Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 12.2016

Czas jest chyba najbardziej niepokorną i przewrotną wielkością, jaką ktokolwiek wymyślił. Bo przecież nie ma go wcale, kiedy nie dzieje się nic, a kiedy tylko cokolwiek zostanie napiętnowane znaczeniem, kręcić się zaczyna, przesuwać, lub przesypywać i mieli cyferki do przodu, jakby niechęć jakąś czuł do dziania się. Może właśnie z tego powodu Budda uprzejmy był zasiąść pod drzewem i w bezruchu spędzać lata innych ludzi, sam nie doświadczając wpływu tej wielkości. Może stąd Heraklit niebezmyślnie niestety gapiący się w wodę odkrył, że zmienną jest ona przez dotknięcie zauważeniem. I te wszystkie wojny o nazwach godnych lepszej sprawy niż poezja słów, a ukrywających rozmaite potworności – weźmy trzydziestoletnia – cóż ma niby oznaczać poza piętnem czasu na dzianiu się zdarzeń, ale tylko tych dotyczących. Bo te, poza znaczeniem, pozostają w mrokach niepoznania i nie są skażone owym. Czas ruszył kroniki zdarzeń i pamiętniki historii, która zanim się nią stała, była rzeczywistą codziennością zdarzeń, które poprzez znaczenie stały się skażonymi czasem wspomnieniami. I teraz nie wiadomo, czy iść pionierską ścieżką bez-dziania, czy w wir zdarzeń dać się opętać, by życie wypełnić do ostatniego ziarnka. Tak. Ja czekać nie lubię, jedna mi tylko droga zostaje. I Heisenberg niech ponownie się kłania ze swoją nieoznaczonością i komutującymi wielkościami – czas i energia łącznie niepoznawalne. A przecież jedno bez drugiego istnieć nie może ze wzajemnością wręcz doskonałą.

I bez wczoraj-jutro nie wydarzy się nic. A bez zdarzeń dziś nie istnieje.

Inaczej przecież tego nie nazwę. Szczepanik ukorzenił we mnie dogmat o sezonowości kormoranów, a tu widzenie drapie po oczach i umyśle. Bo przecież pomylić się nie można – nic nie wygląda jak czarny patyk ze skrzydłami i nie fruwa tak nerwowo i chaotycznie – najbrzydszy lot, jaki w ogóle zobaczyć można – już nawet prototypy konstrukcji braci Wright, Michała Anioła i tego tam – Ikara godniej na niebie się zachowywały niż to czarne ptaszysko. A na Rzece siedziało ich więcej jak jedno. Miękko zapadły się niewielkimi brzuszkami w wodę, a to co sterczało ponad nurtem wyglądało jak ssawka od odkurzacza – na cienkiej rurze kręgów szyjnych zbyt duży pochłaniacz łypiący bielą, jakby chciał odciąć się od kompletnie beznadziejnej czerni kadłubka. Ciekawość moja była odwzajemniona – jeden zerkał na mnie podejrzliwie, na wszelki wypadek oddalając się od mostu, żeby bez paniki przed niecnymi być może zamiarami, zdążył ukryć się pod niebiosami, lub pod wodą. Czaple przestały mnie zadziwiać swoją aktywnością miejską, czyżbym teraz miał się przyzwyczajać do kormoranów? A następnie do pelikanów i aligatorów? Cóż – ponoć życie wyszło z wody, a tej ci tutaj dostatek.

Żeby nie było, że takie rzeczy zdarzają się innym – mi się przytrafiło. Nieproszone i niespodziane. Ot – przypadek sprawił, że pojawiłem się kilka minut za wcześnie (?!), że zamiast czubkiem buta i kątem oka wyskrobywać fugę pomiędzy granitowymi i bazaltowymi kostkami rynkowego bruku, podniosłem głowę, żeby przyjrzeć się dokładniej małym gryfom podtrzymującym ratuszowy gzyms. Bo dobry był dzień na takie spojrzenie, gdy wiatr wywiał już nagromadzony tam kurz i pajęczyny, a światło liźnięte słońcem na granatowym niebie wyostrzyło kontury tutejszości. Nic wielkiego – prosta czynność typowa dla turystów, którzy nierzadko z otwartą buzią i nieodłącznym sprzętem elektronicznym zwiedzają Rynek. Jednak wczoraj… Na gzymsie, a właściwie z niego… W zakamarku wątłego narożnika, na krótkim sznureczku kołysał się i obracał martwy wróbel. Zapewne tak się kołysał Gombrowiczowi, kiedy pchany niepoznanym impulsem pomiędzy chaszcze się wybrał, sprawdzić nienazwane. Stałem i gapiłem się, bo przecież – to się zdarza innym. A tu ja osobiście i niezaproszony. I wróbel nieborak wiszący za nieznane przewiny, prawie jakby z pyska gryfa zwisał, i wiatr, który bawił się martwymi skrzydełkami jak wiatraczkiem dziecięcym.

