Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 6.2017

Starszy człowiek, pochylony w stronę roweru przypiętego łańcuchem do znaku drogowego. Gada… Z rowerem??? Staram się powściągnąć twarz, ale mimika wymyka się woli. Trudno udawać obojętność, kiedy ciekawość aż kipi. Rower milczy, chłop gada i na pijanego nie wygląda. Przeszukuję zasoby pamięci i podobnego zjawiska nie przypominam sobie wcale. Niezłe. Trzeba zapamiętać. Chwilę później okazuje się, że w zaparkowanym obok samochodzie siedzi człowiek i przemowa do niego była skierowana. Ale pomysł przedni. Ze zniewolonym rowerem gawęda. Podziwiam urodę i odwagę krótkowłosych kobiet, mijam blade uda i te mocno opalone, wytatuowane lub z siniaczkiem o małej sile skojarzeniowej. Demokratycznie i bez pożądania. Uskakuję przed tymi, którym wzrok odebrało coś bliżej nieokreślonego, gdy we własne patrzą myśli świata zewnętrznego unikając skrupulatnie. Jakieś księgarnie, obcojęzyczne słowa, wózki, lody w wafelku, butelkę wody, dostawę towaru i remont windy, uśmiech i wiązankę nieschludną. Mijam całkiem sporo, chociaż odległość pokonałem niewielką. Całujące się dziewczęta i chłopców patrzących na nie zazdrośnie, psa ze spoconym jęzorem, turystkę kucającą przed krasnoludkami, duet skrzypcowy i suweniry miejscowe. Ogródki kawiarniane kwitnące na chodnikach, wielkie mydlane balony szukające drogi do moich oczu i maleńką dziewczynkę zachwyconą klonowymi noskami. Ona potrafi cieszyć się całym ciałem. Trochę jej zazdroszczę.

Kuleczką gradową bawiłem się. Obracałem w dłoniach, a ona wyślizgiwała się, jakby żywa była, jakby chciała uciec i skryć się w trawie. Nie wziąłem największej, bo one roztrzaskiwały się na chodniku i pękały zupełnie jak śliwki dojrzałe, kiedy się je w dłoniach próbuje rozłamać. Mniejszą wziąłem – taką, jak śliwkowa pestka i w dłoniach ją stopiłem zupełnie. A dzisiaj nie ma już śladów po śliwkowej nawałnicy, tylko brzoza położyła jeden z konarów na odpoczynek. Nie wieczny, bo na gałęziach wisiały już nasiona czekające na swoją kolejkę do życia. Pokruszyłem jeden pakiecik, nim słońce z wiatrem to zrobi i rozsiałem, choć siewcą nie jestem. Niech dzieje się życie, niech się powiela i powtarza. Niezmienne takie, przewidywalne i proste. Wraz z konarem spadło szpacze gniazdo – puste teraz, więc jest nadzieja, że lokatorzy wynieśli się z niego. I dobrze, bo gwizdać potrafią znakomicie te łobuziaki, a czasem przyglądają się ironicznie przekrzywiając głowę, jakby pytały, czego się spodziewam. I skąd mniemanie, że w ogóle można czegokolwiek się spodziewać poza tym, że dzień nowy wstał.

Bez najmniejszego wstydu katalpy ubrały się w kwiatostany rżnięte na wzór z kasztanowców. Te, już jeżami zielonymi obrodziły i pęcznieją im brzuszki. Katalpom zamiast… cóż – tylko wróble pęcznieją, bawiąc się w chowanego pomiędzy dorodnymi liśćmi. Deszcz przespacerował się nocnym Miastem i znowu przez chwilę było czym oddychać, a fontanny nie czuły na sobie głodnego, pożądliwego wzroku. Poranek niestety nie ciągnie się do wieczora i znowu przyszło zaaklimatyzować się do warunków typowych dla Afryki Centralnej, czy też może Australii. Ciało milczy. Pewnie się boi odezwać. Na wszelki wypadek wytrąca z kubatury wodę i sole – zdecydowanie sole, bo przecież nie cukry – idę posolony własną solą i ona w stanie płynnym, obłapia mnie bezceremonialnie wszędzie. Morzem martwym (nie do końca) już jestem, nim osiągam punkt zwrotny i chyłkiem, podcieniami, w stronę domu odwracam się kadłubkiem. Nawet asfalt osiwiał. Grawitacja nie działa na termometry i te unoszą ciężką rtęć wypełniając menzurki kieliszków, jakby to imieniny termometrów były i koniecznie po brzegi lać trzeba. Pośpiech znalazł się na liście czynności zakazanych, chociaż kodeks karny milczy taktownie na ten temat.

