Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 3.2017

PS.

1 komentarz

Za dużo masła – znowu skleroza. Albo spacer za długi, albo widzeń przybyło, a szkoda byłoby utracić widzenia z powodu ułomności umysłowej. Bo przecież dzisiaj jakiś chłop niestary szedł, niosąc swobodnie na jednym ramieniu długoogoniastą, zieloną papugę, a na drugim krótkoogoniastą i niebieską. Obie komentowały wydarzenia z wysokości tymczasowej gałęzi, a ludzie komentowali z poziomu chodnika. Ekstrawagancki dość strój chłopiny konkurował z totolotkowymi cyferkami na kadłubach siedmiorga zwiedzaczy Miasta. Ze względu na opakowanie mogli zwiedzać wyłącznie od zewnątrz. Mi akurat takie zwiedzanie służy i rzadko pcham się w jakieś środki, oni czasami zbierali się w grupkę – taką więcej rozproszoną, bo większość cyfr stanowiły zera. A to są bardzo „puszyste” cyferki i o zbliżeniu nie było mowy absolutnie.

Plaga srok spadła na miasto, jak zaraza jakaś. Jakby ktoś czarno-szare wrony przemalował na biało-czarne, też krzyczące ptaki, żeby zastąpiły zimowe krakanie wiosennym. Szpaczyca wysłała szpaka po kwiatki, a ten gwiżdże na fiołki i patrzy na nią, czy takie być mogą, żeby jej rumieniec na upierzenie wrócił. Coś odpowiedziała, ale co – nie wiem, nie mam talentu do języków obcych. Mogę tylko własną interpretacją domalować znaczenie. Na przykład: „phi… fiołki… jakby kwiatów na świecie zabrakło… takie byle co, które na każdym trawniku pies podlewa – wysil się chłopie na jakąś oryginalność”. Magnolie napuchły kwiatami i tylko czekać, jak eksplodują aromatem, żeby po ulicach łaziły pijane jednostki i fruwały równie oszołomione owady. A ja nie schyliłem się po puszystą szyszkę, bo ręce miałem pełne i głowę w niebycie. Może dlatego potknąłem się potem na chodniku, który jak zwykle nie chciał być wystarczająco równy do zadumy marszowej. Zabawne, że tak łatwo można przyzwyczaić się do tych wszystkich prostopadłości i równoległości, poziomu i pionu, oraz idealnej liniowości. Tak jakby to naturalne było, a przecież nie jest. I nie było.

Żółty świat cały. Dołem kaczeńce, krokusy i zawilce, nieco wyżej forsycje, a górą słońce panoszy się niepodzielnie na niebie całym. Tylko robaczek zwany tramwajem, w czerwono-czarnej garderobie przemierza świat, łącząc wagoniki w większe zestawy. Aż sprawdziłem, kto on i okazuje się – kowal. Dziwna nazwa, bo niby czemu? Bo chyba nie od kopulacji, którą potrafią rozciągnąć na cały tydzień non stop? Kurtki już strajkują na wieszakach, a nogi wciąż bardziej gołe i pierwsze siniaczki tego roku, lecz jeszcze nieśmiałe, proste, że bardziej nie można – łypią okrągłym okiem w kolorach od zgaszonego błękitu, po rozmytą czerń. Wędrują smutki i radości małe. Starsza pani ułatwia sobie spacer korzystając z hulajnogi, widać nogi już swoje w życiu przeszły. Moim bym się ukłonił, ale coś w kręgosłupie mogłoby strzyknąć, więc tylko powiem – dobrze, że są i że im się jeszcze chce. Bo tak między bogiem a prawdą, to głowonogiem chyba jestem – chodzę, by zbierać sześcioma zmysłami obrazy w głowie. Póki są i działają. Reszta, to tylko wypełniacz – jak trociny w brzuszkach laleczek.

