Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 7.2016

Niebo skarży się Miastu i płacze z Rzeką, jakby chciało uzupełnić ubytki. A przecież Rzeka i tak wyniesie wszystko gdzieś dalej i wyleje te skargi do morza. Czyżbym dlatego lubił góry spłukane z brudu, a nie cierpiał morza, w którym wszystkie te łzy się gromadzą? Humor nie opuszcza mnie, choć na brwiach zbierają się wilgotne grona i cokolwiek łaskoczą, przesłaniając wzrok. Ludzie – żółwie pochowali się pod kolorowe skorupy parasoli, a kobiety skrywają swą urodę w skórzanych i ortalionowych kurtkach. Szczuplutka blondynka w okularach przechodząc obok mruknęła „nie”, a ja o nic nie prosiłem, nawet wzrokiem. No może tylko cieszył mnie fakt, że u niej bez zmian, więc spotkamy się o kolejnym poranku na przeciwnych kursach. Inna pani posłała mi uśmiech spod parasola – dziwny, bo z zaciśniętymi ustami – jeśli wystraszyłem ją brakiem własnej skorupy nad głową, to przepraszam. Później spotkałem jeden zadowolony policzek, dwie pary śmiejących się oczu, piękną dłoń stworzoną do całowania i bardzo pulchną panią, która wyglądałaby ślicznie, gdyby potrafiła śmiać się. Skrzywienie na twarzy odebrało jej całą urodę. I myśl spotkałem jedną nieuczesaną na widok pani w długiej, letniej sukience. Myśl, że w taki dzień chętnie skryłbym się w intymnym zaciszu wewnętrznej strony tej sukienki.

PS. Wczoraj siniaczek. Złożony z trzech okrągłych  łez ułożonych w piramidę trójkąta równobocznego.

Po nieznajomych poznałem, że wyprzedziłem dzisiaj czas. Starych, oswojonych ze wzrokiem jeszcze nie było, nowi, trochę zdziwieni moim wyraźnym dzisiaj uśmiechem, odchodzili do własnych światów. Pani na rowerze, była do tego stopnia zaskoczona bezinteresowną życzliwością uśmiechu, że odwzajemniła nawet – czyli udało mi się wyrwać ją z okowów codzienności. Moje zadowolenie śpiewałem drzewom, a skąd ono właśnie dziś? Przypomniałem sobie wczorajszy program, gdy Profesor Słowa, młody duchem, choć jego pesel odtrąbił już siedemdziesiątą rocznicę swojej obecności w tutejszym systemie zdrowotnym, z uśmiechem wzmocnionym gestykulacją, bez trwogi zgodził się na definicję słowa „odpicować”. Jeden z przypadkowych przechodniów biorący udział w tej ankiecie zaproponował taką – „wyleszczyć”, co spotkało się z radosną aprobatą. I jak tu być smutnym? Dzień cały będzie dzisiaj już świętem uśmiechu.

Pani z popielatą głową, niczym zadowolony sekundnik kreśliła na cyferblacie klombu monotonną pieśń stóp. Dęby i buki prezentowały ciemne ścieżki nocnych strumieni płynących  z nieba krajobrazem  górzystej kory. Gdyby zaczął mi doskwierać brak kolorów, wystarczy, że głowę schylę, żeby nacieszyć się paletą barw, która całemu klanowi Breughlów wystarczyłaby do twórczości. Nie znalazłem w sobie wystarczająco dużo energii, żeby pamiętać, odnoszę jednak wrażenie, że panie skrupulatnie pilnują, żeby wystrój paznokci ich stóp nie powtarzał się na innych nogach. Dłonie zaś, dla pewności pozbawiają monotonii kolorystycznej – być może testując lakiery koleżanek (chyba, że te lakiery kupuje się wraz z paznokciami???), albo w ten sposób oznaczają poszczególne paluszki (na pierścionek zaręczynowy przewidziany jest ten seledynowy gamoniu! Seledynowy, powiedziałam – nie turkusowy! – brrr.. koszmar faceta…)

