Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 2.2017

Dzień taki, że czapki zniknęły z głów. Tylko ci, którym przyszło wyjść wcześnie mieli je ze sobą, ale już dżokejki się pojawiać zaczęły i kapeluszami obsypało młode żeńskie głowy. Rozhuśtało stroje tak bardzo, że obok krótkich spodenek wędrował płaszcz z grubym szalem, obok gołych achillesów w lekkich adidasach i minispódniczki paradowały ciężkozbrojne, zimowe kurtki i kozaki sięgające powyżej kolan. Względnie rajstopy uwięzione dołem w martensach. I słońce w wędrówkę po Rynku poszło, skuszone aromatami mieszającymi się niespiesznie i przypominającymi o pokusach gastronomicznych. Obcojęzyczne enklawy, jak pływające wyspy snuły się po granitowych połaciach, komentując widzenia dostępne tubylcom co dzień. Świat się budzi, a wraz z nim ciekawość. To dobrze. Zdecydowanie bardziej mi służy czas, w którym się ona uzewnętrznia. Policja pacyfikuje tulipany więdnące na wyściółce z gazet w przejściu podziemnym, dziewczęta na schodach ratuszowych ze wspólnego (już nie gorącego) kubka jednym widelcem konsumują makaron, a chociaż przed ich nosem wróbel wciąż wisi, jakoś go nie dostrzegły. Za to mnie – owszem. Lecz złudzeń nie mam. Nie na mnie czekała głodna dziatwa, więc ruszam we własną codzienność.

Leniwa niedziela. Gołębie zajęły stanowiska na parapetach chyba dość starannie wyselekcjonowanych, jakiś wróbelek wykorzystał dziurę w elewacji i pod tynkiem, w styropianowej płycie, gniazdo sobie urządził. Bezruch i statyczne dość godziny, a widzeń jakoś ubywa. Ludzie pochowali się w mieszkaniach i tam skrywają emocje. Pani klnie długo i bardzo głośno na swojego chłopa, który już sam nie wie, gdzie uciec przed hałasem; samonakręcającym się i bardzo wulgarnym, więc w oknie zawisł z papierosem w ust kąciku. Ktoś wierci dziury namiętnie, inny tłucze kotlety, cień muzyki wszelakiej od uchylonych okienek dobiega. A mnie ta symfonia dźwięków, tej świątecznej odmiany, odstępstwa od rutyny dni roboczych, przyniosła jeszcze jedną solówkę. Arię na głos wysoki, emocjami nasączony po krańce rozumu. Młodą, świeżą kobiecością pachnący. Wyśpiewany improwizacją na dwa ciała, pożądaniem opętany taniec, szczery do krwi, jedyną prawdziwą do szpiku kości pieśnią, jaką można usłyszeć. Uśmiecham się życzliwie – niech się darzy, niech się powtarza, bo chwil szczęścia nie każdemu jest dane dostatnio. Skoro więc oko dziś odpoczywa, niech ucho weźmie świat we władanie i głowie dostarczy wrażeń. Niezły początek. A dzień jeszcze długi… Kolejna pieśń… Ku chwale życia.

Toast.

1 komentarz

Nowe idzie. Nieznane. Może to przez ten wiatr, który od paru dni już próbuje wydmuchać z Miasta przeszłość i teraźniejszość, i zamknąć ją gdzieś poza wzroku zasięgiem, i do lamusa wysłać? Nie wiem, ale dzisiaj pewność już mam, że nowe idzie . Bo tak już jest i trudno to zmienić, kiedy się człowiek zacznie z losem przekomarzać. I swoją własną, bezgraniczną wręcz beztroską podzieli. I myślą wysnutą gdzieś tam daleko i dawno tak, że już mchem porosła. A los – jak to w zwyczaju miewa – daje czasami i spełnia te omszałe, pijane widy i śmieje się w głos patrząc, jak się człek potem szamotać poczyna, bo dostał, czego się nie spodziewał – dostał, co chciał, albo co się mu nawet nie śniło. A ja go jeszcze zapraszałem przecież. Nie raz i nie dwa. Na poligon mój własny, jak na podwórko, gdzie się codzienność dziać raczy, gdzie skromnie, ale bezpiecznie przyszłość dojrzewać miała i kurzyć się tam po kres pamięci. Kląć szpetnie mi nie wypada, bo przecież mną los skuszony został, i przyszedł jak gość zaproszony, i w ręku flaszkę na zdrowie mi przyniósł. Wypiję. Na zdrowie kielicha wypiję, lub dla kurażu. Raz można. Stuknąć się z lustrem los chciał, za pomyślność. Za jutro. Za marzeń spełnienie. Tylko dlaczego w głowie dźwięczy mi modlitwa Okudżawy? Szkłem stuknę o szkło i z lustrem…

