Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 11.2016

Niebo dzisiaj tak nisko pochyliło się nad Miastem, jakby chciało je udusić, a mnie chmurką na śniadanie poczęstować – taką w kolorze zepsutego mięsa – ciemnosiną i napęczniałą od gazów. Otworzę okno – niech się bidulka wśliźnie i odpocznie. Mam wolny fotel. Może się nie spoci… Może jej bladość wróci, bo zmarzła pędząc do nie-wiadomo-kąd. Mróz nieśmiały jeszcze, maluje obrazy deptane nieostrożnymi stopami, bawi się w gry światłocienia na gałęziach i próbuje ogrzać na policzkach przechodniów. Panie na przystanku zgodnie i stadnie zaplatają nogi w iksy, panowie własnych kolan nie potrafią zmusić do zbliżenia. Rozmowy dwóch kobiet nie słyszę i nie muszę – jedna z nich (ta, w za dużych okularach) rozmawia nie słowami, ale twarzą i ciałem całym, a słowa są wyłącznie dodatkiem. To dobre słowa – uśmiechem przytakuję, choć nie widzi tego. Rudo-biały kot zaczepił ogonem o powietrze schodząc po stromiźnie nabrzeża, żeby równowagi nie stracić, szyszki na sośnie skuliły się, aby nasion nie uronić, powietrze chrzęści delikatnie nad trawnikami. Kilka zmrożonych jabłek kurczowo trzyma się gałęzi, walcząc by w tę zimną nicość nie wpaść i nie obić brzuszków. Coś ćwierka w gęstwinie i jest to miła odmiana po czarno-szarych dyskusjach watahy wron. Udaję, że myślę, udaję, że widzę, może nawet udaję, że w ogóle jestem. Głuche milczenie wokół trwa. Prawie, jak spotkanie z ciałem idealnie czarnym.

Pani pachniała jak sok z jeżyn. Dojrzałych i świeżych, choć drzewa okryły się już zimną bielą. Wystarczyło, żebym zwrócił uwagę. Pani – bardziej dojrzała niż świeża, lecz może tylko maskowała się pod powierzchownym zaniedbaniem. Na palcu nosiła deklarację monogamii spełnionej, a na kurtce ślady wyciskania owego soku. Zaciągnąłem się po ostatnie pęcherzyki płucne tym aromatem i nie nękałem dłużej własną ciekawością. Wiatr wypchnął łabędzie w ujście mniejszej z rzek tutejszych i dopiero dzisiaj rano udało się im wrócić na stałe posterunki. Bukiet zielonych butelek z jednym brązowym akcentem, po tygodniu okupacji węzła ciepłowniczego, wreszcie został odebrany przez nieznanego adresata (adresatkę? – bukiet, to chyba dla kobiet? Facet dostający kwiatki czuje się raczej zażenowany i zawstydzony obnażeniem cech ukrytych…). Na moście, niebieskim od dawna, pani zbyt szczupła, żeby mieć odwagę maszerować w przeciągach rzecznego wiatru z dala od balustrad, żeby jej nie zdmuchnęło na torowisko, była uprzejma zauważyć, że zmieniłem własną ścieżkę, by bezpiecznie kontynuowała marsz – podniosła nawet głowę i powiedziała: „dzień dobry”… No… Rozbroiło mnie to cokolwiek – odpowiedziałem z uśmiechem, na takie skojarzenie. Teraz zastanawiam się, wzdłuż jakich wektorów wędrowały jej myśli, żeby do takich właśnie słów dojść.

Widzenia odeszły wraz z październikiem, czyżby w Mieście ten przerośnięty tlen wyparł pospolity i codzienny, dwuatomowy, będący dotąd normą? Co robić? Trójwartościowy wpływa najpierw na wzrok, a ten szwankuje – no, chyba, że ludziska pozamykali się w skorupach i jacyś tacy przezroczyści łażą. Dobrze, że wiatr wrócił do Miasta – może przegoni… Na wszelki wypadek postanowiłem zostać szamanem i zacząć od zwalczenia ozonu. Jak Kaszpirowski – rączkami i odliczaniem cyrylicą.