Od początków pamięci, wychowuję się w najgorszej dzielnicy Miasta, w miejscu, gdzie obcy nie pojawiają się po zmroku, gdzie patrole policyjne są z definicji wzmocnionymi patrolami o podwyższonej gotowości bojowej, gdzie mieszka biedna duma, o stanie posiadania wystarczająco niskim, by milczeć na ten temat doskonale. Matki udają, że nie widzą, jak ich synowie już pod koniec szkoły podstawowej trafiają na „wyższe uczelnie życia” – szkoła handlowa, począwszy od drobnego handlu wymiennego w korytarzu, poprzez nocne dostawy towaru z cudzych samochodów parkujących po podwórzach, aż do zaawansowanego handlu prawami autorskimi nabytymi bez wiedzy autorów. Jeśli komuś nie odpowiada wykształcenie handlowe może zająć się sportem – KSW, na długo przed debiutem tego sportu na antenach TV, w lokalnych dyskotekach stało się treningiem przed zawodowym wejściem na ścieżkę rabunku z uszkodzeniem ciała. Otwarcie granic okazało się szansą na transfer zagraniczny dla zdolniejszych absolwentów – zapewne stąd właśnie niemieckie i francuskie media znają polskie talenty i ich niemal nieograniczoną pomysłowość w zwalczaniu osobistego braku dóbr materialnych. Dziewczątka tubylcze również pomijają nikomu tu niepotrzebny poziom szkoły średniej – zanim zdołają oswoić się ze słowem „bierzmowanie” zdążą gruntownie poznać słowo” sponsoring”, na czym nie kończy się znajomość języków obcych, a wręcz jest wstępem do wytrwałej nauki francuskiego – lekcje odbywają się głównie wieczorowo, a prowadzone są zazwyczaj w indywidualnym toku nauczania. Co trzeźwiejsze matki udają, że nie widzą, jak stan posiadania pociech rośnie zdecydowanie szybciej niż ich własny i że jest on proporcjonalny do czasu spędzanego poza domem. Język ulicy równie barwny jak tubylcy preferuje słowa skrupulatnie omijane przez słowniki poprawnej polszczyzny, a te z kolei, jeśli składają się z czterech lub więcej sylab traktowane są podejrzliwie , jako nieznana bliżej obelga.

Miejska mapa nazywa te okolice Przedmieściem Oławskim, choć w Mieście wszyscy posługują się bardziej poetycką nazwą – Trójkąt Bermudzki. Parę zaledwie kwartałów ulic noszących jeszcze ślady ostatniej wojny światowej, skansen, w którym bez charakteryzacji można z marszu kręcić filmy wojenne, ma swoje dno. Są nim oficyny i podwórka pozornie ślepe. Jeśli ma się czas i ochotę bardziej skrupulatnie przyjrzeć się hałdom śmierdzących śmieci można odnaleźć pomiędzy nimi szlaki wydeptane przez zakamarki i bramy przechodnie, w których zaginęło wiele śledztw o rozmaitej wadze prawnej. Na afiszach odrapanych murów ze zmurszałej cegły można się zapoznać z lokalnymi ogłoszeniami np.: „w tej krainie obcy ginie” , „Bóg wybacza – Trójkąt nigdy”, można poznać preferencje seksualne miejscowego narybku i markę poważanego klubu piłkarskiego. Do knajp wchodzi się na koszt i ryzyko własne, chyba że się jest tubylcem – wtedy można liczyć nawet na bezpłatny, upojny transport zwłok pod własne drzwi i to bez konieczności sprawdzania meldunku. Powinienem powiedzieć raczej o braku możliwości sprawdzenia, gdyż wpływ dużych dawek etanolu na organizmy żywe wyklucza tę ewentualność i na długie godziny pozostawia osobników analfabetami – zarówno w mowie, jak i piśmie. Każde miasto ma taką dzielnicę, nieszczęściem tego jest fakt, że leży ono nieomal dotykając głównego dworca kolejowego o niewątpliwych zaletach architektonicznych i ścisłego centrum – nawet pod zbawiennym wpływem płynów sfermentowanych można trafić do Rynku poniżej pół godziny – cóż meandry kosztują trochę czasu i energii, jednak „godziwe” towarzystwo zapewnia moc atrakcji już w drodze – bezbronne okna wystawowe, nieszczęśliwi przechodnie, wszechobecne sklepy monopolowe… Jeden z prezydentów miłościwie panujący przez dwie kadencje podjął wyzwanie oczyszczenia tych augiaszowych stajni z siedemdziesięciu lat pielęgnowania historii wprost w miejscu jej znalezienia się i nieustającej dbałości każdoczasowych lokatorów, żeby historia wytwarzała się co dzień. Zajęło mu to całość mandatu i odszedł do większej polityki, porzucając dzieło beznadziejne, lecz skwapliwie powielane przez następcę.