Znowu hurtem się dzieją rzeczy, jakby instynkt stadny był imperatywem nie do pokonania. Panie w rozpiętych płaszczach spieszą się, dziewczęta w okularach masowo marszczą czoła, a te z barwnymi paznokciami dokarmiają się stojąc. Kanapki jedzą równie kolorowe, pod dachem stojąc, żeby ich deszcz nie zmoczył. Tych kanapek znaczy się. Bo deszcz jest bardzo demokratyczny i wszystkich nawiedza równo. Samochód podniósł kałużę wprost na moje spodnie, bo czemu nie? Nawet się nie zdziwiłem. Łatwiej trafić przecież we mnie niż w tego kormorana, który sprawdza jak wysoko chmury się unoszą i czy ponad nimi słońce wciąż świeci. Kolejka do cukierni wzbudza nostalgiczne myśli starszego pana, który z rozrzewnieniem zauważa, że podobne pamięta z PRL-u. A to tylko rozpusta kalendarzem planowana. I pewnie spłynie ten dzień do rynsztoka, albo Rzeką burą i mulistą, która już zapomina, że skuta lodem była jeszcze przedwczoraj.

Bez.

4 komentarzy

Prasówki mi się zachciało. Bezmyślność. A tam sensacja za sensacją. Jakaś pani w dalekich stanach bez stanika z domu wyszła (po chleb może?), a druga odbierała chyba jakąś nagrodę w nocnej koszuli… Normalnie pozazdrościłem… Wstyd się przyznać, ale taka mnie złość ogarnęła, że to nie ja na taki przewrotny plan wpadłem, żeby tak bez stanika – darować sobie nie mogę, ale – pionierem już nie będę, ale też mogę. A co? Pójdę i nawet nie będę udawał, że zapomniałem. Z premedytacją nie wezmę. Pójdę i będę tym bezwstydem oślepiał przechodniów i paparazzich też. A jeśli zobaczysz mnie w jutrzejszych sensacjach, to od razu uprzedzam, że może mi się spodobać i recydywa gwarantowana. Gorzej, że nocnej koszulki też nie mam ani jednej. Niech tam. W razie potrzeby zainwestuję. Do zobaczenia gdzieś w Mieście, jeśli się nie wstydzisz przywitać.

Czarny dym z komina dobrze nie wróży – znowu namiestnik się nie objawi dziś. Miasto pełne czarnych rajstop, czarnych kozaków i takich minispódniczek. Tylko czapki, już mniej liczne, są w kolorach różnych od tego, który brakiem koloru jest bardziej niż barwą. Wrona znalazła sposób, żeby wyżreć wróblom zawieszone siateczki z karmą, kołyszące się z gałęzi brzozy – wniosła taki woreczek na gałąź i wyjada bez skrępowania, dźwięki lubieżne wydając. Jakiś pies łasi mi się do nóg, zbyt młody, by pałać nienawiścią, lub innymi wrogimi uczuciami. Sowa z piekarni wprasza się z serdecznym uśmiechem na śniadanie, lecz kawy nie chce. Ani wypić, ani ze mną, choć dzień dopiero się zaczyna. Wiesz? Rzeka wciąż płynie… Znów płynie i zbiera wilgoć z każdego jutrzejszego trawnika.

