Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 10.2016

Rumcajs o dwóch laskach przechodził na światłach i zapewne miał do opowiedzenia wiele interesujących historii, jednak go nie zaczepiłem. Szukałem ciszy. Siwowłosy kibic miejscowej drużyny piłkarskiej płci żeńskiej usiłował sympatycznie wyglądającemu pieskowi wyperswadować przyglądanie się mnie-zbliżającemu-się-z-uśmiechem, jednak ten, leżąc, nic sobie z tego nie robił. Dopiero, kiedy minąłem, dał znak ogonem, że gotów jest do dalszej drogi. Inny, żeby nie skalać łap chropawym, zaniedbanym asfaltem, pozwalał się wieźć do traw samochodem, by następnie przegonić stado pasących się pod lipą kaczek. Bo z psami tak już chyba jest – że celem jest droga i nigdzie dojść nie trzeba, byle iść. Niebo, jakby je mlekiem z kartonu ktoś oblał – niezliczone, rozpływające się krople, gdzieniegdzie tylko skisłe do gniewnej szarości, a słońce stara się je ugłaskać czerwienią i żółcią. Pomiędzy tym wszystkim ja – jak gnomon wytyczający niepewne godziny na chodnikach i elewacjach, których i tak nikt nie czyta. Bezbronny wobec losu i wiatru, rozbrojony z myśli pokornych i nieefektownie milczący. Sikorki zaplątane w stado wróbli maskują się pośród rzadkich już liści na drzewach i doskonale im to wychodzi. Winogrona marzną zzieleniałe w skrzynkach przed warzywniakiem, a śliwki wręcz sfioletowiały – wypadałoby je wyleczyć chyba, ale nie mam wiedzy lekarskiej, więc przeszedłem pomimo. A przecież mogłem je adoptować za drobną kwotę i ogrzać, choćby własnym ciepłem…

Podchodzę, patrzę – ciało. Leży na miękkim materacu przykryte materiałem. Acha! Dojrzewa. Trzeba popatrzeć, czy nie zepsuło się od nieużywania. Może nie jest jakoś nadzwyczajnie efektowne, ale wydaje się być w niezłym stanie. Pewnie mało używane. Po dokładniejszych oględzinach – chłopiec – w kategoriach ludzkich dorosły. Może być – decyduję się wypełnić go własnym ciepłem i tą iskrą, która do ruchu pobudza. Wchodzę więc i ostrożnie sprawdzam, jak się w takim opakowaniu poruszać. Nawet ujdzie – trochę powolne i zagubione to ciało, ale, widziałem gorsze. Przebiegam przez zakończenia nerwowe szukając poważniejszych defektów, jednak poza głową wszystko w porządku. W głowie za dużo śmieci, które trzeba upchnąć gdzieś głębiej, żeby mi nie przeszkadzały w tej chwilowej eksploatacji. Podnoszę je, żeby na zewnątrz zabrać, choć to jeszcze wcześnie. Niech się świeżym wiatrem obmyje, nim dzień je na słoneczną rewizję zaprosi. Coś mi to ciało bełkocze o kawie, że niby trzeba, ale – nie moje zmartwienie. Ja chcę najpierw zweryfikować założenia, że nadaje się do zamieszkania. Więc idę. Na zewnątrz noc – z dużymi jej zaletami – cisza i spokój, trochę ciemno, ale za to pusto i badanie ciała można bez wstydu przeprowadzić – chodzić potrafi, nawet dość sprawnie, ciekawość się budzi względnie szybko, jest reakcja na bodźce. Śmietnik w głowie zaczyna w dość perwersyjny sposób porządkować i organizować rozumienie przestrzeni wokół. Ale zaczyna. Decyduję się. Biorę. Na jakiś czas, niech się odświeży po tym dojrzewaniu. Wiem, że jestem lekkoduchem i to lekkomyślnym, ale od tych lekkości nie zamierzam się uwalniać. Rozglądamy się (już wspólnie) po oknach – a tu niespodzianka – ktoś jeszcze znalazł sobie ciało i teraz zerkają na nas z okna. Jemu trafiła się dziewczynka – też dojrzała i to (o ile zmysły nie zawodzą) atrakcyjna. Wypadałoby chyba powiedzieć dzień dobry, ale krzyczeć się nam nie chce  – niech wystarczy powitanie zauważeniem. Sympatycznym i pozbawionym agresji. Wzrokiem przeczesujemy pozostałe okna – spory ruch. Niespodziewany absolutnie. Dobrze, że wziąłem to ciało – na inne mogło być dzisiaj za późno.

