Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 5.2017

Detal.

1 komentarz

„Przyleciał ćma” – jak mawiał mój kolega. A może to ciem? Nie wiem, nie szukałem determinanty płciowej i nawet nie mam pomysłu, jak się do tego zabrać. Co innego z gatunkiem ludzkim – tu idzie mi zdecydowanie łatwiej, chociaż karampuki też się trafiają (teraz modniejsze jest powiedzenie trzecia płeć, czy coś podobnego). W każdym razie przyleciał i zasiadł pod sufitem. Może gniazdo wije, a może tylko się wyleguje, korzystając z tego, że nikt go/jej nie goni – jak kloszardzi na dworcach, czy pod kościołem. Siedzą cichutko zbierając w znalezione naczynka drobne na rozpustę lub przetrwanie, nim straż miejska wyciągając paluchy zza paska nie wskaże im pogardliwego „idź precz do tam, gdzie nikt nie widzi”. Niech sobie trwa, albo się rozpuszcza. Zza okien dochodzi schrypnięty krzyk niemłodego osobnika płci żeńskiej. Natura. Ja przywykłem już do obelg i krzyku – widać inaczej nie potrafi wyrażać własnych myśli. Współczuję słuchaczowi, bo to jest permanentne. Wracając do ćma (albo ćmy) – ów również jest niewzruszony szybkostrzelną wiązanką, ale słońce zaszło, jakby echem tego przylotu i krzyku być miało. No i mam w domu zaćmienie. Lokalne i nietoksyczne. Bez większego znaczenia strategicznego dla dowolnego na ziemi wyznania. Żaden kapłan ze mnie, a i wróżyć przyszłości nie zamierzam z tak niepewnej płciowo przesłanki. Wystarcza mi zauważenie. Taki detaliczny jestem, że wystarcza mi.

Uczę swoje ciało bezradności. Idę, ale nie biegnę, zmierzam, ale nie spieszę się. Powietrze, wczoraj przytłaczająco ciężkie – nie ciężkie – ciężarne, urodziło burzę i krzykiem strasznym narodziny obwieściło światu, a ten westchnął z ulgą. I znowu jest czym oddychać, a kwiaty na krzewach i drzewach napęczniały zapachem i uwodzą. Bezwstydnie uwodzą. Bardziej, niż najdroższe nawet perfumy, które jak aureola otaczają urodę młodej kobiecości. Urodzaj, o rozmiarach klęski żywiołowej. Ciała barwią się nalotem słonecznym chętnie, nie pytając właścicielek o wolę. I wspinają się czerwone zacieki od stóp wciąż wyżej, a szyje i ramiona kryją się rumieńcem. Ostatni z komarów puka rozpaczliwie w drzwi lodówki i tylko muchy wentylują się pod sufitem ospale. Jakaś pani poprawiła lokalizację pępka pod letnią sukienką patrząc na mnie i rozstawiła nogi szeroko, żeby wiatr z dolnej części tej sukienki żaglem się wydął i wiódł na pokuszenie pieszczotą niewidoczną. Wiele mam w sobie uśmiechu, więc się podzieliłem nim łaskawie. Porzucony materac na podwórku znów stał się królewskim łożem, z baldachimem wierzby czule pochylającej się nad śpiącym, a szyszki sosnowe skuliły się w sobie w geście solidarności. Pójdę znów, poszukać, czego nie zgubiłem, albo tego, czego się nie spodziewam. Wystarczający powód do spaceru jak sądzę.

