Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 8.2016

Młody wilczur z bardzo wesołym usposobieniem, spacerowo wyciąga sąsiadkę po kres odporności jej stawów. Choć już pod siodło wyrósł i sił przybywa, nieustannie śmiejącym się jęzorem próbuje całego świata, bez poszanowania cudzej własności, a nawet ego. Staruszka zmęczona życiem, złożyła w cieniu pełne torby i usiadła na schodach, wietrząc seledynową bieliznę, w skąpych powiewach wiatru. Gołąb zrywa z rokitnika pomarańczowe owoce, a widząc mnie sfruwa i próbuje dotrzymać mi kroku. Sternik barki, ze wzrokiem utkwionym w horyzont, tnie wstęgę Rzeki pod prąd, a fale wypychają kaczki na brzeg, jak morską pianę i śmieci. Kolarze skrócili sukienki do granic odwagi, a tej im nie brakuje. Młode piersi nieskrępowane stanikiem nabrzmiały i przez bluzkę rysują okolicę miękkim wektorem, znaczącym poranny szlak do innej codzienności. Być może pachną jeszcze nocą, której autorem był nieznany sprawca. Swobodnie rzucane w przestrzeń męsko-młode przekleństwa, pomiędzy słowami samouwielbienia, dryfują zwilżone wczesnym piwem wprost z butelek. Mijam panią próbującą pokazać światu wszystkie kolorowe rysunki jakimi się ozdobiła, lecz by to w pełni osiągnąć, musiałaby porzucić wszelkie tekstylia i niczym Afrodyta na postumencie otwartej muszli stanąć w niezakłopotaniu. Uszy skaleczone sygnałem transportu krwi przywracają mnie do rzeczywistości – dostrzegam leżące żołędzie, które śpiewają już jesienną kołysankę, z nadzieją na reinkarnację pozimową i zdeptane na chodnikowych płytach winne śliwki wabiące owady spragnione słodyczy. Albo upojenia…

Gołębi Matuzalem, z wysokości śmietnika popatrzył na mnie wzrokiem niemal doskonale obojętnym, gdy przechodziłem pomimo i to z pustymi rękami. Nie liczył na nic, ani ode mnie, ani od życia, wiedząc, że i tak sobie poradzi. Stado kaczek podniosło alarm – w wodzie znalazły się ze cztery bochenki chleba zbyt czerstwego dla ludzi, a wystarczająco dobre, by w nurcie mokły, z dedykacją dla kaczek i ryb. Te pierwsze wielkim stadem zgromadziły się wokół i zbiorowym krzykiem narzekały, że nie pokrojony – ryby milczały jak zwykle… Ja również, bez słowa, zanim termometr się zagotuje, przemierzam znane pamięci okolice, odświeżając wspomnienia innej-tu obecności. Po strupach elewacji, po dumnym nowym świecącym na odległość, po kocich łbach krzywo już rosnących na zapomnianych trotuarach pasę się wczorajszym obrazem, którego nie ma.

Zapewne minąłby bez echa pamięci wczorajszy czarny budda, gdyby tylko o poranku medytował na parkowej ławce. Choć świt blady i wilgoć snuła się pomiędzy bukami on niewzruszenie siedział z dostojnym brzuszkiem, pozbawiony emocji, ubrany w czarną kurtkę z kapturem. Sądząc po wielkości brody, siedział już długo, ale chyba nie tu, bo dzień wcześniej go nie widziałem. Wracając do domu po standardowym dniu zastałem go w tej samej pozie, lecz już bez kurtki. Obrzucił mnie zdziwionym spojrzeniem, że tak się kręcę w te i nazad, bo przecież czym dla buddy jeden krótki dzień? Mgnienie oka, pojedyncze drgnięcie skrzydeł komara, nieistotność czasu w oceanie wielkich myśli i problemów do rozwiązania. Patrząc na niego pomyślałem sobie, jak bardzo pochopny jestem, jak mi się do życia spieszy, jak gnam przed siebie bezmyślnie, nawet wtedy, gdy noga za nogą zwiedzam Miasto bez celu. On w tym czasie zdążył tylko kurtkę zdjąć z grzbietu, co i tak wydaje się wyczynem sprinterskim dla takiego umysłu.

