Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 4.2017

Poranek idealny. Po wczorajszych, nasyconych granatach niebo złagodniało zarażone promieniami słońca, a ptaki upijają się własnym śpiewem. Tylko sroce zbyt kusząco błyszczą gołębie grzbiety i gania za nimi, jakby to były sreberka z czekolady, które koniecznie musi do gniazda zanieść. Kos gwiżdżący pośród liści drzew sprawdza, jak daleko niesie się jego pieśń, której dziś nie odważył się zakłócić ani tramwaj, ani samochody, a ta odbija się od ukrytych wstydliwie w podwórkach elewacji. Na wieszak odkładam pośpiech i obowiązki. Dorosłość też odwieszam, żeby się nie spocić i wyrzutów sumienia nie dźwigać. Wciąż chcę w zielone grać. I bilet w zielone mam już przy sobie, od wczoraj, choć musiałem przeczekać niespokojny tłum i starszego pana, który chyba chciał oprócz biletu, kupić pociąg i dworzec i zaciekle negocjował przy okienku, a nie są to łatwe sprawy i kosztują sporo energii i czasu. Jak łatwo jest w taki dzień powiedzieć słowo za dużo, albo milczeć patrząc, jak mgły nawlekają się na igły sosen i zerkają wilgotnym, diamentowym oczkiem z każdej, nawet uschniętej igiełki. Dobry dzień – na małe sprawy i duże myśli… Albo odwrotnie. Co komu gra pod skórą. Ja rozdmuchuję chcenie i chcenia chceń. Niech płoną, zamiast się tlić. W głowie żadne chcenia nie są za duże i zbyt odważne.

Ależ spryciarze z tych wron. Jedna nad brzegiem kałuży się zadumała na chwileczkę, po czym wrzuciła w nią kawałek suchego chleba. Wskoczyła do tej kałuży sama i dziobem wyprała ów chleb w kałuży, a następnie go rozdrobniła gdy już zmiękł i zjadła. Ponoć krukowate tak mają, że nawet osiemdziesiąt różnych okrzyków potrafią zapamiętać i dzięki temu rozpoznają, czy nadlatuje stary dobry przyjaciel, czy nielubiany koleżka. I to pamiętają na wiele lat nawet. Z rzucaniem orzechów na bruk już się spotkałem, z układaniem orzecha na kolizyjnym kursie z nadjeżdżającym samochodem też, ale chlebek w kałuży pierwszy raz dopiero. A obserwatorium mam niezłe, bo kiedy śmieci zakwitną powyżej objętości śmietników, to wrony urządzają na nim plac zabaw, albo raczej studiują menu i wybierają starannie worki foliowe rokujące. Te są oblatywane, rozszarpywane i wytrzepywane z zawartości, żeby co strawniejsze kąski skonsumować. Gdzie im tam myśleć o narybku wróblim, kiedy taką rozpustę szykują im tubylcze ludzkie stada. Ciekawe, dla kogo była ta kość, co wyglądała jak piszczel mamuta, albo czegoś ciut tylko większego? Pani, która bielą szlafroka rozświetlała śpiące poranki, od roku wybiera wciąż nowe kolory – poszukuje zapewne i podejrzewam, że ma już sporą szafę na taką garderobę. Ale ja jej nie powiem, że to zielone w dwóch odcieniach bardzo przypomina rosnący pod oknem rokitnik, który również ma splecione zielenie, liśćmi zeszłorocznymi i już wiosennymi. Tylko krzew jeszcze nie żarzy się czerwienią owoców, a pani gwiazdkę niedopałka wciąż rzuca przez okno.