Wcześniej, nim jeszcze sprezentowany nam w powojennej gorączce socjalizm zdążył pożegnać się z okolicą, zafundował nam, jak też całemu krajowi stan wojenny, przez co na chwilę przybyło zwiedzających – co prawda umundurowanych, ale obcych, że bardziej nie można. Importowane oddziały ZOMO (dla nieświadomych – to taka współczesna policja, która wymieniła rozum na pałki z gumy wypełnionej ołowianymi kulkami, a ich rozmiar świadczył, że musieli sporo tych szarych komórek poświęcić) namiętnie spacerowały poznając uliczny bruk, zanim ktoś go zerwał w gniewie, by rzucić nim właśnie w ich stronę. Jeden – trzeba przyznać, że wybitna jednostka, która widać mniej wydała na uzbrojenie, w ramach prewencyjnej kontroli dokumentów wygłosił mowę krótką, lecz trudną do zapomnienia:

- wam, tu mieszkającym, powinno się odciski palców pobierać przy urodzeniu, bo wcześniej, czy później przydadzą się…

Być może wniósł nieco świeżego powietrza w moje postrzeganie świata i skłonił do weryfikacji, czy poza dzielnicą istnieje życie. Chociaż nie miałem większych kłopotów ze zmianą lokalizacji popołudni i wieczorów – już choćby dlatego, że bez trwogi po zmroku wracać mogłem na oswojony grunt. Bo w duszach tubylców wytatuowano swoiste poczucie godności i zasady, gdzie indziej nieobecne – tu swojakiem jest się dożywotnio, a żona kolegi jest święta i nietykalna. Tak więc zakurzone, dymiące głowy, zerkające resztkami świadomości, kto zmierza w ich stronę przykrywały moją obecność całunem niewidzialności i szukały innych celów zarobkowo-rozrywkowych. Problemem nie była również odległość – gdyby Ratusz potraktować jak środek symetrii, matematyczne przekształcenie wyniosłoby mnie właśnie tam.

 Przeniosłem się. Wyprowadziłem ciało i duszę poza, zostawiając materialną nieistotność tam, gdzie spałem. Blokowisku daleko było do dzielnicy willowej o zindywidualizowanej zabudowie Sępolna– tu można było poczuć się jak brojler w piętrowej klatce. Brak umiejętności czytania liczb doprowadziłby do rozpaczy ignoranta – wszystko pod sznurek – identyczne do tego stopnia, ze krążyły żarty o spaniu w cudzych łóżkach, dopiero, kiedy kobieta budziła się z krzykiem chłop poznawał, że wszedł do cudzego.

Trochę rozpaczliwie, trochę bezwiednie pozwoliłem prowadzić się w odmęty nieznanego mi wcześniej świata innych wartości, innych słów i czynów. Tu, pośród monokultury architektonicznej rodziły się pomysły sterowane jedną myślą zdefiniowaną głośno przez starszego pana, którego widywałem z pięć razy do roku – „dostałem od ojca rower, żebym mógł dzieciom dać samochód, aby one z kolei dały swoim samolot”. Rodząca się gospodarka rynkowa, nastoletnia przedsiębiorczość, ta prawdziwa, omijająca kodeks karny z daleka, gnała ludzi do działania. Pierwsze amerykańskie seriale oglądane w czarno-białych jeszcze telewizorach dostarczały dziewczętom pomysłów na światową modę szytą pracowicie po nocach na radzieckich maszynach do szycia, z materiałów wyżebranych z pustych półek sklepowych. Chłopaków, jeszcze przed maturą gnało tam, gdzie truskawki dojrzewały dwa tygodnie wcześniej, żeby po nocnej trasie od świtu sprzedawać je z krawężnika zatłoczonego chodnika, albo do Berlina – po odtwarzacze wideo i tym podobną elektronikę nieobecną tutaj. Za pożyczone od rodziny i znajomych pieniądze, obracane do przekrwienia oczu i permanentnego niedospania powstawał kapitał rozwojowy na mnożenie. Wycieczki małoturystyczne – po skórzane kurtki do Turcji, bawełnę do Chin, słodycze z Austrii…. Kult mamony, wizyty w Pewexie, stoły zastawione niewidzianymi mi wcześniej potrawami i trunkami… Świat zdawał się brzęczeć monetą, a wszystko, co nią nie było stawało się towarem, który po wymianie miał brzęczeć. W niskich betonowych pudełkach, ustawionych jedno na drugim, gdzie powietrza było zbyt mało na głęboki wdech, trwały niekończące się gawędy, przy wciąż bogatszym stole. Boję się, że w każdym. Ciągnięty za uszy, żebym nabrał ogłady towarzyskiej, nauczył się tej nowomowy, sposobu myślenia i działania, spędzałem dni przy wielu stołach i knajpach na które nie było mnie stać, jak ubogi krewny, jak zwierciadło, w którym przeglądało się towarzystwo, szukając potwierdzenia własnej wartości. Nauczyłem się bycia niewidzialnym, częściowo zaadaptowałem zachowania i wygląd, żeby nie kłuć w oczy, wtopić się w towarzystwo. Śledziłem wzrokiem milczącym rozwój zdarzeń. Dorastanie, intrygi, bezkrwawe walki kogucie na stroje, wystawność imprez, możliwości ekonomiczne… Oczy rosły ze zdumienia, a zdumienie rosło w oczach.

