Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 6.2016

Z drzew, niczym łupież, sypie się wczorajszy deszcz, barwiony słońcem na diamentowy pył. Winniczek wilgotną stopą pieści alejkę parkową wysypaną żwirem, czemu z traw przygląda się ciekawa sikorka. Wysoko na niebie samotna czapla szuka towarzystwa krążąc po spirali niewidocznego korytarza powietrznego z pojedynczymi okrzykami, świeżo skoszona trawa pachnie arbuzem, a ciemne przestrzenie pomiędzy dębami i bukami wilgocią gnijących liści. Znowu myślę za dużo i znowu przyglądam się damskiej części tego świata. Tym razem trafiłem na głowy i włosy spętane gumkami – po cóż zapuszczać długo i w cierpieniu, skoro nie pozwala się im cieszyć wolnością? Zerkam nieustannie i oprócz końskich ogonów dostrzegam cyklony – moda chyba obecnie taka, że gdzieś z tyłu głowy spiętrzone tornadem rosną fantazyjnie splątane stogi. Raczej bez względu na wiek, co tym dziwniejsze się wydaje. Młoda pani z piękną, okrągłą buzią do tego stopnia była pokryta chemią ozdobną, że jedyne oznaki życia w oczach można było dostrzec, ocieplonym budynkom nikt nie ściąga kagańców rusztowań już tylko ze względu na reklamy, bo robota skończona. Słońce przytula się do elewacji starych kamienic i wygrzewa liszaje pamiętające jeszcze światową wojnę, z nurtu mruga do mnie równie wesoło inny promyczek starając się przez oko dostać do pamięci. Pozwalam na te lecznicze zabiegi nieco łzawiąc, jednak powód tej łezki jest jednym z lepszych możliwych uzasadnień i nie spotka się z protestem. Czasami wydaje mi się, że mógłbym nauczyć się przechowywać takie promyczki, żeby podsyłać je napotkanym smutnym ludziom. Jednak lustro nie przechowuje – oddaje co przyszło, a co gorsza na lewą stronę wywraca.

Gdybym miał w sobie więcej odwagi, więcej ekstrawertyka pomiędzy zębami, zapewne stałbym się nieznośny dla otoczenia zamęczając je pytaniami niczym dziecko – bez fałszywego wstydu i z niekłamaną ciekawością. Może dlatego natura pozbawiła mnie tej prostej umiejętności, pozostawiając wystarczająco dużo fantazji uczepionej głowy, żebym sam sobie dopowiedział nieznane. Szpak ochrypł od ostrzegania swojego stada przed kotem leżącym w trawie w cieniu sosny – z gniazda nic nie wypadło, a jego anonimową milcząca obecność obwieszczono wszem i wobec, więc poszedł sobie głodny gdzieś dalej. Wiatr przyniósł aromat maciejki, czyli wieczór być musiał, bo roślinka ta niepozorna pachnieć raczy wyłącznie wieczorami. Matka z córką idą raczej obok, niż razem – każda zajęta własnym telefonem, czasu nie ma na rodzinne chwile. Niemiecka turystka ze słownikiem w ręku zwiedza Miasto od zaścianków, próbując pozyskać informacje w języku angielskim. Jakiś pan prowadzi wózek z dwójką pisklaków na poranny spacer, i to chyba długi, bo wolne przestrzenie wypełnione są bagażami na dłużej. Pojedyncze krople deszczu szukają ramion, na których mogłyby się wesprzeć, drzewa oddychają z ulgą po dwóch dniach tropiku, obok mostu, pomimo wczesnej pory, słychać rozpoznawalny przez wszystkich w tej okolicy trzask odbezpieczanego piwa w puszce. Kulawy pies w bandanie nadal nie może uwierzyć, że stare złamanie już nie boli i kręci młynki ogonem dla zachowania równowagi. Patrzę w wodę i postanawiam w tym roku pochodzić po niej. Nie spodziewam się efektów, jakie Chrystus uzyskał, ale kto wie? – nie próbowałem jeszcze, więc może umiem i nie wiem, że potrafię? W najgorszym razie trafię na wodny patrol, albo jakiegoś bobra zirytuję.