- ADIN… Zeżarłem w życiu kilka traw, chociaż koniem nie jestem…. Wypiłem sok z drzewa i próbowałem sporządzić makaron z kory…

- DWA… ślimaki w sosie własnym w kociołku, herbata z patelni i pieczarki pieczone na polanach też się udały – nawet bigos zagrzał się na węglach, tylko trochę trudno było go później zjeść…

- TRI… wyleczyłem już dłońmi własny portfel z zatwardzenia i żołądek ze stanu posiadania kilkakrotnie, zniknąłem klucze do mieszkania, kilka parasoli i dokumenty…

- CZIETYRJE… rozglądam się. Chmury gęstnieją i ciemnieją.. Coś się dzieje… coś robię, ale jeszcze nie wiem co…Wiatr trzyma poziom – przynajmniej on zachowuje się po bożemu, dobrze, że nie kręci młynka…

- PIAT… nic z tego nie będzie… niestety… nie przypuszczałem, że szamanowi potrzebne są języki obce… i jak tu leczyć? Chyba najpierw przyspieszony kurs barbarzyńskiego języka trzeba przejść. PIAT? To jest takie słowo na świecie???

Ponad dach kamienicy wypłynął Orion i wskazał milcząc na Plejady. Dziękuję instynktownie. Wieczór – ciemno i głucho, jak w szkolnej lekturze. Nawet wiatr zapomniał o okolicy, jedynie czarny pies poczuł potrzebę powrotu czarną nocą do domu, żeby zaszyć się w oswojonym legowisku. Dwa prostokąty wiecznych świateł w sąsiedniej kamienicy – być może lokatorki chorują na nocne lęki, bo światło gaśnie dopiero, gdy słońce ogrzeje żółcią elewację. Sen przychodzi zbyt łatwo, jakby prosił o powtórkę przed świtem. Nie żałuję – niech ma i organizm odrobinę fanaberii. Wstałem. Wokół nikogo – czyli bezpiecznie. Ciemność miękka jakaś i przytulna, aż nie chce się kroku zrobić, żeby nie skaleczyć. Schnące(?) liście wierzby na mokrym chodniku przypominają fasolkę szparagową, ja nie przypominam nic i nikogo. Bo próbuję oddychać jak najciszej i wtapiam się w tło wszechobecne, by nie być. Żeby tylko zmysłami zostać bezcieleśnie i niezauważalnie, jak jakiś cień niepozorny za plecami snujący się bezwolnie. Może nawet wróciłem uduchowiony? Na pewno już udomowiony się czuję. Jakie to szczęście, że uśmiechać się potrafię we wszystkich chyba językach świata. Do Ciebie też się uśmiecham – kimkolwiek lub czymkolwiek jesteś.

Frywolnie i nieodpowiedzialnie. Bo tak też można. Po prostu pójść i iść – nawet wtedy, gdy palcem pukają w czoło, że przecież są inne (domyślnie lepsze) formy spędzania czasu wolnego. Kiedy słońce zdąży przez mgły się przedrzeć, a asfalt szarzeje schnąc – bez pamięci i celu pójdę. A skoro tak, to pośpiechu nie ma i obaw, że się zgubię. Znikąd do gdziekolwiek – marszruta wymagająca wszystkiego, oprócz rozumu i rozsądku. A tu deficyt ostatnio jakowyś… I słowo dystans za mną chodzi – może nawet ze mną. I lubię ów dystans – do wszystkiego, włącznie z samym sobą. A najbardziej ten przede mną. Bo to już zalążek wyzwania, kiedy jest ciut większy niż konieczny. Czyli taki właśnie, jak zamierzam obecnie pokonać. Może spotkam niespotykane piękno, albo detal niepokojący? Podniosę czubek nosa ponad czapki i szaliki, sprawdzając jak rosną drzewa na dachach kamienic i rzeźby kruszą się w elewacjach. Popatrzę w jakieś oczy zimą zarażone, albo poszukam wczorajszego pępka, który biegł gdzieś tak szybko, że do teraz być może następne okrążenie ziemi już wykonał nie zrażony listopadem. Jak wrócę ( o ile w ogóle), to opowiem. Jeśli będzie o czym. Bo zimowym czasem, dobrze posłuchać opowieści, nawet błahej. O nieznanym.

Jakoś tak się składa, że teraz każdy jest kucharzem znakomitym i jedynym w swoim rodzaju. Z czystej zazdrości postanowiłem dołączyć do stada zdolnych i zalążek książki kucharskiej opracować. Poniżej pierwsza propozycja – więcej świąteczna niż codzienna.