To tu też można mieszkać? – zadawałem sobie pytanie, oglądając obce okolice i nie swoje Miasto. Owszem, starałem się być obiektywny. W końcu domy, ulice, sklepy i ludzie… w zasadzie, żadnych fizycznych zmian nie widać. A jednak niepokój mieszkał we mnie i uczucie, że nie do końca jest dobrze. Że coś się nie zgadza. I kiedy pogrzebałem w głowie, to pamięć podniosła z kurzu te same pytania, w różnych stronach i czasach przeszłych zadane – widać mało oryginalny jestem i powielam wątpliwości, kiedy tylko przyjdzie mi oglądać coś, czego nie oswoiłem własnym istnieniem. A w końcu asfalt, beton, czy cegła niczym nie różnią się tu i tam. Dłubałem w głowie, na czym różnica polega, dlaczego i skąd mniemanie, że innym jestem sobą tam, niż tu. Może nawet chodnikiem idąc całkiem sobą nie jestem, gdy ów chodnik daleko od domu. Przecież tutaj też nie znam ludzi, którzy mnie mijają, nie wiem o nich więcej, niż w przelocie jestem w stanie zobaczyć, słowa z żadnym nie zamieniłem. Wyszło mi, że tubylcy, to starzy dobrzy nieznajomi i kto wie, czy nie mijam ojca kolegi, pani, u której pojutrze kupię skarpetki, albo książkę, może gdzieś w rynkowej knajpie wspólnie powitam północ z tym człowiekiem, który dzisiaj jest tylko dodatkiem do cienia płynącego przed nim chodnikiem. Ale tutaj. Znaczy swój (że niby mój, tylko nie dzisiaj, a dopiero pojutrze). Dobrze mi z tym i zmieniać tego nie chcę, nawet nie wiem, czy umiałbym. I wcale nie jest to nostalgia za bigosem, czy ruskimi pierogami. Bo bigos był i tam. Skomplikowana sprawa.

Biali ludzie w nocy śpią. Tak mawiam czasami, gdy ciekawością zewnętrzną dopiętą pytajnikiem zostanę przyszpilony i zamiast w politycznym bełkocie pływać przyjdzie udzielić w miarę jednoznacznej odpowiedzi (wręcz zachwyt mój budzi polityczna gawęda – jak można kwadrans mówić i nic nie powiedzieć – wyższa sztuka, oficjalnie niedostępna w szkołach). A tam już czyhają interpretacje. I to takie większego kalibru. Trafi się zwolennik spiskowej teorii dziejów – powie iluminaci w natarciu, ukryta prowokacja i deklaracja oświecenia, masoneria współczesna. Ideolog zauważy, że rasista, a może skrajny? Ekolog stwierdzi, że dobrze tak, bo na zielono żyję i prądu nie konsumuję nadmiernie, tylko z naturalnych surowców korzystam (choć one nieodnawialne, to jednak zużywają się bardzo powoli w ludzkiej skali czasu licząc, a przy tym bez względu na moje widzimisię). Esteta zauważyć gotów, że zamiast pogrążać się z monochromatycznej nocy pełną gamą barw sycę się i może to hedonizm tak mnie uwarunkował, a fizjolog wyskoczy z argumentami o potrzebach własnych organizmu. A ja (bez uzasadnienia ideologicznego) lubię poranki. I nie bardzo potrafię zrozumieć, dlaczego wschód słońca gorszym ma być od jego zachodu, którym nawet widokówki z całego świata są nasycone. Skąd ten plan perfidny, który narodziny dnia skazuje na ignorancję, chwalbą narodzin nocy się delektując bezmyślnie i nieustannie. Na wszelki wypadek zaznaczę, że nie jestem ortodoksyjny i żadnej świętej wojny nie zamierzam z tego powodu ogłaszać. Może ptaszkiem jestem, ale niekoniecznie drapieżnym. A że ciągnie mnie równoleżnikowo na wschód bardziej, niż do zachodu? Powiedzmy, że mam przesyt, albo kłopoty z określeniem azymutu. Marginalna sprawa – ważne, żeby w miejscu nie stać i nowiną oko cieszyć.