W szeroko otwartym oknie, ostrzyżony do czysta, formowany siłownią, nowy lokator starej kamienicy tańczy z wytatuowaną dziewczyną i śmieją się pod niebiosa nieskrępowaną radością we wspólnocie piersi przytulonych wspólnym marzeniem. Pulchna pani zawisła dwa piętra wyżej i ani myśli schować swych wdzięków do wnętrza. Dziewczyny w letnich sukienkach i butach na wysokim obcasie wietrzą opalone kolana na rowerach, biały pan (całe szczęście) standardowo robi prasówkę na stałym miejscu. Świat śmieje się, lekko już spocony, a garderoba coraz chętniej porzucana w zaciszu szuflad czeka jesieni. Na damskim udzie siniak przypominający konturówkę USA, choć głowy nie dam – geograficznie jestem prawie analfabetą i zupełnie spokojnie radzę sobie bez krain odległych – politycznie również wykazuję bardzo dużą ignorancję, jednak ów siniak, który nie chce się zdecydować na wybór koloru, oscylując pomiędzy czerwienią i błękitem przypomina mi o wyborczej kampanii oddtrąbionej chyba we wszystkich mediach świata, jakby to miało dla owego większe znaczenie. Stado jaskółek przegania konkurencję z podwórka, ale też demonstrując radosną żywiołowość i bez morderczych instynktów, wędkarz karmi gołębie i ryby naprzemiennie, park czesany kosiarkami przybiera cywilizowany wygląd. Tylko jedna pani, przypominająca zamyśloną klepsydrę milczy w smutku upływającego niepostrzeżenie czasu. Nie wyciągnąłem rąk, żeby ją odwrócić – za bardzo podoba mi się ten poranek, choć karetki swoim zawodzeniem donoszą o punktowych nieszczęściach jednostek, budowlańcy dokładają harmonię dźwięków w mechanicznej orkiestrze, a pan w barwach narodowych Oranje niespiesznie przemieszcza porzucone niedopałki papierosów wzdłuż chodnika.

Nie. Nie chcę zaskoczyć nikogo. Może z wyjątkiem siebie, że potrafię i chcę. Żeby jutro, w zimie, albo w przyszłym wieku przypomnieć sobie, że oprócz wstania i kilku mechanicznych czynności porannych związanych z higieną, czy fizjologią, zdarzyło się coś wartego spojrzenia, myśli już szukającej ucieczki w zapomnienie, dla spraw zbyt mizernych, których ogarnąć nie spróbuje nikt, bo po co? Cieszę się w sobie, znajdując małe krainy, których żadna mapa nie zawiera, spotykając ludzi przelotnie i pobieżnie, a jednak zauważając detal ich anonimowego istnienia i patrząc na zachowania nie do końca logicznie uzasadnione. Szwędam się po Mieście pozornie bezcelowo i patrzę, wypełniając chwilę ruchu fizycznego, podobnym zachowaniem umysłu. Dzięki temu nie gnuśnieję i alzheimer nie mówi mi „dzień dobry”, a i uśmiech wypływa mi z wnętrza, kiedy już uda się objąć wzrokiem i wyłuskać z ławicy nieistotności drobiazg, pozwalający myślom meandrować swobodnie, w iluzję subiektywnej rzeczywistości. Tworzę własne nierealne światy i ciągi dalsze historii nie sięgających żadnych podręczników, w jałowych ćwiczeniach rozbuchanej fantazji. Maluję ruchome obrazy pajęczyną, po wartkiej tafli wody, w bezksiężycowe noce, choć ich odbiorcą jest wyłącznie autor dzieła. Czasem podzielę się celniejszą fabułą, innym razem odnotuję jak w pamiętniku nastolatki chwilową fanaberię do spełnienia na kiedyś. Rośnie poligon doświadczeń, jak ręcznik porzucony w żywopłot i pijący noc, by o poranku ją wypocić. Dorabiam treść do kręgów na wodzie i ścieżki chmurom pomiędzy kominami, ludziom wkładam w głowy dialogi własnego chciejstwa i reakcji na moje wybryki umysłowe. A kiedy już trafi się wystarczająco lekkomyślny czytelnik, żeby pochylić się nad tymi płodami, i co gorsza (dla niego) wykazać się reakcją, to wypadałoby zakonserwować w sobie chociaż wyrzuty sumienia, niczym szpilkę w korkowej tablicy, z memento na nadchodzący tydzień, żeby nie popaść z premedytacją w recydywę. Jednak nie. Każdy niech czyni na własną odpowiedzialność, ze świadomością, czym może skończyć się zbyt uporczywe przeglądanie się w lustrze.