Codzienność. Między palcami przewijam, jak koraliki różańca. I nogą tupię – jak dziecko, bo skoro ono potrafi, to ja też. I nie ma we mnie zgody na monotonię. Taką od rana do wieczora i z powrotem, przez noc. Tupię, chociaż to niewiele zmienia, co najwyżej kurz spod nóg wznosi się niewidoczny i drażni w nosie. Wpuszczam dzień, przez uchylone okna i gdybym był złośliwy, to zamknąłbym go w środku, a sam wyszedł. Tam, gdzie jego już nie ma, bo przecież siedziałby w tym moim areszcie, o nic nieoskarżony, bez najmniejszego zarzutu i słowa wyjaśnienia żadnego. Spokorniałby, albo spochmurniał, a ja wyszedłbym zobaczyć, jak świat sobie radzi bez dnia. W końcu to tylko jeden dzień, na dodatek całkiem podobny do tego z wczoraj, czy jutra. Troszeczkę tylko się boję, że ukradnę w ten sposób komuś jego święto, a w kalendarzu sprawdzać mi się po prostu nie chce. Zostawiam więc okna uchylone, niech robi co chce. A ja pójdę. Do tam, gdzie może zapomniał zajrzeć, kiedy przygląda się teraz domowi mojemu codziennemu, a ja Miastu się przyglądać będę i ludziom na przystankach, w sklepach i samochodach. Może nawet oko puszczę komuś, kto zdezorientowany brakiem dnia błąkał się będzie bezradnie, nim ten dzień przypomni sobie o nim. Zamienię się w kwintet zmysłów i pójdę sprawdzić, czy tak się da. I więcej nóżką już tupać nie będę, tylko nasiąknę tym niedostatkiem.

Czereśnie już się pocą, chociaż wygodnie leżą sobie w skrzynkach na zacienionym chodniku przed sklepem i mimochodem opalają się na mahoń. Ekskluzywne warunki – tylko napoje z parasolką przydałyby się i all inclusive jak się patrzy. Jakaś piła łańcuchowa jęczy nieprzyzwoicie, maszyny budowlane i samochody wtórują jej bezustannie, kurz chyba umarł i wznosi się pod niebo wirując, popychany przejeżdżającymi w pośpiechu tramwajami. Nie wiadomo skąd na chodniki wypełzły anioły. Bladolice i w olśniewającej bieli. Wiatr nieśmiało targa ich sukienki, a tutejsze diabliki patrzą na owo objawienie głodnym wzrokiem, bo okolica nie sprzyja. Ani spacerom, ani aniołkom patrzącym niewinnie na świat bladoniebieskim okiem. Śnię, czy co? Przecież w kalendarzu czas komunii minął dawno. No i aniołki wyglądają zdecydowanie dojrzalej od standardowego obrazka majowego, a wiankiem pewnie zdążyły się podzielić nie wczoraj… Pora chyba do żywych wracać, bo gotów jestem rozmarzyć się, a nawet rozanielić nieprzyzwoicie.

Młodzież chyba czuje niedosyt sztuki w życiu codziennym. Bo jak inaczej nazwać nasilające się zjawisko ud grawerowanych bardzo dużymi tatuażami, o wielobarwnej ekspresji wzmocnionej podskórnie ruchem mięśni? Ciekawe jest, że panuje egocentryzm i z punktu widzenia widza obrazki są do góry nogami, za to właścicielka ogląda go z właściwej perspektywy. Poniekąd słusznie – w końcu zainwestowała więc niech ma tę prywatną galerię dla siebie. Z kolei piszczele młodej niewiasty ozdobione siniaczkami w kształcie okrągłych punktów rozłożonych w równych odległościach, sugerują dwa flety proste – ustnik nie został jakoś wyraźnie zaznaczony, albo zabrakło czasu na odnalezienie. Szkoda troszkę – czyżby i tu ego przewidziało autorską grę na instrumentach, ukrywając ustniki wysoko tam, gdzie wzrok nie sięga?

