Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 1.2017

Łatwo zobaczyć, dostrzec trudniej, lecz w słowa ubrać, to sztuka już.

Cyborg, metalizowany przynajmniej na twarzy, ozdobami na wskroś nosa, uszu, warg i kto tam wie czego jeszcze, rozum pod dredami ukrywał. Bardzo wyrafinowany chyba ów rozum, bo obok niemal biegła szczupła kobieta z freskami na ciele liczniejszymi nawet od ozdób powiewających na niewątpliwie męskim opakowaniu przemierzającym rynek na wyciągnięcie jej dłoni. Zapatrzona w ów majestat, omal nóg nie zgubiła, gdy biegła przez jednoelementowy świat własnej miłości – takiej ze starej piosenki, gdzie on brzydki i ona niepiękna wcale. A wokół śliczna samotność się masowo rozgląda, poszukując tej mitycznej połówki drugiej (i wcale nie myślę o płynach rozrywkowych). Samotność w dżinsach podartych tak, że kolana wystają różowe, a nosy zadarte młodością śmieją się niejednoznacznie. Ktoś spieszy się, ktoś zwalnia nieznacznie, a inny kółka kręci w czekaniu jeszcze niespełnionym. Córka piekarza, o głosie pełniejszym nawet od ciała sympatią pała do świata i świeżym pachnie chlebem. I do głosu Armstronga tylko jej chrypki brak, żeby zaśpiewać standardy jazzowe – takiej, chrypki, jaką z sosny słyszę, gdy tylko zbliżę się odrobinę. Jak syrena przeciwmgielna, gawron ostrzega o swojej tam obecności, krótkim pozbawionym emocji ostrzeżeniem.

Szyszki kwitną na sośnie rozchylając płatki, jakby to wiosna była, a przecież wcale nie. To tylko wilgoć zmarzła na kość i położyła się na Rzeki autostradzie, albo zamarzła girlandą na rusztowaniach budowlanych. Abakany zielenieją na chłodzie, ja, zaplątany pod prąd w rzeźbie schodzących pod ziemię i mrok wciąż zbyt wcześnie, żebym barwami mógł się cieszyć. Życie w galeriach handlowych, jak wybuchło mokrą jesienią, tak wciąż kipi szczebiotem. Takim samym jak na świerku kłującym, który tuż obok pyszni się srebrno-zielonymi igłami. Bezdomny znów dzieli niedolę z łabędziami krusząc chleb w śmietniku znaleziony, żeby pojadły zanim zamarznie na lód rzucony bryłą betonu. Może ten sam, który w latarki świetle dzień wita pierwszy przychodząc? Z braku widzeń zaczynam wymyślać nowe zabawy. Ale, czy to rozsądne ludziom w twarze zaglądać, kiedy one takie zacięte i uciekające?

Jałowy i sterylny się czuję dziś. A świat płynie obok, jak wiatr omiatający boki konia, który wczoraj trwał niewzruszony, gdy ten wiał, a bezdomny korzystając z nadmiaru czasu wolnego starał się owego konia oszołomić własną filozofią. Ten tylko dygnął pęciną na pożegnanie i trwał. Wiatr wiał, koń trwał, ja zerkałem pod ławkę, gdzie podeszwa niedorosłego buta chowała swój wstyd porzucenia w szczeliny bruku. Wzruszam ramionami – w życiu trochę tych butów zachodzić trzeba, czemu więc nie tu właśnie? Ratusz wdzięczy się w nieskończonych obiektywach telefonicznych aparatów, a ja… bezbronny jestem wobec poety.

Takie rzeczy zdarzają się mnie. Jakbym miał inklinacje jakieś, predyspozycje specjalne, albo wręcz odporność na niespodziewane. Dzisiaj do miasta zawitał szeryf. A nawet dwóch. Samochód ze stylizowaną gwiazdą dawidową zatrzymał się na poboczu nad Rzeką i wysiedli. Obaj. Ten, który bliżej mnie był, pokonał wąski chodnik w pojedynczych krokach i opierając się o balustradę zapytał:

- to miał być krokodyl?

- aligator – doprecyzował drugi mijając samochód, żeby dołączyć do patrzącego w coś, co powinno być wodą.