Biały pan zamiast jak co dzień czytać tanią gazetę, podparł dwoma rękami głowę i obserwował spękany asfalt chodnika szukając natchnienia, otoczony wiatrem aromatyzowanym lipowym kwieciem. Dwie kobiety lekko uśmiechnęły się przeze mnie, bo chyba nie do mnie. Słońce wyścieliło mi ławkę miękką żółcią, układając pejzaż przed oczami – zabytkowa wieża ciśnień kłująca oczy świeżą czerwienią wyczyszczonej cegły, plus nowoczesny biurowiec o szklanych ścianach polanych ropą w otulinie zieleni porastającej brzegi Rzeki i błękitu wyzłoconego nieba. Pomiędzy drzewami sejmik ptasi awanturował się hałaśliwie, a w gąszczu podszycia coś przedzierało się krótkimi skokami. A gdyby tak ludzie usiedli na ławkach na jakieś dwadzieścia lat bezczynności? Co zostałoby z Miasta? W dżungli tej sporej niecki sterczące kikuty podobne do wspomnień ostatniej wojny światowej, brzeziny w spękanej krze asfaltowych strumieni, betonowe kurhany powalonych budynków porośnięte lasem pokrzyw, wygrzewająca się fauna na rumowisku, pośród stawów zalewowych, resztek tłuczonego szkła i plastiku, na skorupach karoserii… Pomiędzy ruinami Rzeka, przytłoczona wiatrołomami drzew i budynków, z sezonowymi łachami mułu i brudów. A pan w bieli, z brodą do ziemi i gniazdem remizów w niej, siedziałby tam pokornie i sprawdzał, jak trawa rośnie. Miastowy Budda.

Cyganka, z rękami zajętymi transportem ciężkich toreb zawierających nie-wiadomo-co, nie była w stanie ukryć dotkniętych chłodną wilgocią piersi drapiących powietrze przed nią samą. Wolne od klatki biustonosza, poprzez cienką bluzkę, wskazywały kierunek marszu ostro i bezkompromisowo. Mamrotała przy tym pod nosem jakieś klątwy, więc nie przeszkadzałem, żeby ku mnie nie skierowała swojego oburzenia. Cyganie bardzo szybko dojrzewają i jeszcze szybciej „zużywają się” życiem. Czterdziestoletnia kobieta jest już praktycznie emerytką – kto wie, czy intensywność życia nie powoduje takiego stanu. Może to nawet dobre rozwiązanie – krótko, a do końca pożyć, zanim objawi się demencja, sztuczne szczęki i korowody do lekarzy od chorób wymagających od życia czasu. Kiedy zaglądam w masowo śpiące oczy dziewcząt zmierzających w stronę uczelni, skłaniam się do przyznania racji takiemu rozwiązaniu. Na Rzece, obok grążeli pojawiły się kwitnące grzybienie, już wyglądające jak dzienne gwiazdy na kotwicy pępowiny zaczepionej w mulistym dnie. Też są tymczasowe, a choć cykl wegetacyjny mają zdecydowanie krótszy, to i tak potrafią uwieść z daleka. Na moście wiotka twórczość pająka chybocze pod wpływem bryzy odbijając niewidzialne promienie słońca – kolejne dzieło sztuki na raz, na jedno spojrzenie, moment po którym obraz wypaczy się i zdeformuje w nową rzeczywistość, żeby teraźniejszość mogła odejść w przeszłość. Idę z nią, patrząc na Miasto, które również poddaje się zabiegowi transformacji, i jest równie chwilowe jak wszystkie ludzkie twory. Dziwnie jest uświadomić sobie, że staję się przeszłością, gdy mówię o teraźniejszości…

Przed nowym gmachem uczelni młoda pani (stojąc) zmienia sportowe obuwie na wysokie obcasy, a dwóch zestresowanych studentów próbuje ogarnąć krótkotrwałą pamięcią jakąś stronę kserokopii książki, na podwórku bagażniki pochłaniają toboły szczęśliwców „już po” i pechowców, którzy nie mają o co walczyć przed wrześniową kampanią. Wilczur wygląda przez okno i wita się hałaśliwie z porankiem. Pupa dobrze zbudowanej pani wyraźnie mówi „nie”, a ja nawet głową tak intensywnie nie potrafię zaprzeczać. Zawieszona na jej palcu reklamówka zawiera kanapki owinięte białym papierem i garść truskawek – ekstrawaganckie śniadanko do pracy? Podobno truskawki najlepsze są do szampana, jednak butelki nie widziałem – być może partner od sexscesów przybędzie zaopatrzony w wyrafinowany składnik afrodyzjaku. Chciałem zakłócić czyjąś samotność chwilową, jednak odwagi zabrakło, zapewne bezpodstawnie. „Spowiedź durnia” ułożyłem w głowie, lekko przygnębiony, gdyż niebo marszczy się w szaroburym polarze, co ostatnio jest normą, żeby każdy dzień urozmaicić całą paletą odcieni i utrudnić tubylcom wybór garderoby na wyjście. Śmiech wron ściga mnie poprzez dojrzałą już zieleń parku, pomimo barw narodowych ozdabiających ogrodzenie wyszynku, niedaleko stojących na straży stadionu lwów. Jeden, pomiędzy uszami ma założoną czapeczkę-bejsbolówkę o jakieś pięćdziesiąt numerów za małą, co nie uchroni jego głowy przed nadciągającym smutkiem aniołów. Omijam bezdomne ślimaki i mikroskopijne żabki, których ruchliwość uzasadniona celem mi nie znanym, każe im zmieniać lokalizację, pomimo braku bocianów na horyzoncie. Uczesane nurtem wodne trawy układają się w obraz prądu wbrew pozorom nie prostoliniowy. Bo proste, to są wybory, ale po fakcie.