Fioletowe trawniki od fiołków i przekrzykująca się drobnica ptasia pośród forsycji i jałowców. W galeriach tłumna, gasnąca ciekawość i nuda rutyny. Na chodnikach więdnące ubrania i pierwsze biustonosze opalające się w promieniach zdradzieckiego słońca. Czerwone nosy i ramiona, kolana głodne ciepła i uda pieszczone wiatrem, który bezkompromisowo i bezczelnie wdziera się pod sukienki malując na twarzach lekką mgłę niedopowiedzenia. Kapelusze i brzuszki kryjące niecierpliwe życie pchające się na świat. Krążę na los szczęścia, gdzie nikt mnie nie czeka, lecz trafiłem na dziedziniec przez otwarte „herbowe” drzwi z masywnego drewna. Tego budynku, który najbardziej w Mieście podoba mi się, gdy patrzę z drugiego brzegu Rzeki. Lustrzane okna, odrestaurowana studnia dwustuletnia, granitowa kostka i bluszcz wspinający się na kasztanowca. Bo ten, który wspinaczkę po ścianach uprawiał został przystrzyżony gdzieś powyżej pierwszego piętra i tylko śladami macek na murze pstrokacizną oznaczył, że mieszkał tam jeszcze niedawno. Pierwszy chrząszcz i pierwszy trzmiel wiosenny przelatują mi przed oczami, ale nie są namolne, jak motyl z rusałkowatych, który omal się nie zderzył z moim nosem. Na wyspach wysyp stokrotek i studenckiej radości. Rynkowe przestrzenie kurczą się każdego dnia, ustępując wzbierającej fali ogródków. W taki czas każdy spacer staje się zbyt krótkim, zbyt szybkim, zbyt pobieżnym. W dowolnym języku. A tu na monotonię narzekać trudno. Folklor i cepelia, głos od boga na ulotkach informacyjnych wzmocniony potencjalnym wykładem na żywo. Remonty i naprawy pozimowe – pejzaż codzienności. Nie całkiem martwa natura, którą oglądać mogę nie wchodząc do żadnej galerii. Nawet dotknąć, albo sobą uzupełnić, gdyby mi do głowy przyszła fanaberia takowa.

W parku kaczor. Taki z zielonym łbem i brązowym żabotem, a pomiędzy – biała, cienka wstążka, jak wskazówka dla rzeźnika, którędy ma duszę wypuszczać ze zwierzątka. Łaził tak pomiędzy platanami, szerokim łukiem mijał żwirowe alejki i miłorząb, któremu komuna krzyż z gałęzi odcinała w ramach alarmu p-poż, żeby ludzie nad cudem nie debatowali, bo zagrożeniem się stał dla porządku publicznego. Chodził i coś tam złorzeczył, bo mu ławkę zająłem? Pewnie tak. Młoda pani z malutkim bączkiem biegającym wokół wózka przechodziła ów park na wskroś, nie bacząc na żwir alejek, tylko poprzez te jeszcze zeszłoroczne trawniki. Wystarczyło, że głowę odwróciłem, a tu niespodzianka – kaczor znikł! Młodziak zeżarł go na surowo? Z piórami? Czy mamusia przezornie uzupełniła wiktuały i do przepastnej siateczki przy wózku przytroczyła go dla niepoznaki zasłaniając zbędnym teraz kocykiem? Ludziki chodzą, a kaczor już nie. Zerkałem podejrzliwie, bo to towarzystwo ani na głodne, ani na krwi żądne nie wyglądało. Okrążyli rabatę jutrzejszych kwiatów (żurawin szukali albo buraczków?), nieczynną jeszcze fontannę i poszli. A kiedy parkową bramę mijali, kaczor objawił się znienacka i przekonywał roślinność, że już pora liście i kwiaty na świat wypuścić. Czyli co? Telekineza? Omamy, lub zaburzenia czasoprzestrzeni? Czy może pani skruszona porzuciła łup dyskretnie, bom ją wzrokiem za mocno napiętnował? Nie wiem, ale uśmiech niosłem zdecydowanie szerszy i wystarczył na całe popołudnie. Coś jednak na rzeczy być musi, bo dwa gołębie na kamieniu siedzące tuż nad wodą łebki przechylały i gruchały jakoś tak, jakby chciały jaja w wodzie składać, albo przynajmniej gniazdo pływające uwić. Zamiana ról w przyrodzie, fanaberia ewolucyjna? Niech się martwią następne pokolenia, a ja sobie odrobinkę radości poniosłem w Miasto.