Pewnie dlatego spałem dziś dłużej, żebym starych dobrych nieznajomych znów spotkał na mostach; sobowtóra Macierewicza, Białogłowego, panią, co wzrok spłoszony podnosi, kiedy się mijamy ze stukiem jej szpilek, bukiet zielonych butelek po piwie fantazyjnie ozdobiony serwetką prasówki taniego dziennika, krzykiem ławicy kruczo-wroniej i leniwym cofaniem się nocy przed nadchodzącym dniem. Nad wieżą, chmury świeżo zaorane w nierówne pasy czekają na zasiew, a wiedzie do tego pola wyłącznie jedna, kręta ścieżynka, dymem tkana w szaroburych meandrach. Wzrokowo-palcową rozmowę z kierowcą zakończyłem kiwnięciem głowy, więc pojechaliśmy, żeby dzień mógł wstać bez gorączki. Pośród tego wszystkiego, tego nic-się-nie-dzieje ja – najmniejszy z możliwych i zupełnie nieuzasadniony żadną życiową koniecznością. Jak huba jakaś albo jemioła, życia uczepiony trwam, lecz po co – nie wiem. Jeszcze nie wiem.

Szyszki na sośnie przycupnęły jak małe, szare wróbelki i kołyszą się na wietrze, uparcie trzymając się pazurkami gałęzi. A wiatr, demokratycznie i kategorycznie pognał z mostów ludzi i śmieci. Nocne chmury, jak indiańskie sygnały dymne, pędziły z pilną wiadomością w kierunku przeciwnym do gwiazd tak szybko, że aż się w głowie zakręciło, że może ruch obrotowy ziemi złapał drugi oddech i przyspieszył przed metą. Dzisiaj niebo próbuje zejść na ziemię i nawilżyć ją, jako rekompensatę za letni niedosyt. Bombka jemioły płucze się z zakurzonej zieleni na górnych kondygnacjach lipy, samochody roznoszą infekcję deszczu na oponach i karoseriach, na przystankach ludzie modlą się do MPK o transport. Brązowe motyle suszonych liści zwiedzają Miasto z wysokości paru pięter, lecz wiedzą na temat widoków nie mają czasu się podzielić, kruki ćwiczą ewolucje powietrzne wykorzystując szybkozmienne prądy i wiry. Rzeka marszczy się wiatrem czesana i próbuje rozmienić kleksy świateł latarni na drobniejsze monety, Miasto śpi zmęczone świętami, kalendarz kończy się beznamiętnie, kominy uzupełniają dziury w niebie tłuściutką, ciepłą smugą, uschnięty żywotnik smętnie kiwa głową, że za późno na samarytańskie gesty.

Miasto rozpakowuje się. Wciąż. I głodne jest bardzo.  Śmietniki anonimowo obrastają opakowaniami w takim tempie, że strach pomyśleć, co stałoby się, gdyby nie poszukiwacze pereł i służby publiczne. Na razie nie widać piany nadciągającej eksplozji, ciśnienia krytycznego miażdżącego szczelny gabaryt, jednak to złudzenie może być podyktowane moją ignorancją. Bo przecież znikają budynki zbyt wątłe starością, w których przedmioty przestały się mieścić, a ich miejsce zajmują kubaturowe molochy pożerające każdy swobodny mol powietrza wiszący nad Miastem, każdy centymetr kubiczny architektonicznego pozwolenia na zabór przestrzeni, żeby upchnąć więcej. Przedmiotów i ludzi. A  każdą myśl, która rozpycha się niefrasobliwie, żeby uwięzić w pułapce elektronowych więzień twardych dysków, na powierzchni billboardów lub ustandaryzować do rozmiarów euro-palety. Japońska skrupulatność i determinacja wymuszona ograniczeniem przestrzeni. I coraz częściej widziani tu potomkowie samurajów, być może oznaczający nadciągające, kolejne prasowanie rzeczywistości. Znowu parę drzew usłyszało: posuń się w języku piły łańcuchowej i leży teraz pokotem, posortowane według wartości energetycznej, w tej swojej wyniosłej niezdolności adaptacyjnej. Chowam się dyskretnie, zanim usłyszę równie bezkompromisowe żądanie we własną stronę. Bo może na mnie też nie ma tu już miejsca?