Zapowiada się dzień dobry. Bardzo dobry i nietypowy. Pani, która jest tego zwiastunem w zastępstwie dawno już niewidzianej Wróżby, objawiła się pierwszy raz w spódniczce i w porze jak na nią nietypowej. Poważna, żeby nie powiedzieć smutna, poruszająca się z majestatem godnym arystokratycznego pochodzenia z górnej półki, zmonopolizowała mój wzrok. Dlaczego, przy takich nogach kryje je otuliną płótna żaglowego dżinsów – pojęcia nie mam – z litości dla maluczkich, żeby ich nie oszołomić? Skoro jednak udało mi się dostrzec wypielęgnowane dłonie, delikatny uśmiech i gustownie dobraną garderobę dyskretnie podkreślającą łuki nieodsłoniętych fragmentów ciała, to chyba w amok nie wpadłem całkiem. A, że zakochałem się jak zwykle, to reguła. Grzebię w pamięci, w zakochania przeszłe, które potrafiły objawić się kilka razy w jeden wieczór i nieważne, czy dotyczyły zmarzniętego nieba obsypanego makiem gwiazd, drzewa w śnieżnej kąpieli, wody podświetlonej gitarą i chyboczącym płomieniem ognia, uśmiechu w oczach nieznajomej, czy kreski malowanej na murze ceglanym ołówkiem. Kto wie, czy nie bardziej niż dziwić się światu, lubię te swoje zakochania? Niecierpliwie czekam, aż dzień dojrzeje i po zwiastowaniu pojawi się objawienie. Witaj dniu i życzę ci, byś był dobrym. I nie omieszkam zatrzymać się, by móc zapowiedzianą twą urodę obserwować, z wątłym uśmiechem i zachwytem.

Język najlepiej czuje się w znanych sobie do krwi czeluściach. Zna na wylot wszelkie uszczerbki kształtów, smaki i zapachy, choćby były nie najpiękniejsze i odległe od mięty, lipy, czy maciejki. Krąży w ograniczonej przestrzeni niczym pan i władca absolutny, a jeśli zdarzy mu się odwiedzać inne królestwa, to przecież tylko na chwilkę, na wakacje, delegację, czy jakie tam inne alibi słowami potrafię wymyślić ukrywając płochą ciekawość świata zewnętrznego w przytulnym zakątku policzków, do których dosłownie przywiązany jest na śmierć i życie. Podobnie ja, w Mieście czuję się na miejscu, znam przestrzenie, nawet te, z których nie jestem dumny i nie chciałbym się nimi chwalić, oraz te frontowe szczerzące się pełnym uśmiechem do obcych. Obserwuję z ulgą lub bólem, jak powstają nowe plomby, gdy stare, zepsute czasem zęby kamienic nikną z szeregu wciąż drapiących atmosferę i skrzętnie chronionych zabiegami przed próchnicą. Wystawiam się na znajomą podświadomości wilgoć mas wody pojawiającej się z granic widnokręgu i niknącej w dali anonimowo, na ogół cicho i dyskretnie. Otoczony jestem mieszaniną woni, oswojonych wyborem własnym i tych przelotnych, świątecznych, czasem wręcz niepożądanych, których Miastu nie brakuje. Grzeję się tą atmosferą bezpiecznej swojskości, zdarza mi się schnąć na pieprz pośrodku placów wystawionych na letnią intensywność słoneczną, pokrywam się nalotem szorstkiego, pobetonowego kurzu marniejących elewacji zamykających te place, uciekam w schnącą lub gnijącą zieleń parków i nabrzeży. Ale nie zamierzam zmieniać otoczenia i nie dla mnie inne przestrzenie. Uświadamiam sobie, że wyjazdy stąd służą przede wszystkim temu, by wrócić. To dopiero pozwala docenić, gdzie jestem. Próbuję ustalić po co jestem. I nie wnikam dlaczego akurat tu – widać takie mam DNA – tubylcze zestawienie chromosomów determinuje moją tu obecność, a modyfikacje mogą być groźne dla organizmu.