Tak. Byłem zabawką. Kaprysem, żartem niewybrednym, którego nie zrozumiałem w porę i pierwszym w życiu uczuciem gnany, ślepo wkroczyłem w obcy świat. Żeby tam odnaleźć cień uczucia, trzeba było poczekać, aż towarzystwo skurczy się do dwóch par oczu, albo kolorowe alkohole zgaszą pożar gorączki finansowej. Nie zdarzało się często, żeby to zaściankowe Wall Street zamykano na dłużej. W kameralnym gronie, gdy udało mi się dojść do głosu i opowiedzieć coś, co się zdarzyło, coś, czego nie dało się przeliczyć w żadnej walucie, coś, z innego świata miałem swoją satysfakcję, widząc, że nie tylko moje oczy potrafią zmienić się w bezkresne zdumienie. Krajobraz gór otulonych śniegiem, podróż za jeden uśmiech, w zniszczonych welurach i wiecznie brudnych dżinsach, z plecakiem i gitarą… Widziałem wtedy w tych oczach tę samą tęsknotę nie-do-spełnienia, jaką opisuje „Kuter” Łysiaka. Sen pod sklepieniem jaskini, gdy wokół dwudziestopięciostopniowy mróz, zasnuwał mgłą oczy słuchacza, jednak na krótką ripostę – możemy tam pojechać choćby jutro –okazywało się, że jego kalendarz nie mieścił żadnego terminu, w którym można byłoby to zrealizować. To chyba wtedy nauczyłem się, że słowo „chcę” i „chciałbym” znaczą coś zupełnie innego. A kiedy do zrozumienia dołączył finał kaprysu, kiedy przegrałem z zaplanowanym dostatkiem i stabilizacją, kiedy stanąłem pod niebem gwiazd – sam na sam z nieskończonością i zawyłem do księżyca pieśń, którą trzeba zawyć, żeby nie zwariować – wróciłem. Wróciłem sam, bez większego żalu porzucając pudełkowy monolit brzęczący cicho gdy marzenia obijały się o ściany.

Uczciwość nie pozwala mi jednak pozostawić tego demonicznego obrazu bez słowa otuchy. Wiem, ze nawet dzisiaj ten świat przyjąłby mnie ciepło, że w razie dramatu życiowego, chwili, gdy chciałbym wypłakać się do przeszłości – znalazłbym miejsce, gdzie przy kubku kawy, lampce wina dojrzałego i poczęstunku mógłbym zacumować na kolejną chwilę.