Skłonności do błądzenia znowu odezwały się nieproszone. I tak od kroku, do następnego, żebym poszedł, gdzie mnie nie trzeba. I nikt nie czeka bynajmniej. Dookoła święta w czerwieni i trochę w bieli, zabiegane i objuczone jak lamy niosące środki na przeżycie wysoko w Himalaje. Generalnie rozświergotany pośpiech, tłum i świerki pachnące żywicą. Nawet uzasadnienia nie było trzeba, żeby iść po owoce dalej, niż konieczność wskazywała, a nogi wybierały drogę własnymi kierując się motywami. Błoto parkowych alejek znalazły bezbłędnie i rajskie jabłonie, na których zasuszone i poczerniałe owoce czekają na ptasi drobiazg, lub wiatr silniejszy, żeby je w ziemię strącił i dał nadzieję na nowe życie. Minąłem modrzew drabiniasty, który już kilka szczebli miał usuniętych piłą łańcuchową i katalpę najpiękniejszą w Mieście, której jak w raju pozwolono spory klomb zasiedlić na wyłączność. Tak. Poznałem. Znowu mnie wyciągnęło tam, gdzie za każdym razem zerkam na młode drzewo czekając aż się owocnikami pochwali, czego do tej pory robić nie chciało. A ja tylko tak wątpliwość miałem rozstrzygnąć, czy jest to klon cukrowy, czy ambrowiec amerykański. I dzisiaj udało się wreszcie. Były. I rozwiały. Nawet drepcząc po trawniku i szukając na ziemi leżących owocników, żeby dłonie sukcesem nakarmić radochę miałem, jakbym trzecią z rzędu kumulację w totka trafił. I wcale nie zdziwił mnie widok pary o rysach dalekiego wschodu rozcieńczonych trochę tutejszą krwią, ani te, wprost z Mongolii. Uśmiechnąć się można w każdym języku, nawet w ubłoconych butach i mandarynką w reklamówce. Ktoś w pluszowym przebraniu próbuje mnie zaczepić zaczynając od dzień dobry, więc odpowiadam nie zmieniając rytmu kroków i ciąg dalszy prezentacji zostawiam jak kilwater – gasnące wspomnienie istnienia kipiące za rufą. Tylko jedno mnie dręczy – jak odpowiedzieć cygance, która pyta, czy może mi zadać jedno pytanie? Za późno?

PS. Po niewczasie – ta figura powinna się chyba nazywać czas przyszły dokonany, więc niechętne proszę byłoby na miejscu. Może nawet wzmocnione znakiem zapytania? Słaby jestem z teorii – a jeśli to był czas przeszły odroczony? albo autokreacja teraźniejsza?

Miasto pokryło się patyną obojętności. Szczelnie i dokładnie, grubą warstwą, jakby chciało ukryć objawy życia zewnętrznego i emocje, które przecież nie zniknęły nagle, bo chyba nie można wypatroszyć wszystkich ludzi z odczuwania. Idę i mijam. Nicość mijam, nie wiedząc dlaczego. Słońce i uliczne latarnie tylko ową nicość podkreślają. Mijam kobiety w czarnych rajstopach i czarnych myślach, czasem w czarnych kapeluszach. Trzeci dzień z rzędu mijam kobietę zbyt piękną, żeby była samotna, lecz wzrok mnie przecież aż tak nie zawodzi. Szyderstwem jest moje mijanie, czy lękiem? Pogardą może, lub ostentacyjnie pobłażliwą skazą genetyczną? Nawet nie wiem, czy można być obojętnym z nalotem uczuciowym, jednak ideały istnieją wyłącznie we wzorach dawno już spisanych, w tablicach i formułach, a może nawet w przysłowiach. Przecież ja śmieć na chodniku leżący równie skwapliwie omijam… żeby nie wdepnąć. Jak murzynek skarbonki przy ruchomej szopce pilnujący kiwam głową, utwierdzając własny majestat w deklarowanym przekonaniu i szerokim mijam łukiem, czym prędzej czyszcząc pamięć krótkotrwałą, a w tej docelowej fiszkę wieszając – „Obojętność! – stanowczo omijać”. I pomyśleć, że drogowcy wymyślili nawet znak  ostrzegający przed takim zagrożeniem. Chylę głowę…