Wcześniej metalowy cytat słów brata Alberta na budynku klasztornym: „Być dobrym jak chleb” – wisi od dawna i smaczny wciąż. Później śnieżna puma uciekała z wiatrem po czarnym już niebie i wreszcie wiadomo dlaczego. Deszcz ją gonił. Teraz mi w głowie myśl krąży, że monogamia powinna być dozwolona – bez restrykcji, ograniczeń ustawowych i w ogóle żadnych środków przymusu. To chyba efekt uboczny, po lingwistycznych popisach nieznanych mi ludzi, którzy dedykację wzgórza z niemieckiego nazwiska niedokładnie przełożyli na własne pragnienia, żeby mieć adres w Mieście, pod którym, w bardzo wyselekcjonowanym gronie, można płonąć uczuciami jawnie. I chyba nawet się udaje. A wtedy (zupełnie poważnie) pielęgnować trzeba, bo to dobro narodowe jest. Choć spoza listy priorytetów rządowych i dotacji unijnych. Takie lokalne szczęścia zarażają radością, jak wirusem – po horyzont.

Upał jest cokolwiek irytujący, bo istnieją granice, do których można się rozebrać. I choćby nawet bezwstydną, stuprocentową nagość osiągnąć, to przecież czasami (pomimo skrępowania), jest to za mało. Z chłodem jest łatwiej, bo na ogół można założyć coś jeszcze – kolejną warstwę pogrubiającą mur pomiędzy kaloryferem ciała i otoczeniem. Reszta, to pilnowanie termostatu, żeby nie utonąć w za bogatym opakowaniu wypełnionym własnym potem. Wczoraj widziałem rzeźby na elewacjach – pięknie stylizowaną scenę z lwem ubranym w hełm rycerski. I wciąż nie rozumiem, czy to miało wzmocnić jego odporność na ciosy, czy też jest swoistym kagańcem, unieszkodliwiającym potężne możliwości szczęk na swobodzie. Na innej – poszczególne stadia przemiany – orła w lwa z mitycznym elementem pośredniczącym, jakim miałby być gryf. A gdy, nawet w deszczu, głowę zadrzeć do góry, można popatrzeć jak wysoko olimpijczyk starożytny unosi znicz, żeby dzień w Rynku rozpalić na niebie. Tylko, czy trzeba? Przecież tam dzień trwa już całą dobę… Każdy.

- Nikt na świecie nie potrafi powiedzieć: „Och!” równie pięknie, jak Kubuś Puchatek, a ten pluszowy, ożywiony animacją zwierzak jeszcze zdanie dołożył: „jaki on jest samotny…” Albo dorastający w obozie chłopiec, próbując namówić dojrzałą kobietę na miłość – zbija wszelkie jej argumenty słowami: „kto nigdy jabłek nie jadł – nie sięgnie po zielone…” Więc może jest nadzieja, że są jeszcze niewyeksploatowane zdania do ułożenia…

- bzdura! – skoro cytat, to znaczy, że już są. Będzie koniec świata niechybnie!

- znikąd nadziei?

- znowu cytat, więc zanim powiesz, ubierz w cudzysłów. Szykuj się, czas bliski. Parafrazując już nie wiadomo kogo – nie Twój poranek szumi Ci.

