Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 9.2016

Mija mnie pulchna policjantka, w stroju dalekim od służbowego uniformu i z rumieńcami tylko troszkę namalowanymi, a ja mijam siwowłosego pana, tak naładowanego negatywnymi emocjami, że zacząłem płytko oddychać. Później pani w adidasach, na sportowo, której wiek można było poznać tylko po tym, że na twarzy ujawniły się oznaki charakteru i wspomnienia z życiorysu. Wczorajsze powietrze mnie otacza, a noc zapomniała je schłodzić. Może zbyt niedyskretnie się rozglądałem i gruszkowy ciąg dalszy nie eskalował. Przyszłość czai się podstępnie, w mimikrę odziana. Oburącz staram się rozgarnąć zasłony, ale wciąż widzenia brak. Przydałaby się szamanka z talentem do kreowania przyszłości, albo chociaż sprzątaczka mgieł jutrzejszych. Niosę w sobie pamięć pięciu mostów codziennych i kilka życzeń świątecznych. Nie spieszę się chyba nigdzie – ani do jutra, ani do wczoraj, a lustro kawy matowe, wciąż płytsze i nie niesie w sobie obrazów.

Niedosyt jakiś z zielenią spacerową związany mnie dopadł. I przypomniałem sobie, że kiedy mijałem dąb rosnący na środku asfaltowej alei w parku, drugi, z którego gołębie wciąż na mnie żołędziowe polowanie urządzają (sezon na oko?) i ten trzeci zjadany żywcem przez kozioroga, parę dni temu otulił mnie zapach dojrzałej gruszki. Chociaż rozglądałem się bacznie – nigdzie ani śladu gatunku. Wczoraj się pojawił. Owoc, ledwie ugryziony, jeszcze nie znaleziony przez owady leżał na chodniku z nieregularnej, drobnej kostki wypełniając sobą ubytki. To już eskalacja – ciekawe, czym dzisiaj mnie zaskoczy. Bo przecież stadami dzieją się zdarzenia i ciągi dalsze być muszą, choć logika spać idzie, żeby się wreszcie spełniło, jako że racjonalnego wytłumaczenia chyba nie ma, dla zdarzeń seryjnie dyskretnych i z punktu widzenia świata – bez znaczenia.

Psy zerkają przez uchylone okna samochodów z niemym pytaniem: „dlaczego?” Porzucone na chwilę, jak torba z zakupami, żeby kolejne do nich dołączyły szukają w obcych zrozumienia nadaremnie. A mnie uciekł tramwaj, jadący w stronę gdzie nie potrzebuję. Wiózł być może przyszłość nieokreśloną tam, dokąd ja mogę spacerem. Wikłam się w geometrię wykreślną czterech wymiarów i nie wiem, czy chcę zdążyć tam, gdzie nie wiem i kto tam na mnie ma czekać. Obserwuję bierność braminów, którzy szklanym okiem patrzą, jak czas zmienia Rzekę wiosenną na jesienną, wymieniając wulgarne uwagi i opakowania na bardziej wypełnione treścią, te psy w klatkach karoserii, manekiny wędrujące bez skazy myśli na twarzach, gdy moje oko bardziej jest gadatliwe od dwudziestu mijanych. Mrocznym Miastem idę po wczorajszą szyszkę, której nie zabrałem ze sobą z pośpiechu. Czasu wystarczyło, żeby siedem wziąć ze sobą – do patrzenia, do marzeń jeszcze nieuświadomionych, zanim je codzienność miejska uszkodzi. Na Rzece kajaki kołyszą się bezwładnie czekając ciepłych dni z nadzieją, że jeszcze w tym roku miną kilka rzecznych meandrów i architekturą się nasycą, by w zaciszu hangaru snuć sąsiadom opowieści zimowe. Mija mnie na rowerze pani o czarnych oczach, jak u małego kota i druga ze schowanym pytaniem, skąd mnie zna. A ja wiem. Pamiętam. Biegła pani sobotnim przedpołudniem i pytała oczami, czy mi się podoba, a mi wesoło było i kwiatka nie miałem. Wczoraj Rynek po zmroku. Chociaż trochę przypomina cyrk, z tymi wszystkimi klownami stojącymi nieruchomo za pieniądze, bańkami mydlanymi, tańczącymi z ogniem, żonglerami i akrobatami, to wczoraj otulił mnie dźwięk fortepianowych strun. I fortepian był z niemieckim grajkiem za klawiaturą. Usiadłem pod klonem kulistym rosnącym w kagańcu kamiennej ławki, pomiędzy trójką obcojęzyczną, a dziewczyną pochłoniętą elektroniczną dyskusją i pozwoliłem zabrać się w muzyczną podróż. Renesansowe zwieńczenia dachów stały się konturem, tłum zniknął i utonął w tej muzyce. I chyba pierwszy raz w tym miejscu poczułem się sam. Nawet samotny. Jakbym miał cały Rynek dla siebie, chociaż wcale nie potrzebuję aż takich przestrzeni na wyłączność. Zaprosiłbym tę panią do tańca, ale zbyt zaaferowana była monitorem, więc bal się nie zaczął, choć mógł. Zaplatam nogi w warkocz i niczym różaniec w rękach staruszki, przez palce płyną mi koraliki z ludźmi do pamiętania i tymi, których dopiero poznam. Nawet się uśmiechnąłem do nich, gdyby i oni pochylili się nad moją osobą.