O poranku wiatr delikatnie wydyma żagle sukienek zdobionych kwietnymi łąkami. I kalendarz nie protestuje. Kolana i pępki opalają się pomimo wczesnej pory wędrując do swoich codzienności. Zdarza się, że nawet z uśmiechem. Na wystawie sklepu z markową bielizną smuci się ekspozycja, jakby przeczuwając, że w taką pogodę zapotrzebowanie będzie mniejsze, a może nawet zakończyć się protestacyjnym dniem bez. Bez czegokolwiek, złudzeń, nadziei i potrzeb. Do kolekcji dokładam siniaczek wyglądający na wzgórze moreny czołowej. Był jeszcze jeden, przypominający kształtem znak jakości Q, jednak do wzgórza daleko mu było urodą. Nieprawdopodobne – nawet myśli szukają cienia, a stopy dopominają się o wodę. Gdzieś z zewnątrz dochodzi dźwięk trąbki, ale jakoś wiary mi brak, że to ćwiczenia przyszłego wirtuoza – pewnie radio…

Własną nagość ubrałem niezbyt skrupulatnie – upał zwalcza nawet to konserwatywne przekonanie, że ciało wstydu jest warte i trzeba je przykryć, choćby szmatką. Nie tylko we mnie ten imperatyw gaśnie z każdym krokiem. Miasto, bez względu na wiek i płeć chłodzi się, jak tylko potrafi. Pani, nie zdejmując butów brodzi w ulicznej fontannie mocząc sukienkę zapamiętale i z uśmiechem na twarzy, dzieci korzystają jeszcze intensywniej. Stoliki pod parasolami pełne – ludzi i gasnącej piany na kuflach. Skrawki cienia okupowane bezwstydnie tłumami. Psy i ptaki przytulają brzuchy do granitowych kostek i stamtąd czerpią ulgę. W fosie miejskiej niczym łodzie podwodne na głębokości peryskopowej suną ciemne cygara ryb, z których każda wystarczyłaby na posiłek dla bardzo dużej rodziny. Lepko. Nawet lody się pocą i próbują skryć się pod ziemią, spływając wierzchem wafelków. Zmęczenie widać wyraźnie. Dzieciom tylko energii nie brakuje, jakby miały ogniwa fotowoltaiczne wszyte pod skórą. Powietrze nie rusza się, żeby więc wiatru odrobinę złapać, trzeba biec i to szybko. Nie biegnę. Zwalniam nawet. Starsza pani podciąga sukienkę tak wysoko, jak tylko wychowanie jej pozwala. Owszem rozgląda się na boki, jednak wzrok już nie ten chyba. Lato. Współczuję pasażerom jakiegoś autobusu – tak mimochodem, bo zauważyłem chmurę octu wypływającą z niego po otwarciu drzwi na przystanku. Nic z tego. Nie jadę. Idę. Dlaczego (głupiec!) wyszedłem z domu w butach – mogłem iść boso…

Jakiś niepokój na zewnątrz, więc wyszedłem. A to tylko wiatr tarmosił drzewa i motłoszył spokój ptasich wędrówek. Zabłąkane krople nietutejszych burz spadały leniwie i zbyt rzadko, żeby chociaż chodniki pomalować na kolor wilgoci, a ja już w drodze. Do tam. Donikąd. Szedłem, żeby nie siedzieć – tak po prostu. Pół Berlina zapewne minąłem, do tego wschody od tych najbliższych po najdalsze, a w przelocie w ucho złapałem tekst, który zachwycił mnie swoją bezradnością: „trzeba skręcić w lewo, albo w prawo i iść…” Po prostu cudne – aż się sobie dziwię, że piwa nie postawiłem za te słowa podsłuchane, bo warte były tego. Przecież tak chodzę właśnie – skręcić i iść… Dolne partie młodej pani nie wiedzieć czemu pięknie harmonizowały z tylnymi partiami konika ciągnącego wózek z turystami – podobna gra mięśni pod skórą, która w jej przypadku była wysublimowana do mocno naprężonych legginsów. Wiej wietrze, bo bardzo życiodajnym jesteś żywiołem. I obrazotwórczym.

Chyba trzeba uważniej świat podglądać, bo wydaje się, że jakaś wronia wojna się toczy. Coraz więcej ich pokancerowanych, ze sterczącymi piórami, albo ogonami profilowanymi nienawistnym dziobem. A ja nawet nie wiem, czy to domowa, czy wróg zewnętrzny modeluje ptaszyska w asymetrię. I kiedy myśl ta we mnie dojrzała, przyleciał gołąb, który dysponował ćwiercią ogona. Może wędkarze szukają materiału na spławiki, albo dzieciom do pióropuszy brakuje „orlich piór”? Od kilku dni wróble próbują popełnić samobójstwo z impetem waląc głowami w zamknięte okna, więc może ów niepokój jest ogólnie-ptasi? No tak. Sroki o poranku drą się wniebogłosy i wcale nie wygląda to na pieśń dziękczynną, że dzień się obudził. Złe idzie niechybnie. Pora się zbroić i zapasy odświeżać na czarną godzinę.


  • RSS