- a świat trwa i trwa mać! Tak. Wiem, że znowu…

Kiedy nogom pozwolić na improwizację  – korzystają chętnie. Wczoraj – snuły mi się nogi przez park, jak nie chodzę codziennie, tak, jakby się zgubić w nim chciały. Poszły te moje nogi pomiędzy czarne orzechy okryte dojrzale żółtymi, ciepło niosącymi liśćmi, do glediczii o kolcach, których każda róża może pozazdrościć, pod namioty buczynowe wybarwione i lśniące. Oczy błądziły gdzieś po nieboskłonie szukając ambrowca amerykańskiego, lub chociaż jadalnego kasztana, ale nie znalazły w odmęcie jesieni. Platan zapomniał się złuszczyć, wiązy milczały, poskręcanymi w warkocze pniami. Dziewczynka potrafiąca jeszcze śmiać się całą istotą po czubki włosów nawet, zachęcona przez ciocię pobiegła w liściach się wyszumieć i wyszeleścić. I gdyby hasło rzucone – „chodźmy” padło ciut wcześniej, kilka kroków być może, kto wie, czy nie zapytałbym dziewczynki, czy też mogę. W zieloność strzyżonych trawników, jutrzejszą mgłę rozganiać i śmiać się po czubki butów, w liściach szeleszcząc bez przyczyny. Na ławce rozpijało się trój-męskie piwo, a może to wódeczka była… przy źródełku granitem, czy piaskowcem rzeźbionym rodzinne fotografie dokumentują dzisiaj na pamiątkę gasnącej pamięci, sosny bieleją zastygłą w korze żywicą i głębokimi, ciemnymi bruzdami znaczą szlaki, w których deszcz się może schować, gdy niebo się rozpłacze. Wysiłkiem ludzkim fontanna podnieść chce w niebo kolorowe światła – bezskutecznie. Dzień zbyt mocno je stłamsił, albo grawitacja może… Igła wciąż odpoczywa, stalowo-zimnym popielem leżąc, w stronę obrośniętych bluszczami filarów podtrzymujących firmament, żebym przypomniał sobie brodaty dom na Wybrzeżu i zarośniętą latarnię – tę obok ogrodu botanicznego, gdzie niestrzyżona zarosła aż po cień użyteczności i kudłatą brodą zerka na przejeżdżających z nieskończoną cierpliwością. Bobry – niewidzialni zbieracze chrustu układają stosy nadbrzeżne bezładnie, by zimą mieć bliżej do spiżarni, dziewczęta katalogują bieżące uczucia, zaglądając chłopcom w oczy przez pryzmat kamer obiektywów aparatów (skądinąd) telefonicznych. Żywopłoty czerwienią pobudzają krew w żyłach, wrony spod oka badają intencje przechodniów, czy który nie ma kaprysu im orzechów podkraść, jakiś pies z wadą ortopedyczną zagarnia łapami pod siebie powietrze, jakby to poduszka być mała i sunie taki bobasek pulchny trotuarem do nie-wiadomo-kąd – jak ja….

Będzie wojna. Niechybnie. A nawet koniec świata. Bo wszystko zostało już powiedziane – wierszem i prozą. A skoro tak, skoro ludzie powiedzieli już wszystkie słowa i nikt nic nowego nie wymyśli, to będą milczeć. A nie potrafią. I nie bardzo mają o czym milczeć. Zginą w tej wojnie wszystkie języki i książki napisane. Słowa szydełkiem w zdania ubrane, wątki i akapity. Żeby można było znów. Od białej tablicy zacząć i żeby na początku było słowo – oby prawdziwe, ale jedno. Takie do życia. Urodzą się poeci i oszuści. Filozofia fruwać będzie po obszarach niezbadanych, a nauki ścisłe zaczną definiowanie świata od innych dogmatów (być może). W takim świecie mógłbym umieć opowiadać sny, gdyby były. Albo pisać japońskie wiersze. Oby nie cyrylicą lub azjatyckimi ptaszkami, bo do tych ostatnich, to trzeba się malarzem urodzić, a te pierwsze wzbudzą lekki co najmniej niepokój – nawet w nowym świecie.