Świat pięknych i bogatych lubi koncentrować się w Rynku, nawet, kiedy pogoda nie dopisuje. Nie dopisuje, jest tu wyraźnym nadużyciem, bowiem trudno określić oczekiwania bliżej nie znanych mi ludzi – na wybory miss mokrego podkoszulka pogoda wymarzona – wspierać się nie trzeba dostawą wody, urodziwe modelki na wyciągnięcie ręki i to stadami wręcz przemierzające przestrzenie pomiędzy podcieniami ogródków, z których anonimowe jury całodobowo śledzi i ocenia – niestety zbyt często wulgarnie. Uśmiecham się, kiedy obok sushi-baru wędruje japońska wycieczka, pokazując sobie ów bar łapkami, które przeszły już na zasłużoną emeryturę i obecnie dźwigają kamery jak zewnętrzną pamięć, ciut lepszą od wbudowanej w wysłużone organizmy. Azjatów przybywa błyskawicznie – odwiedzam dwie księgarnie i w obu widzę grupkę ćwierkającą w dalekowschodnim języku, lecz czego szukają pośród książek w egzotycznym dla nich języku nie potrafię dociec, choć sprawia im to wyraźną frajdę. Dobrze jest spędzić w Rynku coś więcej niż chwilkę, bo dostarcza to pokarmu umysłowego na dni kilka – wycieczka szkolna dziewcząt z małej zapewne miejscowości dekuje się w pizzerii, bardziej ze względu na ceny, jak na menu. „Facet” (złośliwie ubrałem go w cudzysłów) zamawia talerz trawnika z wymyślnymi dodatkami, które z niejakim trudem usiłuje pożreć nożem i widelcem. Zielone liście, nasiona i tym podobne frykasy zsypują się z widelca, a kiedy wreszcie talerz pokazuje jedno dno, odzywa się drugie – burczenie z czeluści żołądka. Czyli czynność ta nie służyła zaspokojeniu pierwotnych potrzeb, a jakimś wyższym celom. Podejrzewam go o członkostwo w  jury, o bardzo wysublimowanej męskości adekwatnej do czasów. Co zrobić – nie dorosłem do współczesności i bardziej przemawia do mnie wędzony boczek, niż sałata lodowa i tym podobne brednie. W krainę łagodności wprowadzają mnie panie z zaawansowaną ciążą podświadomie głaszczące brzuszki, więc wychodzę poza Rynek, zanim rozczulę się i wędruję nad Rzeką w park pierwszy z brzegu. Widząc martwego szpaka przypominam sobie, że w przeciągu kilku dni zaledwie widziałem też drozda, wróbla, parę gołębi i wronę – zły czas dla ptaków nastał, ale to nie samochody przerwały ich egzystencję, bo leżą po trawnikach z dala od jezdni. Kot nie zostawiłby bezpańsko zdobyczy, więc czyj łup został porzucony? Sroki mają się na baczności – dostrzegając bezpańskiego kocurka drą się jak opętane i śledzą czujnie każdy ruch futrzaka. Dzieci tłumaczą rodzicom swoją wizję świata, trochę odbiegającą od życiowych doświadczeń dorosłych, bulwar odpoczywa po niedawnej nocnej imprezie kulturalnej – nawet próbowałem zapoznać się z tą współczesną, malowaną obrazem i dźwiękiem historią Miasta, jednak zniechęciłem się widząc setki pleców pomiędzy mną a obrazem, który do mnie przemawiał niewiele bardziej niż tło muzyczne – chór uzbrojony w wuwuzele i tańcząca zbieranina łódek wszelkiego rodzaju w harmidrze tłumu. Zdecydowanie mało współczesny jestem. Albo też kultura zbyt wysoka jak na moje aspiracje. Bez względu na skutki cieszy liczba odpowiednio wyrobionych smakoszy takiego przedsięwzięcia – miło będzie żyć pośród tubylców z duszami wygładzonymi roczną obróbką artystyczną.


  • RSS