 Jak łatwo mówić „wróciłem”. Gdzie? Dokąd? Przecież tu nie byłem już u siebie, duszę i żołądek miałem poplamione innym światem, towarzystwo radziło sobie doskonale beze mnie – część korzystała z gościnności zakładów karnych, część wyniosła się, gdy przetarłem szlak, część dorosła, lub zdegenerowała się do stopnia uniemożliwiającego komunikację na poziomie mnie satysfakcjonującym. Do dzisiaj nie jestem u siebie – dwa światy, skrajnie różne, reprezentujące odmienne systemy wartości, lub ich braku, nauczyły mnie milczeć – o każdej porze i na każdy temat. Kiedy więc spotkam kogoś, z kim milczenie ma sens, czas zatrzymuje się dla mnie, niczym w przewróconej na bok klepsydrze. I trwam pomiędzy dwoma już obcymi mi światami, każdemu dziękując za wartości, jakimi mnie zaszczepił, bez żalu i wypominania. Zbyt krótko dane mi chodzić po ziemi, żebym marnował czas na niespełnione. Tańczę na ostrzu, jak baletnica na linie, delikatnie, czubkami palców dotykając ostrej krawędzi, udając, że oceany po obu stronach nie istnieją. Uśmiecham się trochę smutno, trochę zawstydzony, że nie dałem rady, że nie potrafię zaaklimatyzować się nigdzie wystarczająco, żebym mógł powiedzieć do głębi szczerze – jestem u siebie, na swoich śmieciach a groby przodków mam tuż obok, by i na moje z czasem memento przybył ostatni ślad istnienia. Człowiek pogranicza, kameleon żyjący w dwóch światach, w obu swój i w obu obcy. Siadam w ogródku kawiarnianym przed kuflem piwa, zaglądam przez ciała w dusze nieznajomych osób, szukam, lecz czego? Kogo? Dlaczego?? Piję do lustra. Bo ono wolne jest od krytyki, od wygłaszania opinii i negacji. Może zbyt zimne i radykalne, może niezbyt rozmowne i mało oryginalne, ale pozwala milczeć bez skargi na każdy temat. Po prostu jest. Wierzę, że przyjdzie taki dzień, kiedy obraz odbity pokaże coś więcej niż milczącego samotnie bezdomnego tubylca. Lecz co będzie zawierać ten obraz? Kogo? Dlaczego? Wystarczy się otworzyć i patrzeć ciekawym wzrokiem, co też dzień nowy przyniesie.

Po wczorajszym skwarze, spłukanym mocnym deszczem, wiatr rozsiewa aromat wilgoci. Zdecydowanie był to kąpielowy deszcz – ciepły, gęsty i gruby. I potrafiłby dotrzeć we wszystkie zakamarki ciała – nawet te, schowane bardzo głęboko. Stara grusza, do której zdążyli przyzwyczaić się nawet najstarsi tubylcy, ta, która jeszcze w zeszłym roku dzieliła się niedojrzałymi owocami z niecierpliwą młodzieżą, w tym roku ostatecznie poddała się i drapie niebo pustymi gałęziami z łuszczącą się skórą, odsłaniając swe bielejące kości. W autobusie pani z zamkniętymi oczami marzy, bo przecież nie śpi – pilnuje, żeby jej marzenia nie wydostały się z klatki niebieskiego spojrzenia i zostały tylko jej i dla niej. Dłonie ma białe i tak delikatne, jakby nie były jeszcze używane – nawet biżuterii nie ma żadnej, żeby nie pokalały ich swym metalowym uściskiem. Druga, wzrokiem krótkowidza pozbawionego okularów omiata otoczenie, lecz, czy cokolwiek do niej dociera – nie wiem. Takim wzrokiem można czekać. Czekać na tego, który być może nie pojawi się nigdy w życiu, ale gdyby…

W rzadkiej trawie, pod cisowym rajem, garść porzuconych orzechów włoskich ukrywa się przed czarno-wronim wzrokiem. Leżą w chaosie zapomnienia, żeby przyszłą wiosną być może wydać plon z nasienia, które w złączonych dłoniach dziewczę mogło podawać chłopcu, by ten nimi wzgardził bezdusznie. Wolę nie myśleć, że w dłoniach oprócz orzechów mogła trzymać też własną duszę, gdy rosyjski romantyzm mnie dopadł. Na zdziczałych jabłonkach rumienią się kusząco młode owoce, abym uległ pokusie. Dyskretnie rozglądam się za Ewą, żeby to ona na otwartej dłoni owoc mi podała, jednak tylko szpak z gęstwiny gwiżdże wyzywająco. Mijam kobietę w białej sukience tak nieskazitelnej, jakby do pierwszej komunii szła, lecz jeśli Ewą jest, to widać miała ważniejsze sprawy niż kuszenie Adama – chyba rozmawiała właśnie z bogiem, który wracał z zakupów w warzywniaku i wyglądał na ciepłą emerytkę w otoczeniu dojrzewającego lata. Może ów bóg niósł wnukom czereśnie na deser, albo wiśnie do ciasta z kruszonką… Nieważne – dobrze mieć w domu prywatnego boga częstującego owocami, które bez grzechu można skonsumować.