Liść czeremchy, nawoskowany i żółty jak miód zerwałem, by w zaciszu kieszeni bawić się nim, ciesząc się jego gładką unerwioną skórą. Na przystanku kobiety pachnące jak kwiaty wabiące pszczoły – a te senne jakieś i niemrawe. Strong man pachnący kiełbasą nawet ich nie dostrzegł, zafascynowany podziwianiem siebie. Starsza pani przygląda mi się bezwstydnie – nawet pomyślałem, że chce mnie usynowić, ale nie – wzrok matowy, mamrotanie pod nosem i kącik ust opada w stronę wykluczającą uśmiech – czyli raczej czyni czary ze mną związane… Oddycham płytko i cicho, żeby nie zepsuć zaklęć, bo może się pomylić i będę nieudanym eksperymentem. Dobrze, że mogę przenieść wzrok, bo tuż obok kobieta o twarzy tak sympatycznej, że mogłaby jawnie okradać towarzysza, a ten jeszcze by podziękował jej za to, że jest. Inna pani wyjmuje palcami sny z oczu, niewidomy pies zrywa się nerwowo, żeby o nim nie zapomnieć, zza ciemnych okien płynie ciepło snów nie koniecznie spełnionych, jasnorudy kot z wysokości chodnika kontempluje parę łabędzi – zbyt duży to kawałek tortu dla niego, więc poszedł w zarośla, poszukać mięsa w mniejszych opakowaniach i bliżej stałego gruntu. Niepozorny ptaszek gwiżdże na wszystko, a czyni to tak estetycznie, że za obrazę majestatu nikt kamieniem nie rzuci. Granitowe obeliski upamiętniające nic trwają podświetlone elektrycznością, rzucając refleksy na klony rozbierające się przed zimą coraz skrupulatniej. Rozmawiam z własną głową, lecz jej nie potrafię oszukać  – zawstydza mnie, gdy masą nieuprasowanych słów próbuję przykryć fakty, a te jak krety pchają się do góry i ciekawski nosek wyściubiają z tej hałdy. I taki z lekka zawstydzony, wilgocią otoczony jak aureolą, przesuwam się po szachownicy płyt chodnikowych – pionek cudzą pchany wolą.

Kiedy mrok chowa obrazy, a deszcz pochyla głowy przechodniów, spacer staje się wycieczką niewidomego. Wtedy w głowie lęgną się rozmaitości, którym trudno kierunek utrzymać. Ot – choćby taki wybryk spacerowy – mój nieustający zachwyt nad konstrukcją organizmu i jego uniwersalnością został nadszarpnięty mną. Bo przecież rączki dostałem od życia, żeby chwytać, uszy, żeby nasłuchiwać, a nóżki do szybkiej ucieczki w razie takiej potrzeby. A sutki? Po cóż mi one? Najpierw wymyśliłem sobie, że na etapie płodowym los rzuca monetą, aby określić płeć i na wszelki wypadek taką dekorację otrzymuje każdy, ale przecież już wtedy ozdobiony jest człowieczek innym dodatkiem determinującym wpływ na wpis w dowodzie osobistym. Czyli nie tędy droga… Moja znajomość anatomii pozwala mi na nieskrępowane meandry i dywagacje, bo laik jestem absolutny. Po krótkich wahaniach wybrałem rozwiązanie –to jest depesza wytatuowana: „jeśli płeć się nie podoba, to sobie popraw osobiście – życzę powodzenia. Los”. Ech – wracaj słoneczko do tutaj… bo rozum zasypia i gotów jestem poczuć się kryptokobietą jutra. A tego też musiałbym choć trochę się nauczyć, żeby wstydu płci nie przynieść…

Lekkomyślnie poszedłem na spacer, gdzie nie chadza się nocą, by spotkać święte milczenie. Takie, jakim milczeć potrafi jesień, przed obudzeniem się słońca, tam, gdzie człowiek jeszcze nie wcisnął swoich betonowych klocków i nie wylał asfaltowych rzek. Pomiędzy samosiejkami dębowymi, wśród wysokich traw z wrotyczami zerkającymi w chmury dumnie skostniałym wzrokiem, modląc się o poranek, w gęstej, mokrej mgle snującej się pomiędzy gałęziami drzew i kładącej w źdźbłach. Mokrej tak, że oczy puchną od tej wilgoci, w ciszy równie gęstej, jak noc pochmurna, gdy własne myśli można wyjadać łyżeczkami wprost z jej obrazu. Kominy elektrociepłowni rywalizują z wieżami kościelnymi o prymat uniesienia ponad Rzekę. I pysznią się sapiąc kłębami popielatego ciepła, czym jeszcze potęgują nabrzmiałą, dotykalną ciszę wystraszonego milczenia. Po murem siedział jakiś chwast, który wygląda jak ja, kiedy uda się plecak odłożyć i nogi wyprostować w ciężkich od marszu buciorach, żeby się chwilą nacieszyć. Mógłbym z nim pogadać, ale psy już łaszą się do niego, jak do Majstra Biedy, więc ominąłem w milczeniu. Pani, której płeć rozpoznałem po butach wyłącznie wchodziła w trawę, jakby to brudna woda była. Stąpała ostrożnie, żeby nie utonąć, a kiedy stanęła – biła od niej bezradność. Dobrze, że jabłka nie miałem, bo poczęstowałbym ją wprowadzając dysonans do początków bezradności ludzkiej…


  • RSS