Wiązy ocieniające kościół mają nasienny rok. Wiatr potrafi stworzyć z nich zasłonę dymną, albo ułożyć zaspy przy krawężnikach. Patrzyłem, kiedy wzroku nie przesłaniały i myśl katastroficzna mnie naszła. A gdyby tak, te wszystkie nasiona złapały dobry czas i chwyciły ziemię korzeniami i rosły na własną chwałę? Na Miasto miejsca by zabrakło od tych dwóch, czy trzech drzew zaledwie. A z kolejnym cyklem, to już strach nawet myśleć. Postęp geometryczny o tak dużym ilorazie przekracza wszelkie bariery i wyrok na Miasto w jednym dwutakcie gwarantowany. Uspokajam się odrobinę, własną myślą się uspokajam, żeby w panikę nie popaść jakąś. Bo przecież, natura głupia nie jest i gdyby ryzyko nadmiernego rozplenienia się istniało, to tych nasionek byłoby mniej, byłyby mało odporne, albo tak smaczne, że coś, lub ktoś pożarłby nadmiar. Uff… Dobrze, że ktoś pomyślał. Na razie latają w jednorazowych opakowaniach pigułki z wirusem wiązowego szaleństwa, ale stanu klęski żywiołowej ogłaszać nie trzeba. No tak – topole też kocą się na potęgę i na ulicach leżą baranie kożuchy tak grube, że już nawet wiatr ich nie unosi i też jakoś nie widać, żeby topole opanowały świat. Poszedłem dalej, żeby zobaczyć siniaczka w kształcie prostokąta, który nie udźwignął ciśnienia grawitacji i górną, dłuższą krawędź miał zapadniętą. Schyliła się być może, żeby zerknąć z wysokości uda tam, gdzie bez wyraźnej zgody właścicielki lepiej nie zaglądać, choćby z szacunku dla własnej fizjonomii. Poszedłem. A przecież nasiona wciąż mnie prześladowały w myślach i nową myślą zakwitły – one wiązy jak ludzie – dużo nasion, mało efektu. Wygra najlepszy, najsprytniejszy, najszybszy, lub najbardziej chcący. Czyli (nie przymierzając) ja. Wygrałem taki wyścig i rozkwitłem życiem, zostawiając za sobą tych mniej udanych, słabszych i niezdecydowanych. Nooo… to chyba powód do dumy. Nos do nieba zadzieram – olimpijskiego medalu wypatruję, ale nikt nie wiesza. Może dyscyplina nieznana pięciokółkowej imprezie. Rozglądam się dookoła, a tu – tacy sami szczęściarze. Sami zwycięscy i niepokonani. Pewnie dlatego nie dają. Skoro każdemu trzeba byłoby wręczyć, to zamiast tego, przy pierwszej okazji, na dzień dobry, dają klapsa – żeby sobie człowiek nie myślał i nosa nie zadzierał za bardzo. Wstyd powiedzieć, ale tych, co za mną zostali… to oni dawno już martwi. I nie rozkwitną. Ot – grzech pierworodny – niejednego nawet wart klapsa.

Nietoperz penetrujący podwórko po zmroku? Czyżby spiżarnia otwarta i w promocji serwuje ciepłe przystawki? Sporo ich chyba, bo wcześniej czyszczeniem nieba z latającej drobnicy przez dzień cały zajmowało się stadko jerzyków. Czarne półksiężyce patrolowały teren wytrwale, o żadnych ploteczkach ze stacjonarnymi gołębiami mowy być nie mogło. Na chodniku wystawa – srocze skarby. Złotko z czekoladowego cukierka, kapsel piwny, sreberko z paczki papierosów, fragment plastikowego, chromowanego uchwytu i mosiężno-żółte opakowanie od prezerwatywy. Ekspozycja czasowa, więc się spieszyć trzeba. Jutro zapewne sprzątaczka odłoży eksponaty w kontenerowe czeluści. Dzisiaj nie – pod zadaszeniem śmietników powstał hotel. Izolatka może, bo jednoosobowa to tymczasowość z wykorzystaniem porzuconego materaca. Nawet prześcieradło się znalazło do kompletu. Apartament z widokiem na gwiazd miliardy. Akuratny do marzeń, chociaż standardem, to nawet pół gwiazdki stanowiłoby nadmiar optymizmu i nieuzasadniony zaszczyt – korupcja?