Czapla, niczym transatlantyk pomiędzy żaglową flotyllą jaskółek „wypłynęła na suchego przestwór oceanu”, a ja zaraz po niej „zanurzyłem się w zieloność”. Zerknąłem w okno krótkowłosej blondynki – nie – dzisiaj nie korzysta ze słońca, w celu uzupełnienia urody makijażem. Pan – rak – czyściciel, który mimo poranka, zdążył już uzbierać dwa wory puszek po piwie usiadł na ławce, wyjął słodką bułkę w foliowym woreczku i spokojnie posilał się – więc chyba nie bezdomny, bo słodka bułka jest dla ubogiego fanaberią. Uśmiecham się, choć na ogół irytują mnie kolarze chodnikowi, jednak dzisiaj uroda tego rozciągniętego w czasie i przestrzeni peletonu pokonała moją niechęć. Wspominam twarz widzianą w przelocie – nie była specjalnie atrakcyjna, a przecież przyciągała wzrok. Dopiero, kiedy zerknąłem niżej, na pobudzony do życia brzuszek zrozumiałem, że to podwójne życie emanowało siłą i radością, która niczym aureola świeciła do mnie niewidzialnym blaskiem. Wróciło też do mnie na chwilkę inne, bardzo pożądane przeze mnie uczucie, że potrafię myśleć zdaniami. Na razie nikt mnie nie uświadomił, czy ta umiejętność jest do czegokolwiek potrzebna, ale czuję się z nią bardziej spełniony. Wymyśliłem, że nagość jest szczera do krwi. Kiedy człowiek ukrywa się za krawatem, sukienką, marynarką, czy dresem, zaczyna grać role w kostiumowym filmie, co czasami wychodzi bardzo zabawnie, jeśli aktor nie jest urodzonym szarlatanem słów. Gesty przeczą słowom, myśli – czynom. Obnażony staje się bezbronnym kloszardem stojącym sam na sam z własną osobowością, a wtedy kłamać jest już sztuką z pogranicza sztuk cyrkowej iluzji. Niech lustrem stanie się firmament sierpniowy, morze traw, wiatr pieszczący sosny, samotność modlącej się nocy, nieposkromiona rzeka, cokolwiek, co nie jest odziane w szlafrok cywilizacji – szczerość intymności otwiera oczy na drogę w przyszłość.

Młoda dziewuszka, korzystając z postoju na czerwonym świetle, oburącz i z dużą energią podciąga spodnie, jakby chciała wymodelować wyrazistość przedziałka pomiędzy pośladkami. Trochę żałuję, że w dżinsach, co odbiera radość widzenia i nie pozwala na sprawdzenie efektów owej działalności. Czwórka pisklaków w kaskach podąża rowerami za ładnie dojrzałą kobietą, która matkuje chyba tylko jednemu spośród narybku, a dzisiaj ma po prostu dyżur w dobrosąsiedzkim domowym przedszkolu. I tak ślicznie wygląda otoczona kolorową ciekawością. Mijam dziewczątka już naznaczone urodą i smutno mi się robi na myśl, jak szybko życie nauczy je mówić „nie”. Siadam w najmniej cywilizowanej części parku, gdzie bluszcze wspinają się kilkanaście metrów nad ziemię na każde drzewo, które tam nierozsądnie wyrosło. Poprzez zieloność, niczym dzwon mgielny dochodzą odgłosy z wieży kościelnej, że dzień już wstał i na ludzi również pora. W Mieście pojawił się nowy bóg. Nie grzeszy skromnością, bo własną obecność zaznaczył na wielkim billboardzie: „tu powstaje przestrzeń”. Z ciekawością zerkam na akt tworzenia – cud zapowiedziany i zlokalizowany, to nieczęsto się zdarza. A tu jeszcze niebagatelna sprawa – Miasto się powiększy, dostanie oddech rozwojowy – może dodatkowe hektary parku? – proszę! – tylko nie następne blokowisko… dla parku uklęknę nawet Nienazwany.