Dzień kobiet o wysokich czołach i namalowanych brwiach – czyżby jesień kradła owłosienie? I to selektywnie? Trochę się boję i mijam człowieka, który mógłby być moim bratem, gdyby inaczej zagospodarował lokalizację włosów. Zerkam na Rzekę, która wczoraj śmiała się do mnie puszczając już nie oczko, a jakiś milion oczek w rozproszeniu drobną falą, cięta cicho przedziałkiem przez wioślarza i zupełnie niedyskretnie policyjną motorówką. Niebo – również pocięte skrzącymi się kadłubami odrzutowców, jakby chciały oddzielić słoneczną stronę od księżycowej. Nietrwale. Jak wszystko, co ludzie tworzą, linie podziału rozpierzchają się po bezkresie i nikną. Bo nieba uczesać nie wolno.

Zamiatanie jesieni. Od wczesnego rana na chodnikach pracują ludzie, żeby zamaskować fakty. Ręcznie i mechanicznie pakowane są liście pospołu ze śmieciami i wywożone tam, gdzie jesieni wolno trwać. Rzeka w zadumie, Miasto w milczeniu, ludzie w odrętwieniu wczesnoporannym – jak memento złowieszcze milczy wszystko dokoła i w tym milczeniu schowane głęboko jak tylko można. Pejzaż do martwej natury stworzony. Oby popołudnie lepszym było i w cień wrażeń odziane, bo ileż po cmentarzu chodzić można?

Włożyłem do kieszeni dwa liście, żeby nie zapomnieć. Wyschły w tym zaciszu na matowo zielony susz pachnący tak, jak liście powinny pachnieć jesienią. Cóż. Na razie Internet twierdzi, że nie istnieje to drzewo, a ja głaskałem przecież jego gałęzie i wiem, że nie jest samotne. Wysoko na dębie pamiętającym to Miasto sprzed zawieruch wojennych zeszłego wieku szamotały się gołębie w zalotach, bombardując mnie żołędziami. Uniknąłem trafienia, choć nie mogłem się obronić przed przypadkiem. Bo tak jestem zbudowany, że nie potrafię bronić się przed żadnymi przypadkami i chyba nawet nie chcę. Zdarzają mi się ludzie, przedmioty i widzenia. Nawet myślenie czasem się zdarza i uczucia nie niosące zalążka przyszłości. Mijam marznące o poranku cudze marzenia odziane w czerń, kłaniam się bułkom wędrującym do sklepu z niedyskretnym, kuszącym zapachem świeżości. Słońce coraz bardziej żółte i coraz mniej dotkliwe pozwala zastygnąć ulicom w beznamiętnościach.