Niewiele trzeba, kiedy w głowie przysłowiowe „kiełbie”. Przystanąłem na podwórku, żeby się pokrzepić papierochem na świeżym ponoć powietrzu, kiedy dopadł mojej nogawki zwierz marki pies. Za duże słowo – piesek wystarczy. Z tych zminiaturyzowanych, przystosowanych do małych mieszkań i torebek damskich. Demonstrował właśnie kompleksowo psią formę młodzieńczej radości ze spotkania, gdy drugi koniec smyczy powiedział do mnie „dzień dobry panu”. Odkłoniłem się, jakbym kulturalnym był osobnikiem, ale w głowie rosły owe „kiełbie”. Dzień dobry… panu… hmm… znaczy da się rozpoznać, że moja elewacja odbiega od standardowych kryteriów damskich fasad i bezceremonialnie zostaję przyszpilony do męskiej szuflady. Nie wiem, czy to dobrze, ale do prawdy cokolwiek zbliżone, więc niech będzie. To zapewne przez to, że się dzisiaj ogolić zapomniałem. Dzień już wprawdzie umierał powoli i ostatnie podrygi w agonii czynił, a mimo to taki przytyk – może ja za wcześnie wstaję?  Następnym razem o tym pomyślę zawczasu, nim go wieczór pogoni. Teraz za późno trochę afront odchodzącemu czynić i stroić się, kiedy dzień (pochmurny przez niemal cały dzień) pakuje walizki, by miejsce nocy zrobić. Bo to już byłby dramat, gdyby odejść zapomniał, a kalendarz oszalałby na bezrobociu. A co tam! Skoro ja z psem mogę gadać, to niech i on się wykaże kreatywnością.

Słońce zachęcająco mrugnęło do mnie okiem, ale jak się chwilkę później okazało, był to przewrotny uśmiech i tak zimnym wiatrem podszyty, że aż się skuliłem. Na hali targowej niemiecka wycieczka podziwiała wiekowe sufity i świeże warzywa, co poniektórzy nawet zrobili zapasy, tłocząc się niemal jak te warzywa w skrzynkach. Na ścianie akademii sztuk pięknych, nieśmiało wspinające się winorośla jeszcze chwalą się zeszłorocznymi, niespożywczymi gronami. Mijam negatyw rzeźby, które to dzieło budzi we mnie tę nazwę nieodmiennie od dawna, bo wygląda, jakby z bloku granitu ktoś wyciął potrzebny na postument gabaryt, a dopiero resztę osadził na klombie. A przecież widzę, że ryte w kamieniu epitafium świadczy, że właściwa część jest wyeksponowana. Gdzie się podział brakujący fragment – czyżby inne okolice ozdabiał? Dziewczątka szczuplejsze niż jakiekolwiek minimum socjalne przewiduje, odważnie spacerują po deptakach miejskich na zbyt długich nogach. Żeby nie dać się porwać, tną nimi wiatr na plasterki, bo na czymś tak wątłym nawet zawirowania nie chcą powstać. Nawet fontanna zastanawia się, czy nie zamarznąć i bezruchem mlecznym nie pocieszyć się choć odrobinę, a wczorajsza pani od baniek mydlanych zapewne odchorowuje tę fanaberię – może warto było, bo nie tylko dzieci korzystały z bezpańsko fruwających tęczowych baniek. Młoda kobieta porzuciła męskie towarzystwo, żeby z beztroskim okrzykiem ścigać te, które nie nabrały wystarczającej wysokości. Widziałem przecież, że kilka trafiło jej w dłonie, lecz z pustymi wróciła, czyli nie tędy droga do raju chyba. Nie wszystko, co się zobaczy można we własnych unieść dłoniach. Zupełnie jak motyle – piękne tylko wtedy, nim się je w dłoniach zamknie.

Sroka pilnuje porzuconej pod śmietnikiem bagietki. Gołębie grzecznie przysiadają się do pieczywa, a ta goni je szczekając monodźwiękiem. Czasem nawet szczypnie odrobinkę. Ale widać, że głową jej biega, bo gołębie dziesięć metrów dalej, pod drzewem też mają jakiś rezerwowy paśnik, więc leci tam z wrzaskiem, a gołębie skrupulatnie kłaniają się wtedy bagietce. Lata czarno-biało-granatowe ptaszę i nie radzi sobie ze stoickim spokojem podzielonego stada gołębi, które dostojnie wykonują wyuczone ruchy, niczym nadmorska fala. Wrona spogląda na srokę chyba z politowaniem, bo jej gołębie absolutnie nie przeszkadzają. Ona woli pościgać się z inną wroną, kiedy przyjdzie walczyć o suwerenność terytorium. Wróbel chwali się szpakowi piórem, które targa do gniazda, a pióro – większe od wróbla. Patrz pani jaki zuch! Wolę nie pytać, komu wyszarpał, bo mi ta wiedza zbędna chyba.