Dwa kilo motyli wymordować nie uszkadzając korpusów, delikatnie opłukać z kurzu i w małej ilości źródlanej wody zblanszować, odsączyć i odstawić do ostygnięcia. Wodę zaprawić do smaku trzema kroplami octu jabłkowego i sokiem z mandarynki. Liście rucoli z ekologicznej uprawy podzielić palcami na ósemki, lub jeszcze bardziej skrupulatnie (w muzyce znane są większe podziały nut, więc może się udać) Nie kroić nożem, bo to zniweczy wkład własny kucharza – zbyt szybka produkcja potrawy pozbawi nas dumy z osiągnięcia efektu. Stopniowo dodać siekany koperek i sól (ta ostatnia może pochodzić z potu na czole kucharza powstałego w trakcie porcjowania sałaty, koperek lepiej nabyć w sklepie z warzywami, albo uzbierać osobiście, co podniesie nam poczucie wartości i nauczy rozpoznawania i klasyfikacji roślin jadalnych – na wszelki wypadek tylko zaznaczę, że niejadalność roślin rozpoznawalna jest tylko raz po konsumpcji…). Dla podniesienia walorów artystycznych i rozbuchanej kolorystyki dodawać opcjonalnie jagody, maliny, albo truskawki. Broń boże czereśnie, gdyż pestki zepsują przyjemność degustacji. Całość wymieszać, pilnując, by skrzydełka nie posklejały się, a kolory zimne i ciepłe rozłożone były w miarę równomiernie. W przypadku kucharza daltonisty można posłużyć się pirometrem do wykrywania ciepłoty kolorów. Podawać skropione zaprawą, w salaterkach z pałeczkami. Pałeczki nie muszą być ostre, a tak naprawdę w ogóle może ich nie być. Potrawę można jeść lub oglądać, albo zdjęcia trzaskać do magazynu dla pań marzących o nieuchronnej, trzepoczącej pod pępkiem miłości. Jeśli się nie najemy, to może chociaż karierę finansową uda się osiągnąć. Albo podziw piękniejszej z płci zamieszkującej ów świat. Względnie pozyskać żonę (lub męża, bo to teraz nie do końca jest takie oczywiste). Smacznego życzę…. Choć lepszym byłoby życzenie powodzenia i braku następstw w postaci kaftana bezpieczeństwa. Zdjęcia jeszcze nie zamieszczam – motyle do ciepłych krajów chyba odleciały a markety jeszcze nie oferują takich mrożonek…

Stado aniołków w różnym stopniu dojrzałości przyglądało się mojej tułaczce po zapleczu Rynku. Towarzyszył im jakiś pan, podobnie skamieniały, zakotwiczony w oknie najwyższego pietra – może myślał, że chcę się wprosić na papierosa, albo czekał zbawienia? Nieważne. Rynek zmienił się w wesołe miasteczko w trakcie odpustu i stan taki potrwa zapewne do nowego roku, trzeba więc inne przestrzenie wybierać, żeby pozwolić głowie na niefrasobliwość zapatrzenia, na podniesienie wzroku ponad czupryny i czapki z pomponem. Artysta z wysoce napompowanym ego i wąsem stylizowanym na Dali’ego kontemplował witrynę, jakby chciał sprawdzić, czy z poziomu chodnika również można podziwiać jego dzieła. Nie przeszkadzałem, popatrzyłem w oczy niedźwiedziowi i dwóm gryfom (lekkomyślność mogę uzasadnić tylko tym, że już skamieniałe to były okazy fauny), minąłem kamienny znaczek poczty lotniczej z czasów wyprzedzających wyczyny powietrzne braci Wright, ale już grubo po Ikarze. Może w tym budynku mieściła się niebiańska poczta – bezpośrednia łączność z majestatem? Dwie kamieniczki wciąż trzymają się za ręce, choć starsze od Kopernika. Ilekroć przechodzę obok, ręce mnie świerzbią, żeby rozłożyć ramiona, bo wydaje mi się, że mógłbym nimi oprzeć się o dwie ściany jednocześnie w ich pomieszczeniach. Odruch – taki jak ten, który się miewa w odpowiedzi na pytanie „co to jest korba?”