Pani z popielatą głową przebiega obok, mijając strącone wiatrem i deszczem gałęzie. Uśmiecham się, ponownie, gdy drogę przebiega mi kos. Siadam na nie do końca suchej ławce, żeby zdjąć kaganiec logiki i podryfować myślami gdziekolwiek poza. Niebezpieczne to zajęcie doprowadza mnie w końcu do myśli, że skoro ciało ludzkie jest tak doskonale wymyślone, że gmeranie w nim jest wyrazem totalnej ignorancji, to chyba świat również jest tak samo dobrze poukładany. Nieprzemakalne, zabezpieczone wymyślnie przed zewnętrznymi zagrożeniami i czuwające nad samym sobą ciało daje wyraźne sygnały przed każdym naruszeniem jego stanu roboczego – wystarcza mała dziurka w zębie, żeby język podniósł alarm, zanim ból to zrobi, wystarcza skaleczyć się w malutki palec u ręki, czy nogi, żeby dostać odpowiedź, jak niezbędnym jest do funkcjonowania. Szkoda czasu na dywagacje – tak jest i basta! Doskonałość należy podziwiać, a nie wydziwiać. Głupio się przyznać, ale na takie bezdroża wyprowadziło mnie skądinąd niewinne pytanie – „Po co są komary?” – przysłowie mówi o dwóch końcach kija – włączam procesy próbujące znaleźć przyczyny i skutki, żeby tego kija jakoś więcej było. Z jednej strony wydłużam wątek o nietoperze – że niby im się przydaje świeża pasza i już się boję pytania: „po co są nietoperze?” Z drugiej strony kija komary są do roznoszenia chorób – po co? – żeby ograniczyć populację – po co? – żeby ziemia mogła wyżywić resztę, a słabych wytłuc… Nieludzkie? Być może, ale natura nie ma sumienia w takiej postaci, jak ja i śpi spokojnie, bez nocnych koszmarów. Jeden koniec kija już zakotwiczony w gruncie i rośnie sobie spokojnie – on tak – ja nie – co z tymi nietoperzami? Po co one są w ogóle – przecież nadmiar komarów może tępić choćby słońce… Machnąłem ręką—przecież drugiego końca to i drzewo nie ma – ciągle przyrasta, a zbędne odrzuca na ścieżkę w parku, żebym mógł nad suchym badylem podumać. Idę dalej, żeby mogła mnie minąć rowerowa pani pachnąca cytryną, żeby popatrzeć jak brodaty wiking w samochodzie wywala jęzor lepiej niż robił to wilczur sąsiada. Wytężam słuch, żeby usłyszeć monolog pani za kierownicą, ale niestety/na szczęście organ nie odbiera sygnału dźwiękowego. Grunt, żeby nie przestać marzyć, co wielu ludziom chyba udało się osiągnąć w codzienności z przyczyn dowolnych.

Nie mój poranek szumi mi – dookoła wiatr gnący drzewa na pochmurnym niebie. Pogoda pokazuje wszystkie możliwe oblicza bez ładu i składu, za to jest szybkozmienna, żeby nie wpadać w rutynę. Czeremchy i jeżyny obsypane owocami, platanom rosną twarde, zielone pompony na czubkach gałęzi i już czekają na zimową czapę, z mirabelek wysypuje się nadmiar drobnicy, żeby za parę dni nieść z wysokości płyt chodnikowych zapach młodego wina. A ja wciąż we wczorajszym zachwycie, gdy w lokalnej TV usłyszałem, jak mój ulubiony Profesor (którego mogę spotkać gdzieś między Rzeką, a Rynkiem praktycznie co dzień) przeprasza publicznie młodą panią za „frywolność onomastyczną”. Hosanna! – więcej takich ludzi w Mieście mi trzeba, żebym w tym zachwycie trwał po kres dni (zapewne zginąłbym gdzieś w centrum z głową rozbitą na stylizowanej na bardzo starą latarni). Ponieważ jednak jest to egzemplarz, jaki rodzi się raz na wieki, zadowolić się muszę wysłuchaniem wniosku Profesora o wpis do słownika deklaracji poprawności dla wyrażenia „piję z gwinta”, choć dopełniacz słowa wciąż jeszcze twierdzi, że gwintu. Zupełnie bez złośliwości powiem, że w przelocie, na marginesie programu (czego Profesor chyba nie zauważył) zdążył wyjaśnić pochodzenie słowa niedźwiedź, jako jedzącego miód, co bardzo odpowiadałoby Puchatkowi, jednak p. Miodka powinno zaniepokoić i zniechęcić do wycieczek zarówno w Tatry, jak i Bieszczady. Co się dzieje? Wczoraj pomnik profesorów lwowskich, dzisiaj żywy spadkobierca niosący wiedzę w lud prymitywny. Tęsknota do wiedzy się we mnie odzywa? Niebezpiecznie – przynajmniej po wczorajszej konkluzji…

