocyklistów komponują się z ludowymi aromatami jarmarku i szybko przesuwającym się zapachem kobiet na rowerach. Żywe pomniki, bańki mydlane, cepelia w oleju i drewnie i koncerty amatorskie. Konie straży miejskiej wędrują w przyczepach na letnie posterunki, Młode, nieśmiałe jeszcze pocałunki pośród tłumu, na paluszkach, żeby dosięgnąć tej drugiej połowy i trwać, aż wydolność płuc każe przypomnieć sobie, o fizjologicznych procesach dla kontynuacji życia – tak niewinnie wyglądają, że aż chce się zostać na spektaklu do końca, żeby przypomnieć sobie własne uniesienia, kiedy świat składał się tylko z dwóch osób. Fontanna tryska chłodem. Ruda Madonna o zamyślonej twarzy, ściskająca w objęciach butelkę wody mineralnej wygląda tak kusząco, że nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś klęknął przed nią wprost na chodniku. Wszystkie zmysły można zaspokoić w kwadrans. W świecie rzeczywistym, który jak w pigułce podaje na tacy świat pięknych i bogatych, lepiej niż galerie handlowe, gdy te kuszą szeroko otwartymi ramionami drzwi wejściowych. A wszystko to przemieszcza się niespiesznie, stadami, z komentarzem mniej lub bardziej uzasadnionym, radosnym okrzykiem, z dłoniami w dłoniach. Mijam Salvatora Dali w wersji młodszej, lecz juz ozdobionej charakterystyczną brodą i wąsami, kobietę w letniej sukience w kwiaty, która mogłaby być teraźniejszością pierwszej miłości, gdyby nie to, że kontynent się nie zgadza, włoską wersję koleżanki sprzed lat, zawstydzoną panią sączącą jakiś koktail przez słomkę pomiędzy słowami skierowanymi do stanowiącego oparcie towarzysza, kosze kwiatów, przy których turyści fotografują się, jakby krasnali w Mieście było zabrakło, azjatycką młodość wdzięczącą się ciemniejszą karnacją na tle zgłodniałych słońca ludów północy. Można się upić bez podnoszenia do ust czegokolwiek. Mentalny zastrzyk pobudzający. Galimatias obrazów, zapachów i wrażeń. Ale to nie mnie pan opuszczający na moment swoją kobietę chciał rzucić grosik na kaca.

Wczesnym porankiem, na własnej skórze rozpoznać chciałem prognozę meteo na bieżący dzień. Nad Rzeką, wśród jęku kosiarek, niewybredne skargi na świat cały małoświętej trójcy, oddającej się spożyciu piwka poranną bryzą chłodzonego i tylko leżący wilczur, pobłażliwie spoglądający spod oka na to jojczenie męskie, na tę niemoc zakrapianą i wreszcie swobodnie i bezkarnie wyrzucane pod niebiosa skargi, zachowywał odrobinę dobrego humoru, śmiejąc się jęzorem, z którego ściekał nadmiar wilgoci. Przemknąłem, żeby się nie zarazić, zdziwiony odrobinę, że weekendowe mijanie autochtonów, męskim jest nad wyraz i mało statystycznym. Kobiet ani śladu. Rozpuściłem wzrok na horyzont, po granice postrzegania, które w Mieście nie są zbyt wielkimi i obciążone ograniczeniami kubaturowymi, żeby tę moją krótkowzroczność, niczym nahajką, do żywszego pobudzić działania. Bo może mylę się, tylko w czasach unisexu, strojów dla wszystkich i w każdym wieku, pobłądzić mi przyszło, sztampowo poszukając dłuższej fryzury (żeby nie marzyć o warkoczu), która również zwodniczą może być przesłanką. A kiedy i piersi zaczynają być krępowane czymś na kształt elastycznego bandaża, skala trudności rośnie. Na szczęście ruch staje się elementem, przy ktorym trudno się pomylić. Obie płcie – absolutnie nie wiem dlaczego – poruszają się tak odmiennie, że ewentualną pomyłkę należy złożyć chyba już tylko na karb rzadszej orientacji seksualnej. lub ciężkiej choroby. Idę więc między ludzi, zweryfikować założenia ruchowe i nie zdziw się, kiedy zacznę się uśmiechać triumfalnie mijając Ciebie tubylcu.


  • RSS