Kiedy wiatr bawi się w sprzątaczkę i zbiera te wszystkie opakowania, worki foliowe, papiery i plastiki, rozwłóczone ze śmietników przez wrony, można odnieść wrażenie, że wystarczy nie robić nic przez chwilę rzędu tygodnia, by powróciły wszystkie, dawno już zapomniane epidemie i choroby tłukące nadmierność populacji. Zamiast zieloności kwitnie kolorystyczny bełkot chemią sterowany i szeleści jak kiczowata wersja trzcinowiska. Nawet ciemność ma już liszaje mlecznobiałych strupów dyskretnie przesuwających się wzdłuż wszystkich możliwych wektorów i drwiących z grawitacji foliówek. Wystarczy, że ktoś nierozsądnie wymyśli jedno do roku święto o objętości tygodnia, a spacer przypominać będzie brnięcie w sypkim śniegu po kolana, życie zejdzie do podziemia, albo na jakiś inny poziom. Czy to dlatego ludzie budują wciąż wyższe wieże? Żeby żyć ponad takim ciepłym smrodkiem, ciężkim i przyziemnym? Żeby nie widzieć? Kiedy nos wespnie się ponad chmury może i wątpliwy aromacik snuć się będzie niezauważony. Przynajmniej przez nos wystarczająco zasobny w gotówkę, żeby mógł sobie pozwolić na luksus takiego wyniesienia. Reszta żyć będzie na wysypisku. Na taką plagę nawet Noe nie wymyśliłby rozwiązania. Może tego trzeba? Zmniejszyć liczebność dramatycznie, posługując się skalą miliardów, a nie jakichś tam sztuk, czy tysięcy? Wir dżumy, cholery i czarnej ospy wypielęgnowany odpadkami, podgryzający kostki i wspinający się rączo w czeluści zaskoczonych organizmów? Na razie schowałem się. Na razie wystarczająco wysoko. Chociaż ponoć już po świętach… Może zbyt tchórzem podszyty jestem, albo dramatyzuję.

Nieoczywista droga przez las. Chodzi za mną takie słów złożenie od dawna. I wraca, kiedy się tego absolutnie nie spodziewam. Jakbym je miał wszyte pod skórą głęboko i wystarcza tylko na chwilę pozwolić podświadomości pobłądzić w lenistwie, żeby znowu wypłynęły na powierzchnię i zmuszały do myślenia o co chodzi. Mantra jakaś? Szamańskie gusła, albo zaklęcie zapomniane? Może życiowa ścieżka się objawiać pragnie, a drzewa, jak ludzie na drodze stoją zdrowi, lub powaleni wichurą historii, żebym się błąkał pomiędzy i kluczył, gubił się i źródła odnajdował cudowne, albo pomiędzy wilki wszedł nieświadomie? Duży ten las. Ciut za duży jak na taką malutką istotę. A pamiętam, jak butami na chodnikowych płytach tę mantrę śpiewałem nieraz i nawet nieźle się maszerowało. Czasami świeciło słońce i wiatr zapominał w oczy sypnąć kurzu. Zdarzało się nawet do drzewa przytulić na chwilę, albo odpocząć w cieniu. Dlaczego dziś znów słowa przyszły, kiedy pogoda spacerom nie sprzyja?