No tak. Należało spodziewać się, bo natura pustki nie znosi. Na drzewach kiściami żeruje jemioła, a kruki i wrony siedzą równie gęsto, jak wczorajsze liście. I gadają, przekrzykując się wzajemnie – kompletny brak kultury. Swoista zmiana warty, jak każdej jesieni – taki Hieronim mógłby namalować ów półmrok, z którego skażone Miastem drzewa wynurzają się, zdobne czarnymi piórami i wrzeszcząc zaklinają słońce, by gdzieś w inne strony poszło. Chłopczyk prosi mamę o pieniążek – nie po to, żeby być bogatym, ale obdarowanym. Równie dobrze mógł poprosić o zapalniczkę. Uśmiecham się do Rzeki dziś przesłoniętej sennym dywanem mgieł. Komin puszcza do mnie oko – czerwone zbyt, żeby mogło stanowić dobrą obietnicę. Raczej namawia na kaprys przewrotny. Mokną żywopłoty i asfaltowe chodniki, fontanny śnią mokre sny, Rzeka płynie. Ludzie też – do codzienności.

Odległe echo przejeżdżającego pociągu wiatrem domyślnym podszyte, jakby przedzierał się on nerwowo przez korony gęstego, liściastego lasu. Brzoza w barwy papieskie odziana, drżąc lekko, poddaje się powiewom, bo zapomniała liście zgubić i czeka teraz na głośniejsze westchnienie. A wiatr? Szelmowsko spokojny i łagodny nad podziw. Taki, który zamiast być żywiołem – prędzej pieszczotą jest dzisiaj. Powietrze w takim poranku pachnie już obietnicą dobrego dnia, więc wychodzę stanowczo zbyt wcześnie, żeby się nim nacieszyć, póki jeszcze śpi. Nad wieżą spłoszone skupisko chmur rozpierzcha się, jak stado antylop atakowane przez jaguara. Słońce spoza horyzontu nadaje im znaczenia czerwienią intensywną aż do fioletu. Zaglądam w lustro wody, a Rzeka mruczy pod nosem w skąpej zmarszczce – „znowu on… co tak wcześnie? Łabędzie jeszcze się nie pobudziły i dryfują jak kra pozimowa, a ten już szwenda się po Mieście jak jaki pies bezpański” I patrzę na bobrze ścieżki wydeptanych w brzegach rytuałów i dziwię się, że na płytach chodnika nie znajduję własnych śladów. Księżyc chudnący składa mi kolejną propozycję, lecz dzisiaj Operę raczej wskazuje. Sprawdzam dokąd fantazja go niesie – hiszpańskie ścieżki z cygańską kochanką – dziękuję – niech sam arie śpiewa pod nie moim niebem. W budynku – blondynka chodakami wystukuje rytm – kastaniety niechybnie – widzę, że ma wsparcie nocny wędrowiec i zmasowany atak na moją podświadomość przypuszcza. We mnie chwilowo Bez Zmian ( w skrócie i po hiszpańsku – BiZet……. ). Wolę nie myśleć, czym dzień ten się skończy, a dobrym miał być przecie…

Kilka par młodych achillesów świeciło w półmroku niedojrzałego poranka na przystanku, niczym garść błyszczących grosików porzuconych ze wzgardą. Uśmiecham się, bo znowu rzeczy dzieją się stadami – z wysokości mostu widzę, jak dwie garście łabędzi rozpełzają się szukając dna. Jeden ma na szyi żółtą metkę – ale ceny nie przeczytałem – nawet nie wiem, czy potrafię przyrządzić taki drób… Niepokój wzbudza za to kilku facetów w kurtkach z kapturami – rozrzuceni w czasie i przestrzeni, jednak kaptury mają obszyte futerkiem…. Akceptacja mniejszości wszelakich (jako wnosząca koloryt w monotonię codzienności)  mieszka we mnie od dawna, ale akceptacja, to niekoniecznie zgoda. Długie włosy, kolczyki, a teraz jeszcze futerka… Następnym razem zbiorę się na odwagę chyba i przyjrzę się, czy makijaż również zaczyna tracić swoją żeńską przynależność (pamiętać o pazurkach – bo tu też być może nowe idzie – zerkać na pazurki męskie). Facet w kilcie sprzed dwóch dni, wydaje się eksponatem ze skansenu tradycji narodowych, jednak faktem był, śmiało kroczącym przez Miasto – ile trzeba mieć w sobie hartu, żeby tak wędrować pod ostrzałem ciekawości obu płci . On na pewno rozumie, co czują kobiety, gdy męski wzrok przewierca sukienki gorącym pragnieniem. A ja nawet złego słowa nie pomyślę o kobietach, że zapragnęły rewanżu, gdy wreszcie trafił się taki egzemplarz – a ten doświadczeniem widać skażony miał skórzaną torebkę, jak tarczę pod pępkiem podwieszoną, żeby wzrok nie sparzył mu klejnotów.


  • RSS