Grzeją się bruki schłodzone nocą, a słońce w oczach sugeruje, że nie zabłądziłem, że w dobrą stronę idę, by wracając znowu napełniać oczyska słońcem do łez i utraty widzenia. Bo takimi właśnie ścieżkami prowadzą mnie codzienności po Mieście. Codzienności mające związek. Nie z życiem, bo to kłamstwo. Raczej z baldachimem cywilizacji. Z całą masą zachowań bez związku z fizjologią, a dyktowane abstrakcyjnymi obowiązkami współczesności. Nad tą samą Rzeką, tysiąc lat temu JA chodziłbym brzegiem ryby łowiąc, albo zbierając opał na zimę, by przy ogniu zimowym kobieta ze zdobycznego futra szyła kalosze. I dreptałbym tędy, też zerkając na odsłonięte słońcem uda podziwiając plamy siniejących nieszczęść na delikatnej skórze (końcem lata kobiety stały się ostrożniejsze – choć mnogość ciał, to widzeń brak). Gdybanie. Tak jakbym miał wpływ, albo wybór. Nawet współcześni cyganie też już nie żyją według standardów sprzed stu lat. Teraz to ja jestem cygańskim dzieckiem, niszczącym kolejną parę obuwia w celach niematerialnych. By widzieć. Czuć. Zdziwieniem napełnić szare komórki i prześwietlić się wiatrem. Do drżenia podskórnego i nasiąknięcia wilgocią. Z wiatrem Dylana gdzieś głęboko schowanym i śpiewającym tęskne melodie.

Największa igła w Mieście przewróciła się, żeby ją naostrzyć, żeby znowu mogła ciąć chmury na mniejsze. Głodne, blaszane kubełki cierpliwie wsłuchują się w niemą rozmowę przedmiotów. Dorosła, spocona butelka po wódce leżąc pod żywopłotem skarży się porannym kacem: „jaka jestem zakręcona i pusta”, obok butelka po piwie wtóruje jej; „jestem próżna”, kartonik leżący obok drzewa mówi: „wyssałeś ze mnie wszystkie soki”, bilet do galerii jednego obrazu, niczym dziwka reklamuje swoje usługi: „patrz, jaki piękny jestem, ale wpuszczę cię gdy zapłacisz”, niedopałek z wyrzutem zauważa: „spłonąłem dla ciebie, z tobą, a ty mnie porzuciłeś, zdeptałeś i odszedłeś obojętnie, choć jeszcze chwilkę temu otulałem cię ciepłą chmurką zadumy”, na ławce rozsiadła się półlitrowa puszka, z wczorajszym sykiem i autoironią zauważa: „w wielkim czołgu mały człowiek siedzi – ja też pod zbroją niewielką mam zawartość”. A ja? Idę jak zwykle szukając cudów codzienności. Jutrzejsze studentki uczelni technicznej poszukują wrót przyszłości. Nie kurzyło im się z głów, ale spódniczka jednej z nich założona była na lewą stronę. No chyba, że miała zamek od zewnętrznej strony wszyty. Na wielkim billboardzie reklamuje się festiwal muzyczny. Nie wiem dlaczego czekoladowymi serduszkami, które bardziej przypominają opalone, głębokie dekolty niż ziarna palonej kawy. Cóż – każdy ma skojarzenia godne własnej zawartości. Mijam panie w bluzeczkach zbyt krótkich, żeby okryły nerki i takie, których kurtki są podobnej długości. Dopiero pani na rowerze wdzięcznie kręcąca kuperkiem uświadamia mi, że te stroje nie są po to by okryć, ale, żeby uwypuklić, zareklamować i pochwalić się tym, co pod nimi. Odnoszę wrażenie, że zostałem dostrzeżony, że damska część społeczności dostrzegła moją obecność i wykazała się cieniem zainteresowania. Łatwo jest zadawać pytania, trudniej odpowiedź znaleźć – czym mogłem je zainteresować bladym jeszcze, ale już w żółcieniach świcie?

Nie rozumiem, dlaczego głowa broni się przed oczywistością. Młodziutka pani z twarzą dziecka, ogarnięta jednym przelotnym spojrzeniem spodobała się podświadomości tak bardzo, że trzeba było to spojrzenie powielić już z udziałem świadomości. „Dziecko” – pomyślałem patrząc na zbliżającą się postać, gdy wzrok rozkodował wreszcie widok. Domniemane dziecko niosło w sobie cud życia, wyraźnie zaznaczający się w sylwetce. Więc owszem, dziecko, tylko adres troszkę nie ten. A chociaż zdefiniowałem już kobiecość osóbki, to nie przestaję myśleć „dziecko”. Kobieta-dziecko. Zakurzona wiewiórka przebiega ruchliwą, szeroką, dwupasmową jezdnię. Kolejne rudowłose stworzonko na chodniku ostatnimi czasy, a przecież drzew w Mieście nie ubyło. Nie tyle, żeby wiewiórki musiały schronienia w apartamentowcach szukać. Jeśli tak dotknęła je cywilizacja, to nie wiem, czy chcę jej takiej.