Nawet mi noga nie zadrżała, gdy stawiałem następny krok, nie zwolniłem i oddechu nie straciłem. Jedna brew mi się nie podniosła, ani włosek na udzie. „Chyba mrożony” – pomyślałem tylko, ale okiem na gładko zamarzniętą taflę popatrzyłem. Nie widać gada, ale ciemno i na chodnikach skrzypią kroki łamiąc struktury skostniałej wody. Oni chyba też nie znaleźli, bo żaden do bagażnika po wielkokalibrową broń nie poszedł. Przynajmniej dopóki ich widziałem. Niech będą czujni. Albo lisa zapytają, czy nie widział. Z lekkim tylko niepokojem dokładam w pamięci podejrzenie następnego okazu fauny miejskiej do prywatnej kolekcji w księdze dziwów tutejszych.

Za to wczoraj musiałem pożegnać się z przeświadczeniem, z którym żyłem od dawna. (Jak zwykle) wydawało mi się, że kobiety nawet dżinsy noszą zupełnie inaczej niż faceci. A tu widoczek osobnika w wełnianej czapce, pod którą dredy sam już wymyśliłem obfite, w dżinsach smętnie i niechlujnie wiszących w górnej części zaplecza i krok jak u marynarza. Gdybym tylko owo zaplecze widział – facet, i gotów się byłbym założyć, lecz przecież piersiami mnie w oczy kłuł nim mnie minął… i buzię miał zbyt gładką. Więc można. I pożegnać się przyszło. I co mam zrobić, skoro zdarzają mi się właśnie takie rzeczy?

Jakiś krzyk znad Rzeki podniósł mi wzrok z niebytu. To lis wędrował wzdłuż brzegów szukając śniadania i skarżył się na nieurodzaj. Kubły przeszukiwane w świetle latarki wydawały odgłosy metalowo – szklane, a ślady zająca milczały ucieczką. Tak, ucieczką, co można było poznać po długości skoków zdecydowanie większych od kroku dorosłych ludzi. Kobieta, piękna wiśniowym niedopowiedzeniem, w mroku okna stygmatyzowała odchodzącą noc gwiazdą żaru pierwszego papierosa, pomarańczowymi smugami magicznych hieroglifów kreśląc pentagramy uroków. Kolekcjonuję cudze milczenia i w pęczki je wiążę na zapas. Posadzone wieczorem odwdzięczają się porankami gęstą dżunglą brzemiennego spokoju. Takiego, w którym czas nie ma ochoty poruszać się w żadną stronę. Zupełnie, jak niedźwiedź jaskiniowy mieszkający pomiędzy oknami elewacji jednej z wąskich uliczek nieopodal rynku.

Zimą wszystko zbiera się w chmary – wrony, łabędzie… Wystarczyło, że ktoś na przemarzniętą Rzekę rzucił chleb, żeby zakwitł emocjami wir cyklonu mew. Wrzeszczące wniebogłosy, wirujące setkami płatki śniegu krzyczały i wyrywały sobie z dziobów fragmenty łupu chwytanego w locie. Na chodnikach kobiety w za dużych okularach i zbyt krótkich spódniczkach – zupełnie jakby się umówiły, że tak ma być w ten dzień. Może to z pośpiechu, jednak miałem wrażenie, że niektóre to nawet tej spódniczki zapomniały, tak bardzo do stada chciały dołączyć i spod płaszczyków obowiązkowo czarne rajstopy przyciągały wzrok, a kolana szukały skrajów spódniczek nadaremnie. Trawnik zarośnięty od niedawna śniegiem wydeptany przez psy tubylców byłby utrapieniem tropicieli. Śladów więcej niż deszcz dziur w piasku wywiercić potrafi. Kto wie, czy wiedzione instynktem jakimś pierwotnym psy zrobiły to z premedytacją. Łapa obok łapy, ale nigdy razem, nigdy połączone, czy stykające się. Ostrokrzew kiwa się z politowaniem nad moimi dylematami, a na sośnie chrapie jakaś opuszczona kawka, prosząc, żebym nie zbliżał się bez potrzeby. I wróbelek powieszony na sznurku; skostniały wciąż wisi z ratuszowego gzymsu samotnie. Jak długo wisieć będzie? Do wiosennych roztopów?

Jałowce przykryte ciężkim śniegiem wyglądają jak wydmy humusu. Sosny ubrane w peleryny będą nocą straszyły niegrzeczne dzieci. Wrona z wysokości latarni patroluje parking i szuka czegoś wytrwale. Drobnica miałkiego, mielonego śniegu zaburza ostrość widzenia i na nagich gałęziach drzew osiada, a ludzie kurczą się w sobie. Pani w popielatych rajstopach nawet wargi potrafiła schować we wnętrzu ust i nie potrafię powiedzieć, czy ładną była. A przecież wydawało mi się (bo to jest coś, co mi się zdarza nagminnie), że chciała mi powiedzieć: czy my się przypadkiem nie znamy? Nie – nie sądzę. Ale być może moglibyśmy. Cisza pochłania dźwięki i chowa je w śnieżnych przestrzeniach. Zimą jest jakoś tak głębsza i tłuściejsza, aż uszy trzeba przecierać, żeby się upewnić, że to nie defekt laryngologiczny. W takiej ciszy spadająca kropla wody wydaje się eksplozją.