I stało się. Było dzisiaj. Przypomniałem sobie o tym dopiero, kiedy nastał mrok i wiał wiatr, a niektóre drzewa miały już wystarczająco dużo liści, żeby to docenić. Przyjemny wiatr, taki, który daje, ale nie zabiera. Dobry do wspomnień. Dzień się faktycznie wydarzył i był z gatunku tych rozbierających ludzi. Szukałem beznadziejnie dna w czeluści pępka, podejrzałem tatuaże wspinające się niczym bluszcze na nagie uda i ramiona, pomyliłem zwieńczenie pończoch z plastrem (szczęśliwie rozwiązanie dylematu okazało się przyjemniejszym dla właścicielki), objawił się nawet pierwszy wiosenny siniaczek, trochę przypominający pogańską walutę w kształcie siekierki. Trzy kobiety różnych wyznań i koloru skóry przeszły kolizyjnym kursem gawędząc niespiesznie, orkiestra z dyrygentem budziła parkowe kwiaty, lecz nie karuzelę. Rynek jeszcze nie tłoczny, ale już gęsty, a ludzie-kobry w bardzo ciemnych okularach podglądali świat sami pozostając po drugiej stronie tego weneckiego lusterka. Patrzyłem na masowo niezachwianą, młodziutką pewność siebie i dojrzałe spłoszone nadzieje, nie patrzyłem na wróbla, który przestał wisieć pod gzymsem ratuszowym – nadmiar bieżących atrakcji zepchnął go widać w historię. Spodnie w kwiaty i kapelusze, egzotyczne języki i aparaty fotograficzne, układające tę ładniejszą część ludzkości w wyszukanych pozach na trawnikach. Nawet ryby w miejskiej fosie grzały gabaryty w słonecznych promieniach i bez lęku zliczały kaczeńce kwitnące na skarpach.

Choć nikt nie obiecywał, zdarzyć się może, że będzie dzisiaj. Nie, że coś szczególnego się wydarzyć ma, ale że w ogóle to dzisiaj będzie. Wrony śmieją się z tego pomysłu ochryple, ale może nawet już jest, bo poranek rozbrzmiewa odgłosami wyburzanego budynku, a szpaki gwiżdżą z podziwem, że proszę – jest dzisiaj. I słońce świeci. I ziemia ubiera się w nastroszoną trawę tam, gdzie może się ona przebić przez gruz, beton i asfalt. Na ścianach kamienic nawet drzewa próbują rosnąć wyciskając życiowe soki spomiędzy cegieł łuszczących się ze starości. Na wszelki wypadek ogolę się, żeby mnie dzisiaj nie zaskoczyło takiego rozchełstanego, w piżamie, czy papilotach, czy co kto tam uważa o poranku. Ogolę się i pójdę tego dzisiaj poszukać. Gdyby było, powiem mu dzień dobry – wiem, mało oryginalny pomysł, ale ja też nie jestem egzemplarzem szczególnie wybitnym. A cóż ciekawszego mógłbym temu dzisiaj powiedzieć gdyby przyszło do mnie? Wolę posłuchać, co mi ono opowie, a nuż podaruje widzeń garść i poczucia, że dzieje się. Dzieje się dzień. Cały. Taka przyszłość, co staje się niespodziewaną teraźniejszością, która zgaśnie wraz ze słońcem i już nocą stanie się przeszłością do wspominania. Ruch gęstnieje, odgłosy i aromaty też – być może nadchodzi dzisiaj… Zerknę, bo cierpliwością nie grzeszę nadmierną.

Nie w głowie mi fraszki, kiedy sączy się deszcz tak drobny, że zaczynam wątpić we własną nieprzemakalność. Tylko sosna nieświadoma chyba, potrafi umknąć tej drobnicy wilgotnej i pyszni się łuszczącą się, suchą skórą. Jakiś szpak obtarł dziób o mokrą gałąź. Ja zapewne wytarłbym się w przedramię, ale zupełnie podobnym gestem, tyle, że zamiast głową, ruszałbym ręką. Musiał dobrze pojeść, skoro potrzebował aż tak zaakcentować zadowolenie ze śniadania. Może to pozer i chce wywrzeć wrażenie na samiczce? Że taki zdolny i samodzielny? Kto go wie.


  • RSS