Synoptycy wróżą czas, w którym znów będę mógł oddać się polowaniom na siniaczki, gdy porankami już jesienna wilgoć w powietrzu otula ciało. Przycupnąłem na ławeczce, jak pensjonarka, na samym brzeżku, żeby nie łapać w spodnie zbyt wiele rosy zatopionej w drewnie siedziska, a myśli dryfowały swobodnie do czasu, gdy coś delikatnie szturchnęło mnie w łydkę – jakiś pies kosmaty uznał mnie za dobrą przystań, parking dla podróżujących, a może tylko próbował uzyskać daninę świąteczną dla trzewi. Myśl wróciła do rzeczywistości i w całkiem niezłym humorze. Na dodatek z pytaniem – poranne pieskie spacery często prowadzone są parkami, lub trójkami (psów, nie właścicieli) – czyżby pomoc dobrosąsiedzka? Dyżury? Rzekę kryje rzęsa – drobiazg zielony w masie zmieniającej jej wygląd, jasnożółte, wesoło wyglądające spódniczki spieszą do zajęć, a pani w wieku zwalniającym ją z myślenia, próbuje przejechać mnie rowerem – na szczęście dla mnie nieskutecznie, wczorajsza pustka nad Rzeką ocieplać się będzie styropianem po szóstą kondygnację, a może nawet wyżej. Czas się kurczy, w głowie galimatias, znak, że nowe nadciąga bezszelestnie.

Dlaczego akurat wczoraj uznałem, że koniecznym jest powrót tą drogą – nie wiem – może chciałem poczuć zmysłami woń i dźwięk świerkowych igieł schnących w alejce, a może zerwać owoc derenia, żeby się przekonać, czy nadal smakuje. Mało istotny powód spaceru zaowocował obrazami i kolejnymi nadinterpretacjami. Trzy młode kobiety (że młode wiem, bo jeszcze na temat męskiego egzemplarza potrafiły się pozytywnie wyrażać) odbywały sesję zdjęciową w parku. Jedna wystrojona i pod kapeluszem przyjmowała pozy kuszące, starając się utrzymać na twarzy uśmiech z nutą tajemniczości lub obietnicy, druga (asystentka fotografa) rozwinęła dziurę kosmiczną dla pochłonięcia nadmiaru słońca szkodliwego dla soczewek aparatu. A pani fotograf w głębokim przysiadzie i z wyciągniętym tułowiem usiłowała objąć obiektywem całą boskość obiektu. Jej odzież przy tym zabiegu zachowała się standardowo – bluzeczka w górę, a dżinsy w dół rozstąpiły się jak Morze Czerwone przed izraelitami odsłaniając przedziałek, o którym marynistycznie (choć z żeglarstwa docierają do mnie wyłącznie szanty) pomyślałem – Rów Mariański… Logika cierpi, bo gdzież takiemu globalnemu ekstremum do kałuży, jaką jest Morze Czerwone? A i natura nie była aż tak rozpasana, więc nadinterpretacja oczywista. Uśmiechnięty chodziłem wystarczająco długo, żeby pomyśleć o złośliwości własnej nietoksycznej. Wróciła do mnie. Albo obudziła się.

Zacnym Miasto być musi, skoro wita mnie zielono-niebieskimi brwiami i tabunem brodaczy – widać znowu coś przegapiłem. Tonę w myślach o jutrze, więc zapewne parę detali minęło mnie niepostrzeżenie. Na ławeczkach bulwaru rozsiadły się rozlazłe kałuże, wrony prowadzą pogawędkę w trakcie śniadania na trawie, dzika jabłoń rumieni się gęsto owocem. Świat zewnętrzny atakuje z każdej strony ciepło-żółtymi miotłami nawłoci – co ciekawe z tak wielu kierunków, jakby to mania prześladowcza była.

Niebem przemieszcza się poemat chmur, napęczniałych obrazami nie-do-opisania. Pani, u której kupuję nałogi, jak zwykle piękniejsza od lata, życzy mi dobrego dnia, inne oczy błyszczą nie dla mnie, cztery kolczyki w lewym uchu pozwalają utrzymać równowagę wobec jednego w prawym, ale wymaga to dodatku w postaci tatuowanego ornamentu kwiatowego na wierzchu prawej stopy pani, która farbuje włosy już po to, żeby ukryć, a nie, żeby wyeksponować. Wypielęgnowana dłoń przeprasza mnie za nieplanowaną zaczepkę, a przecież zgodziłbym się na nią bez uzasadnienia. Pan, dumny, że wstał po czwartym przysiadzie przy aktywnej kolaboracji z poręczą mostu, z zazdrością odpytuje biegnącą, ileż to dzisiaj kilometrów pokonało jej ciało nim dzień się na dobre zaczął, a gołębie skrzydłami zakłócają odpowiedź. Z niejakim roztargnieniem zauważam, że o poranku kobiety przestają pachnieć owocami, a coraz częściej pachną słodkimi, mlecznymi cukierkami. Ciekawe, czy wieczorne też zmieniły aromat z kwiatowych na inny?


  • RSS