Wiosna w rozkwicie, co poznać można niekoniecznie po krokusach i stokrotkach, bo nawet forsycje zaczęły kusić świeżą, nierozwiniętą żółcią, ale po ekstrawagancjach tubylczych. Obok czapek z szalikiem zakończonym kieszeniami gotowymi pomieścić puszkę piwa, potrafią wędrować krótkie spodenki. W rynku rozkwitają pierwsze ogródki, cymbaliści, malarze, rzeźbiarze, żywe pomniki, kwitną młode miłości i stare, zapieczone żale. Zabiedzona chudzinka płci żeńskiej dziękuje swojej równie chudej towarzyszce, że w jej towarzystwie zjeść może „burgera bez wstydu”. Męskie głowy, które na ogół pomijam wzrokiem, również zachowują się dość niezwykle. Posługując się terminologią stosowaną dla globusa – tereny porośnięte przeniosły się z półkuli północnej na południową, a jeśli nawet nie zrobiły tego z bujną, żywiołową fantazją, to na północy pozostawiły szczątkowe lasy w rejonach bieguna – ocieplenie klimatu, jak widać dotyczy nie tylko lodowców Arktyki. Płeć z tych piękniejszych dla odmiany eksperymentuje z kolorem – przewaga turkusa w każdym odcieniu występującym w naturze, oraz siwego, co przy którymś widzeniu, na wysepce pomiędzy jezdniami, wystraszyło mnie wystarczająco, żeby doprowadzić do konkluzji, że owa pani tak długo czekała na przychylność sygnalizacji świetlnej, że zdążyła się zestarzeć. Pogratulować przy tym należałoby wyprostowanej sylwetki, mocnych nóg i uśmiechu dźwięczącego w głosie. Nie podejrzewam siebie o taki optymizm w niekończącym się oczekiwaniu na zmianę świateł. I snują się błędne owce, żeby nie powiedzieć – kłębią, bo owce kłębią się na ogół, ponieważ tak mają w genach zapisane i w ich przypadku jest to wręcz obowiązkowe. A ja? Pasożytuję pomiędzy, co czynię od długiego dość czasu, ale chwilowo żadną legendą nie obrosłem, jak te krasnale zaśniedziałe, dziecięcą ciekawością wypieszczone na gładko.

Padało może niezbyt intensywnie, ale przy okazji wiało. Mocno i wytrwale. Na tyle, że jakieś blachy na dachu zaczęły kłapać tęsknoty do wędrówek z wiatrem pod pachą i dopiero straż pożarna wyperswadowała im wycieczkę w dosłownie siną dal. Nocą na niebie księżyca pół zaginęło bez wieści. Rano to ocalałe pół nadal szukało zaginionego fragmentu. Czekało i ociągało się z odejściem, chociaż słońce już malowało kolory. Nawet szpaki na gałęzi siedzące niby ćwierćnuty plotkowały, że tak nie można, że pora spać, a zguba się może sama odnajdzie – nie dziś, to za czas jakiś. Wiatr, aby poszukiwania ułatwić litościwie przegonił resztki chmur, które zejść nie zdążyły nocą na ziemię. Wróble temat przećwierkały pod ostrokrzewem, a jeden to nawet chciał mi szepnąć na ucho, żebym się nie martwił, ale go wrona przegoniła chropawym basem.