Rzeka bogata w treść płynęła spokojnie, kiedy wymyśliłem sobie spacer na siedem mostów. Brunatna, znaczy ziemię gdzieś pokradła i teraz się chełpi zdobyczą. Czapla wygrzewała rozłożone skrzydła pośród traw nad samą wodą i udawała, że jest jej dwie, ale kiedy ta pierwsza odleciała, to drugiej nie było absolutnie. Jakieś kolano naznaczone wielokropkiem, który jeszcze od krwi dobrze nie wysechł, i nie zdążył kolorów nabrać, usiłował trzymać poziom, co nie było łatwym zadaniem. Zobojętniałe od temperatury psy szukały wodopojów, ludzie wybierali bardziej wyrafinowane płyny, żeby się zobojętnić, lub wyzwolić nienaturalną ekspresję. Pozwoliłem bezpańskiej szyszce pomalować wnętrze dłoni żywicą – dla zapachu – mógłbym skłamać, ale przecież z nieświadomości to było. Tak samo jak kwiczoły, które w kilku egzemplarzach odprowadzały mnie przez chwilę. Przecież nie zabiorę egzemplarza w kieszeń, żeby sprawdzić w atlasie, jaka to rasa – z pamięci ułomnej popartej nieostrością widzenia domniemywam, że właśnie takie ptaszynki ofiarowały mi swoje towarzystwo. A dzisiaj znowu monochromatyczny świat i szpaki przeganiają wronę i kiedy wreszcie zaczęły się chwalić sukcesem, pogoniła je sroka zwabiona ciekawością bezgraniczną. Może padać nie będzie, bo „tramwaje” odprawiają gody w najlepsze, a one potrafią pielęgnować ów akt nawet przez tydzień. Chyba nie w deszczu? Dorosła kropla w końcu większa jest od takiego robaczka i mogłaby poturbować go do dwuwymiarowości wręcz.

Konserwatywny jakiś się zrobiłem, albo pracuję nad nową tradycją i zeszłoroczna zabawa w siniaczki ma swój ciąg dalszy. Dzisiaj pajączek. Tak myślałem, do czasu, aż nóżki mu policzyłem, a tu niespodzianka – sześć zaledwie. Czyli nie pajączek, a owad. Insekt, a potoczyście rzecz ujmując – robal. Nie rozpoznałem z jakiej rodziny, łydka napiętnowana tymczasowym tatuażem skręciła gdzieś, gdzie mi nie po drodze, a z robaczkami na bakier jestem. Defekt taki – ignorancja zoologiczna – znaczy tuman i tyle. Znad miejskiej fosy przyniosłem spostrzeżenie, że psy pływają szybciej od żółwi, ale od kaczek, to raczej nie. Trudno dokładniej ocenić, bo kaczki dość bezkompromisowo uruchamiają sprzęt lotniczy, żyłkę sportowca i hazardzisty chowając tam, skąd na schodach ślady już wyschły na nawóz zbyt agresywny do stosowania bez rozcieńczenia. W rynku z kolei… no dobrze już – powiem. Zdumienie mnie ogarnęło, bo głębszych pępków w życiu nie widziałem. One chyba były bezdenne, jakby ktoś chirurgicznie zawiązał je wokół kręgosłupa, mocno przy tym zaciągając pępowinę. To tak można? Widać, że tak, bo widzenie było nie jednostkowe, a powtarzalne cyklicznie. Było się nie gapić, zamiast teraz deliberować nad postępem medycyny. Trudno – nawet jeśli to choroba i coś się z tą moją głową wyrabia, to niech trwa. Wolę być choro zdziwiony, niż zdrowo obojętny.