Podróż w nieznane. Przez Miasto. Idę dość szybkim krokiem, bo chcę zdążyć, czyli idę do, a nie po prostu idę. Mijam zniszczony organizm męski uśmiechający się zdekompletowanym garniturem uzębienia – takim od trójek się zaczynającym, co nieodmiennie kojarzy się z rumuńskim hrabią z legend. Mijam bez słowa, tak samo jak mijam młode kobiety parkami pod rękę idące, chociaż kłóci się we mnie konserwatywne bardzo rozumienie słowa para, jako wspólnotę różnopłciowości. Cóż robić, skoro ten nie konserwatywny zestaw monopłciowy obecnie widywany jest stosunkowo często i już nawet dziwić przestał, co pozwala bezczelnie i bezwstydnie przyglądać się takowej wspólnocie, a czasy skomplikowały się do tego stopnia, że kto spodnie nosi nie wiadomo zupełnie. Idę, a chociaż przede mną nikogo nie widać, to wzdłuż krawężnika toczy się soczyste i rumiane jabłuszko. Ostrożnie się toczy, żeby się nie pokaleczyć i nie zahaczyć ogonkiem o przejeżdżające obok samochody. Bezpańskie jabłuszko, a nie rajska pokusa, z deszczem nie spadło, bo słońce wciąż świeci, a na jabłoniach nie widać jeszcze pąków nawet. Skąd więc ono w tej betonowej termitierze? Któż i kiedy porzucił? W kręgle niewidzialny gra, czy żart gadżeciarza – elektronika? Obok ludzie i nikomu powieka nie zadrży, ani kolano zmięknie, tylko ja (jak zwykle) zdziwiony.

Wystarczyła jedna noc, żeby zima zdążyła odejść wystarczająco daleko, by słońce uwolniło okolicę od chłodu, a świergot od rana sugeruje, że nowe już przyszło. Ja, bez pośpiechu, bo dzień taki, że zwolnić się chce i rozkoszować jak świętem jakimś, kurtkę porozpinać, albo wręcz zapomnieć i niech tam na wieszaku dopomina się o zauważenie. Gołębie przytulone gruchają już wiosenną pieśń. Zabawnie, bo wyglądają jak własne negatywy, co stwarza ciekawy dylemat genetyczny – jakiej maści będzie potomstwo. Jeśli w ogóle będzie, a to przecież nie przesądzone jeszcze. Bo to raz gruchało się nadaremnie?

Zbyt wiele myśli w głowie, i widzeń ubywa, i zdziwień mniej jakby. Rano, drzewa z podbitką śnieżnych igieł, aż kusiły, żeby pogłaskać te miękko wyglądające gałęzie i puszyste jeże drzew iglastych. Pozwoliłem nogom na większą niż zazwyczaj swobodę, więc poszły sobie ścieżką, której sam bym nie wybrał – i dobrze, bo kolejny ambrowiec się odnalazł i skusił kiścią kasztanów zeschniętych. A kobiety wciąż w za dużych okularach i (co zastanawia) mają długie, rozpuszczone włosy. Pewnie moda się zmienia na skraju zimy. Może to z okazji? Bo czerwonych róż wędrujących w męskich, zgrabiałych łapkach całkiem sporo jeszcze nie dotarło do portów przeznaczenia. Mały książę wpadłby w depresję i wylądował na oddziale trwale zamkniętym. Samotność potrafi bardzo dziwne ołtarze budować. A może każdy tak ma? Własną kapliczkę dla jednego tylko widza-uczestnika-budowniczego? Schłodzony policzek drapię, szorstki od zarostu i sterczący ponad normę. A moja? Jakim jest ołtarzem?

Namawiam ciało na spacer. Nie buntuje się absolutnie, jakby wiedziało, że i tak pójdzie ze mną. Może mnie lubi? Albo wie, że i tak samego w domu nie zostawię, więc milczy, żeby się nie skarżyć. Bo skarg jakoś nikt nie lubi. Dziwne trochę, bo wydaje się, że człowiek oprócz tej weselszej strony, ma również tę mroczniejszą – jak księżyc. I poznanie tylko jednej wniesie zaledwie połowę prawdy. Ja nie pytam. Skoro mówić nie chce, to niech się męczy samotnie. Albo mi nie wierzy, albo uważa, że i tak nie pomogę, więc kłamliwe słowa zbędne. Na wszelki wypadek sprawdzam owo ciało, czy defektów poważnych nie ma. Z grubsza wszystko na miejscu, w lustrze również komplet, tzn. wszystko, co było wczoraj, tylko o noc starsze, ubytków i nowalijek nie widać, więc można bezkarnie i beztrosko. I nie po ciemku. Jak go taszczyć? Pod pachą, czy na ręce wziąć – nie wiem jeszcze – może pójdzie samo. Albo jak cień – rzuci się do nóg i ich będzie pilnować chyłkiem za mną przemykając i przeglądając się w zamarzniętych kałużach, albo obcym na palce następować. A może pod rękę ze mną pójdzie jak ukochana kobieta i w oczy mi zerknie i buziaka jakiego skradnie, nim obcy z zawiścią w oczach zepsują chwilę? Zobaczymy.


  • RSS