Było nie czytać. Przecież żaden to obowiązek, a ja, jako ta ćma do świeczki i musiałem. Nie odmówiłem sobie wiedzy, że w Mieście mniejszością jestem. Niespodzianie zupełnie. I ta pani, co głowę szalem owinęła i szyję i pół tułowia nawet, żeby zakryć turkusową, letnią sukienkę na dżinsy założoną, i tego pana o orientalnych troszeczkę rysach, którego pomarańczowy kapelusz-turban pysznił się na centralnym deptaku jak wschodzące słońce, jak pan grający rosyjskie romanse na skrzypcach, co wydawał się równie jak one stary. Wszyscy. Ta pani ze słomkowymi warkoczykami uśmiechająca się do swojego telefonu, niepełnosprawne dziecko kopiące własną matkę i obcą kobietę również. Nawet pani w spodniach z malowanymi lisami na kolanach i gałązkami nieznanej rośliny, trzymająca pod rękę siwobrodego artystę, by ciekawość zaspokoić, skąd ten pomysły czerpie. Bo oni też. Oni wszyscy, do spółki ze mną – mniejszością są w Mieście. Co robić, kiedy prawda potrafi wyjść na chodniki, na place zabaw i podwórka, starając się ogonami zamieść gdziekolwiek, choćby pod dywan (gdyby takowy był) tę prawdę, której istnienia strzegły dotąd cichutko i w zakamarkach świadomości. A tu proszę – wynurzyła się przede mną, żeby mnie skazić poczuciem. I tak też się czuję – skażony. Bo statystyka przypisała mi czwórkę lokatorów, o nazwie brzmiącej podobnie do odgłosu, który wydaje zarost dwudniowy, kiedy po nim dłonią przejechać. Szczury – demokratycznie, czteropak dla każdego, bez względu na wiek/płeć/pochodzenie/wyznanie i orientację, z seksualną włącznie. Ja orientację straciłem. I kręcę się jak ta igła kompasu, po zaniku pola magnetycznego. Kręcę się po Mieście i już nie wiem, czy jestem u siebie, czy w gościnie u szczurzej rodzinki.

Okazja złodzieja czyni podobno, a w kraju okazja jest co dnia, bo klimat taki mamy więcej sprzyjający. Obchodzić można wiele rozmaitości i każdy coś dla siebie wydłubie, jakieś święto ekscentryczne, albo w ostateczności miesięcznicę. Ja postanowiłem obchodzić dzisiaj. Millenium obchodzić i (ponieważ nihil novi…) powtórzę światowe misterium. Takie w zaściankowej wersji, jako, że i ja z tych drobnych. The Race. Ale bez katamaranów, bez oceanów i bez rywalizacji. Pójdę w rejs na powitanie wieku. Przez Miasto pójdę i każdy wiatr sprzyjającym niech mi będzie i widzenia przyniesie godne jubileuszu. Bo, jeśli licznik nie zwariował, to właśnie popełniam tysięczną notkę w tym blogu. I on to przeżył! Może powspominamy sobie z pamiętniczkiem i jakiś romantyczny wieczorek przy notkach zakurzonych? Obarczyłem go przecież ciężarem własnego istnienia, więc niech ma swoją chwilę i on. Bo łazi ze mną taki coraz więcej zgarbiony, bo ja beztrosko dorzucam wciąż nowe i nowe, bez umiaru i zahamowań, a on znosi w milczeniu, i jak cień za mną, i kartki w starych kalendarzach piętnuje pamięcią. A ja nawet tego lusterka odświeżyć nie chcę. Dobrze mi służy takim przez muchy popstrzonym i z kleksami wyschniętej śliny, gdy uczuć słowami nazwać nie umiem i tylko ekspresją spontaniczną się z nim podzielę. „Więc? Płyńmy z prądem Rzeki tam gdzie…”

Wyszedłem, na chwilkę zaledwie, żeby tak zwanym „świeżym odetchnąć powietrzem”. I w górę zerknąłem bezwiednie. Nade mną chmury; stojące, jakby je ktoś w prostokąt widzenia zepchnął, zebrawszy z całego firmamentu. Białe. Tak pomyślałem pochopnie. Białe, tłuste i gęste jak kwaśne mleko, które przecież jest albo białe, albo jeszcze bardziej białe, albo tak białe, że zaczyna być ciałem stałym. A księżyc równie tłuściutki w nos mi się zaśmiał i mówi, że nieprawdą jest wcale, że tam, gdzie on nie widzi, a ja doskonale, to one są szare, bo węglem palą w okolicy i się już nieźle zakurzyły. No i miał rację drań jeden! Są szare, i to z sugestią tendencji zmierzania w kierunkach jeszcze intensywniejszych – do czerni nawet, jeśli im na to pozwolić. I znów mi księżyc oko puścił, że nie pozwoli, że spać mogę spokojnie, on powstrzyma. Do rana powstrzyma, a potem, niech się dzieje wola nieba. No, to poszedłem, bo nic tam po mnie. Jak zwykle.


  • RSS