Świtem niedoszłym, gdy jasność domeną była zmarzniętych traw w sztywną biel szronu schwytaną, a niebem z wolna sunęły bezcielesne, nieskończone, spatynowane nocą cienie chmur, nos w to niebo wetknąłem bezczelnie i oczy. Stałem i trwałem, a dymy mgieł niosły zapach wilgoci drapiącej powieki. Księżyc próbował milczeć wraz ze mną, jednak na brodzie wciąż miał te snujące się wciąż mocniej smugi skraplającego się porankiem powietrza i chował się zawstydzony, jakby kichnąć miał zamiar. Słaby był z niego gawędziarz. Wiatr odbierał mi resztki ciepła pod kołdrą wyhodowane przez noc całą i śmiał się cichutko, by sąsiadów nie zbudzić. Parę okien otworzyło oczy zaledwie i chowają się grzesznie za zasłonami i roletami płonąc życiem ukrytym. Weekendowo sennym, bez snów mordowanych budzikiem, bez rutyny tygodnia w lunatycznym transie. Trwam nieruchomo, jak wyrzeźbiony w marmurze i jak on stygnę bezruchem karmiony, a dendryty układu krwionośnego wgryzają się głęboko w ciało, żeby odsunąć się od skóry ostrzącej już kolce włosów na szczytach gęsiej skórki. Tylko oczy wiercą się niespokojnie, szukając wciąż, lecz czego? Kogo? Nie do końca świadome szukanie we mnie na chroniczną bezsenność cierpi, czepiając się każdej okazji, by swoje miraże z rzeczywistością zmierzyć. Człowieka szukam? Czy miejsca własnego? Smaku wspomnienia wartego zapamiętania dożywotnio, czy blizny na elewacji mijanej, lub w korze drzewa kreślonej? A niechby nawet fotela, w którym do końca sobą być mogę, w którym nic ważniejszego i potrzebnego nie ma, prócz obecności. I czemu ważnym się stało pytanie dopełniaczem definiowane, w ten właśnie poranek, którego przecież wciąż nie ma – zupełnie jak odpowiedzi. Szukam, czy mną jest szukane tajemne, brakujące ogniwo?

Niebieski most przeglądał się w czarno-błyszczącej tafli Rzeki, która nieidealną czernią była, skoro odbijała obrazy kamienic i latarni, zamiast je pochłonąć z nieposkromionym apetytem. Pewnie sobie pomyślał: „boże, jaki ja chudy jestem”, bo w tym zastygłym bazaltowo nurcie odbijało się gęste ożebrowanie wystarczająco dokładnie, żeby wszystkie żeberka policzyć, przerysować lub skatalogować, jeśli ktoś miałby w sobie wystarczająco zapału albo duszy buchaltera. Łącznie z nitami i gniazdami osiadłych ptaków, którym z braku słuchu nie przeszkadza łoskot tramwajów nad głową, świętymi pajęczynami, gdzie w splotach pisma węzełkowego utkane są wspomnienia zdarzeń zapomnianych, ginących w nerwowo szarpanych interpretacjach wiatru odwiedzającego Rzekę. W mitach i legendach rdzewiejącej konstrukcji, zakurzona codzienność starzeje się milcząc. I tylko po głowie się drapię, że pierwszy raz dopiero lewą mostu stronę oglądam.

Pomny wczorajszego poranka, odartego z widzeń i własnego niedosytu z nim związanego, postanowiłem popołudniem zrobić dla wzroku cokolwiek. Bo skoro nie do końca świętemu Mikołajowi, udało się całą ziemię ruszyć, a innemu pchnąć elektrony na sinusoidalną wycieczkę, żeby jasność się stała, dlaczego miałbym być gorszy? Każdy pracuje w swojej skali, więc pchnąłem, co mogłem – własne cztery litery, na spacerek do tam, gdzie tubylcy i turyści tłoczą się, obowiązkowo odhaczając gryplan dzienny na Miasto. Może nawet mieściła się im kolegiata dwojga wezwań i kondygnacji, gdzie wspomniany Mikołaj uprzejmy był konsumować przywileje kapituły kanoniczej. Ja – minąłem ją zmysłami, bo przecież w kipiel tłumu chciałem, a nie w historyczną zadumę. Tak samo, jak minąłem panią dojrzałą na tyle by włosy farbować, lecz nie aż tak, bo na różowo. I pani owa z zalążkiem zaledwie czterech liter, tak wdzięcznie onym zalążkiem wywijała, jakby profesurą belwederską już była namaszczona za wybitne w tej dziedzinie osiągnięcia artystyczne. Minąłem współczesną wersję Jezusa, który zrezygnował ze zbawiania milionów i starzał się niegodnie, siwe włosy gumką ściągnąwszy, by w kieliszkach ich więcej nie odbarwiać, ominąłem sąsiadów z czeskiej kreskówki pokrzykujących przed nieuchronną katastrofą, dzieciaczka z rączkami do nieba wyciągniętymi, z którego wysypać się miały spełnienia wszelkich chciejstw, nawet w słowa nieubranych jeszcze. Uwieczniłem rodzinny uśmiech na jarmarcznym tle zasłaniającym ratusz, uszy przeczyściłem dialogami w kilku obcych językach, nieposkromioną ciekawość własną w jakieś nieznane podwórka wywiodłem, by cieszyć się ich urodą lśniącą za unijne pieniądze. A przecież wciąż czuję niepokój zmysłów po dźwiękach sztućców i naczyń z damskiej łazienki dochodzący wczoraj – czyżby jedzenie aż tak intymną czynnością było? A może grzechem piętnowanym społecznie, gdy kobiet się tyczy spożycie? I potem łażą z zalążkiem jedynie, miast pełną kręcić…


  • RSS