Między konarami dębu ścigają się cichutko dwa wróble, a ja tak bardzo chciałem, żeby to były duże, bordowe motyle, że w końcu przyleciały. Pan na ławce, na której chyba noc spędził, przywitał mnie dobrym słowem i ogłosił, że słońce świeci, więc się uśmiechnąłem – do niego i własnych myśli. Mocno opalona blondynka z porannym papierosem w oknie sprawdza, jaką garderobą Miasto oszołomić dzisiaj, w innym młody wilczur uśmiecha się na całą szerokość okna z jęzorem wiszącym swobodnie. Artysta od obrazów pakuje samochód do pracy – ale nie tej twórczej, tylko zarobkowej – chyba remonty robi po dniach całych, żeby nocą tworzyć. Widziałem nawet. Maluje Miasto. To, którego już nie ma. Albo jeszcze. I właśnie u niego widziałem grafikę (bo dla mnie była to galeria jednego obrazu), którą gotów byłem kupić od ręki, żeby mieć przed oczami, gdy najdzie mnie na pisanie. Dlaczego pośród obrazów widziałem jeden tylko, choć wieczór zakrapiany intensywnie? Czarną kreską, oszczędnie do minimalizmu namalowana była postać kobiety Może, to była nieznajoma pani z papierosem (bo blond włosy zobaczyłem nawet w monochromatycznym rysunku), może kobieta ZZ – nie wiem – jeszcze nie dorobiłem ideologii do widzenia. Ale noszę je w pamięci już pół roku, jeśli nie lepiej. Na młodej łydce siniaczek w kształcie łodzi podwodnej w zanurzeniu awaryjnym, bo przecież zeppeliny nie nurkują. Wyszła owa pani z kulejącym pieskiem, który dzisiaj nagi – gdzie podziała się czerwona bandana? Wcześnie. Tak wcześnie, że pierwsze gondole uczelniane jeszcze śpią. Ale nie śpią poranni smakosze piwa i ich wulgarność odbiera mi część radości ze spaceru. A biały pan dopiero w połowie lektury. W cisowym raju schną pieczarki, wróble przestają się mnie bać, trawa rośnie bezszelestnie, w nozdrzach słodki, sztuczny zapach kobiety ukrywającej prywatny aromat pod mgiełką perfum. Po raz nie wiem który dumam nad pomnikiem pomordowanych przez dzieci rewolucji inteligentów. Może dlatego, że wczoraj wybrukowano przed nim chodnik kwiatami, choć to nie święto niepodległości sprawiło – nie ten kraj. Kwiaty zasłoniły napis „nasz los przestrogą” – zdumienie odbiera mi zdolność myślenia i patrzenia. O co chodzi? Ostrzeżenie, że wiedza stanowi śmiertelne zagrożenie? Może tylko dzielenie się nią jest takie toksyczne. Na wszelki wypadek rad postaram się nikomu nie udzielać. Nawet za wypielęgnowany trawniczek systematycznie zraszany, monument z granitu i kwiaty raz-dwa razy do roku. Ubrudzony po same uszy biały pies z czeskiej kreskówki patrzy na mnie z nadzieją, że przetłumaczę jego myśli właścicielce zwracającej większą uwagę na rozmowę z koleżanką od psich spacerów niż na niego. Jednak o psich myślach wiem równie dużo, jak i o tematach poruszanych przez kobiety w trakcie porannego spaceru. Uśmiecham się do pani niosącej pod pachą kije spacerowe – więc można bez tego bagażu przemieszczać się. Spakować do torby śniadanie na drogę, trochę drobnych na niespodzianą okazję, może kamyk zielony, duszę i zarzucić wszystko na ramię, żeby w Miasto pójść i usiąść gdzieś, gdzie słońce flirtuje z drżącym liściem, a wiatr próbuje zatrzymać nurt Rzeki.


  • RSS