Chociaż zatwardziałym jestem zwolennikiem ojczystego (jak mniemam, bo mały byłem i prawo mam nie pamiętać współrzędnych GPS z miejsca narodzin) mi języka, to dzisiaj poległem; nie raz nawet. Jednak, co robić, kiedy umysł pieje z zachwytu i delektuje się daleko stąd skonstruowanym wytworem wyobraźni? Słowo znalazłem dzięki literackiej rozrzutności pani Pawlikowskiej, gdzieś w ramach prasówki. I okazało się, że ja też. Zakochałem się w szwedzkiej lakoniczności na określenie wymagające w polskim języku zdania całego: „wstać wcześnie rano specjalnie po to, żeby wyjść na dwór i posłuchać jak śpiewają pierwsze ptaki”. No… może nie aż tak wcześnie, ale jakieś… te, które zdarzają się tu co dzień, powielają się cyklicznie, albo są przelotnymi gośćmi i pojawiają się z idealnym wyczuciem chwili, żeby ze mną dzień witać, żebym poczuł na ramionach smak powietrza pchniętego usłużnym skrzydełkiem, gdy będzie przewijać nie moją przecież codzienność. A kiedy tych świergolących niedosyt, znienacka pojawia się pani, żeby śmieci wyrzucić i na bluzeczce ma osiem flamingów. Nie tak zbliżonych do oryginału, jak ten jeden, którego widziałem kilka razy bliżej rynku, ale przecież. Skąd popularność tej marki właśnie? Chyba muszę doczytać, czy nie ma jakichś ukrytych znaczeń. Może jest talizmanem afrykańskich wyznawców bliżej nie znanego boga natury? Zerknę. A pani Pawlikowska była uprzejma zarazić mnie więcej niż jednym słowem. Widać, podatny jestem. Jak jednak przejść obojętnie wobec japońskiego komorebi, kiedy „światło słońca przebijające się przez zielone liście drzew” jest tym, co dane było oglądać i tęsknić czasem do chwil równie bogatych w budzenie zmysłów. A ja złodziejem słów jestem i bezwstydnie kradnę i wieszam we własnej galerii słów pięknych i zdań skończonych. Żadnych autorytetów i kompletny brak szacunku. Kradnę.

Uśmiechnięte ulice i pośpiech jakby mniejszy. Pani od nałogów, piękniejsza nawet niż ten dzień, kiwa mi głową z daleka, ja dziękuję za zauważenie, bo przecież z córką rozmawiała i wcale poznać nie musiała. Sowa córka piekarza ze śmiechem szczerym zaprasza na kromkę chleba, obok mięsko kroi się w plasterki i nawet kolczyk nad górną wargą uśmiecha się przy tym i nucić próbuje. Młoda mama rozanielona głaszcze główkę pisklęcia idącego przed nią nie do końca pewnym krokiem, a drugą pieści to, jeszcze świata nie znające. Pies ze starości schrypnięty wysławia się pełnymi zdaniami, aż mi przykro, że nie rozumiem go wcale. W rynku spiętrzenie, jakby całe blokowisko przyszło na raz naśladować ruchy Browna w zamkniętej przestrzeni rynkowych pierzei. A jednak się okazało, że nie. Nie blokowisko tubylcze, tylko wschód się pojawił mnogością mnie zadziwiając. Ten najbliższy i ten zwany bliskim, dalszym, nawet ten tak daleko na wschód leżący, że już po niemiecku rozmawia szepcząc zaklęcia do ucha niewiasty. Aż się prosi świętować. Cokolwiek. I życzenia życzliwe składać, albo przyjmować. Życzę każdemu, żeby nie dał się zaplątać w terror świata zewnętrznego. Niech pielęgnuje w sobie chcenia bogate w treść i niech przynajmniej spróbuje je zrealizować.


  • RSS