Kiedy się z głową w chmurach spaceruje, a nogi ciągną jak koń dorożkarza utartym szlakiem codzienności, bardzo łatwo jest ocknąć się z myślą, że nie bardzo wiem, gdzie jestem i co właśnie tu robię. Jeszcze łatwiej nie zobaczyć nic. Dokładnie nic. Mielić wzrokiem obrazy, ale ich nie notować zauważeniem. A tak wczoraj było. I na moście wciąż niebieskim ocknąłem się wreszcie, rzucając okiem gdzieś tam, gdzie pomiędzy białymi autostradami dla wiatrów wybuchała czerń nurtu. Na skraju piątka łabędzi otoczonych watahą krzykliwej drobnicy mewiej kręciło się lekko zdezorientowane, a ta moja nieuczesana głowa skojarzenie przyniosła – reszta łabędzi rozmieniła się na drobne. I te, które pozostały, nie zdążyły transformacji przejść i teraz za rodziców-kolosów robią narybkowi hałaśliwemu. Białe na białym, na skraju czerni. Przyglądałem się z cichą ciekawością i wzrokiem tropiłem ślady na śniegu. Odnalazła się reszta kolosów, a ślady oglądane z perspektywy nabrzeża wydawały się tak wielkie. Kawał ptaszyska musi to być. Mróz schował się do damskich szaf i wywiał z nich minispódniczki – czyżby wiosna nadchodziła? Masowo, jak wysyp grzybów. I okulary. Wciąż ich więcej na nosach płci obojga, jakby to była najmodniejsza w tym sezonie biżuteria. Czas się obudzić chyba, kiedy mija się panią z myszką na policzku a ja nie wiem, czy współczuć, czy cieszyć się, że to nie siniaczek. Jakiś pan spaceruje beztrosko po lodzie, nie przejmując się oraz lepiej widocznymi pęknięciami od których śnieg moknie na ciemną szarość. I napis butem w śniegu odświeżany regularnie, tak, żeby z mostu białym zwanego dało się go swobodne odczytać bez okularów. Delta jest ostatnią literą, czy to tylko stylizowane A? Nieważne – gratuluję wytrwałości i beztroski.

Są takie miejsca – nie dla każdego. I w każdym mieście pewnie są. A kiedy już z nieświadomości, własną tylko chęcią gnany, poszedłem z premedytacją i ignorancją kompletną, żeby się odbić od słów, że przecież zamkniętą dla zewnętrza jest przestrzenią, zapytałem siebie: jak to tak, przecież chcę… I słowem, bo w końcu są po to stworzone, udało się miejsce odczarować i oswoić na przyszłe chciejstwa własne. Udało się herbatę z dodatkiem drzewa sandałowego wypić i serami lampkę wina wzbogacić w głębię smaku. Udało się wyszeptać starym, oprawionym w ramy zdjęciom ważnych tubylców opowieść o Mieście, którego oni nie znają, drżącym jak świeca na stole głosem. I kolejny fragment Miasta moim mi się stał, zasiedlonym przez wzrok i wygrzanym na wiekowej kanapie pośród bibelotów. Mało tego – choć w to sam nie mogę uwierzyć, najmłodszym elementem wystroju byłem i średnią wieku zdecydowanie obniżyłem; bezczelnie absolutnie i nawet się tego nie wstydzę. Dziwne to bardzo, że przecież nie jest to miejsce w zaścianku, że Rynkiem wiatr przepocony tu dociera i od Rzeki wilgotnym jest jeszcze, nim się w granitach zdąży wypocić i przeschnąć pośród starych uliczek, w równie starych, zdobnych elewacjach kamienic. Uśmiechnąłem się do wspomnień ubranego w szpadę wyłącznie szermierza, okiem przez bramę skradałem się nieśmiało, żeby zobaczyć, czy nie stoi tam wymyślony przeze mnie człowiek, ślady miejsc znanych ze specyficznego smaku i przyzwyczajeń mijałem po drodze, ubierając je we własne historie. Dobrym więc musiał być ów dzień, który oczom i głowie widzenia przyniósł, chociaż wcale nie musiał…


  • RSS