Mój organizm upomniał się o nocne widzenia. Logika cierpi, bo jak wzrokiem mrok ów rozproszyć i co w końcu uda się zobaczyć? Wstałem z ciekawości, zanim dzień się zaczął. Kłaniając się niewidocznej połówce księżyca chciałem powiedzieć mu „dobranoc” – ale tu paradoks jakiś – może „dzień dobry”?, bo on kładzie się spać, gdy noc się kończy. Machnąłem ręką na te filozoficzne dywagacje – „wszystkiego najlepszego!”. Pani od nałogów piękna jak wspomnienie lata uśmiechnęła się do mnie, Rzeka drżała zniekształcając obrazy, a chmury jak gigantyczny pryzmat rozproszyły pierwsze promienie słońca na wszystkie barwy tęczy z dużą dysproporcją na korzyść wszelkich odmian czerwieni. Szedłem oprószony chłodem budzącego się poranka w stronę tego słońca patrząc mu prosto w oczy – ciemnożółte, nasycone i tak wielkie, że świat przesłaniało. Białogłowy pan jeszcze nie czytał gazety, lokalny Macierewicz jeszcze nie dreptał do obowiązków, pani o pięknych łydkach nie jechała rowerem przez most, który mimo wszystko niebieskim jest. W labiryncie gałęzi klonu polnego wróblo-rozćwierkany dzień wstawał, a drogę przebiegła mi czarno-szara wrona z orzechem włoskim w dziobie. Przypomniała mi się nastoletnia miłość z wczoraj, która minęła mnie i wszystko wokół, nie widząc poza sobą nic więcej – oby czas nie zgasił tego uczucia. Czapla wtopiła się w tło kamiennego nabrzeża i w nieskończonej cierpliwości bezszelestnie patrzyła się w wodę. Dach budynku kontrastującego z otaczającym go tłem (wygląda jakby ktoś polerował kamienne dachówki i elewację a kurz po polerce osiadł na nim trwale) ma osiem kominów, które w oczach migają jakby ich miało być tylko siedem. W moim śnie, gdy już nadejdzie na pewno będzie ich siedem, bo przecież nie jestem kronikarzem i mogę sobie pozwolić na taką niedokładność uzasadnioną raczej absurdalnie – chęcią. Zerknąłem, czy obok sąsiedniego mostu wciąż wisi na drucie żółta , gumowa rybka nadziewana haczykiem nieszczęśliwie przez wędkarza w złą stronę zarzucona, ale odległość zbyt duża, by ciekawość zaspokoić. Z innego mostu oglądam, jak Rzeka płonie – w tumanach oparów kłębi się mgła nad jazem niosąc aromat wody. Uśmiecham się do grubych swetrów i pikowanych kamizelek, do płaszczy i kołnierzy podniesionych, do śpiewającej za kierownicą pani, sosny załamującej ręce nade mną być może, a bezinteresowna życzliwość wylewa się ze mnie. Dziękuję życiu za wczoraj, bo dzisiaj znalazłem przeszłość utraconą, której nie spodziewałem się odzyskać. To będzie bardzo dobry dzień  – Tobie również takiego życzę.

Jesień zaczęła się w nocy. Po wielkiemu cichu przyszła i gdy jeszcze noc przytulała Miasto wilgotną dłonią do siebie, a pierwsze dzwony obwieszczały światu dzień nowy, to przecież noc była. Pani w oknie była bardziej wyobrażeniem, niż osobą z krwi i kości – tylko ognik papierosa krążył w miękkich łukach tam i z powrotem. Rzeka jak czarne zwierciadło – milcząca i posępna o toni gładszej niż lodowiska dla artystów, patrzyła na mnie przenikliwie, bo zbyt szybko wszedłem w dzień – bez uzasadnienia. Na siłę dorabiam ideologię – szukam nowych – starych nieznajomych i zdarzeń, które dzieją się zanim ja się w nie zanurzę. A przecież jeszcze wczoraj słońce świeciło poziomo niosąc ciepłe i pozbawione najmniejszej nuty złości przekleństwa w języku niemieckim kierowane do wilczura (być może alzackiego) przez uśmiechniętego staruszka. Pies niewiele sobie z tej nagany robił – rozwalił się na trawie i z uśmiechniętym jęzorem kontemplował popołudniowych spacerowiczów. Chciałem zaprosić Cię nad Rzekę, żebyśmy wspólnie policzyli zmarszczki, którymi się pokryła, lecz Ciebie nie było absolutnie i jak zwykle, za to zmarszczek nieskończoność matematyczna, więc przestałem. Czerń poranka przełożył się na stroje damskie – już po ilości czerni widać nieuzbrojonym okiem, że jesień puka do Miasta i wnet, bez zaproszenia stanie się gościem. Zrobi własne porządki i postrąca liście, żeby widoku jej nie zabierały, na te żurawie wszechobecne i śpieszące by zamknąć kubatury przed zimą, wykopy napełni wodą i suszonymi liśćmi – jakby herbatę z nich parzyła, a ja w głowie noszę nieznaną mi odmianę klonu, choć wydawało się, że tu powinienem dotknąć już każdego rosnącego.

Przez dziewięć mostów, trochę z nostalgią, trochę z przyszłością – wagarowałem. Poczynając od tego, gdzie rdzewieją marzenia o wiecznej miłości smagane wielojęzycznymi komentarzami , przez sacrum w powadze wiekowej ciszy klęczącej modlitwy, chodnikiem nad Rzeką wiszącym, w zakamarki restaurowane wulgarną siłą roboczą do obrazów pięknego jutra, przez jedno dzień dobry z dużym szacunkiem i labirynt strzeżony grecką mitologią z mieczem w dziewczęcej dłoni, choć klepsydra wciąż czeka, aż pani z mieczem zamieni się w piaszczyste okruchy czasu do przesypania przez igielne oczko jej talii. Przez jedno widzenie młodziutkiej delikatności martwo siedzącej na krawężniku, z rękami ubezwłasnowolnionymi ciężarem z głowy pochodzącym i ze wzrokiem utkwionym w drzwi wciąż zamknięte, a choć z szybą, to przecież bez obrazu, który te oczy mógłby rozświetlić i życiu przywrócić. Przez jedną dłoń chłodną i miękką, której puścić nie chcę samopas, by w otchłanie światów nierealnych poszła mroźną przynosząc zimę, do przechodniej bramy, na której dwa końskie łby starzeją się w zadumie i niszczeją w braku pieszczoty. By słów nie brakło i kawy, przy której słowami namaluję wczoraj. Obrazek do noszenia w pamięci. Żeby pani z brązu stojąca wytrwale pomiędzy mostami znów cicho szepnęła do mnie fioletowym światłem, gdy zmrok otuli ją peleryną niewidzialności, że warto rozmawiać, że słowa pochłonie Rzeka, a elewacja Uniwersytetu nie popchnie ich w niedyskrecję tubylców echem zwielokrotnionym biało-żółtym tłem topniejącym w blasku reflektorów.

Nasączam sumienie wilgocią wszechobecną tutaj. Nie na tyle, by płakało, ale wystarczająco, by się spocić. Deszcze zmyły ze mnie kurz codzienności, docierając w zakamarki intymne i zostawiły mnie dziewiczo wręcz odartego z teraźniejszości i grzechów przeszłych. Mam na ciele miejsca dość na przyszłe wybryki i fanaberie rozmaite. Słońce delikatnymi już ramionami próbuje rozsunąć chmury, żeby zaświecić tu do mnie. Na chodnikach kobiety bordowe lub granatowe – zaczyna też pojawiać się czerń zwiastująca zimę. Ostatni być może siniaczek w tym roku miał kształt banana, lecz oglądać go mogłem już tylko poprzez nylonową przesłonę. Trzeba wymyślić nową zabawę na nadchodzące miesiące.


  • RSS