Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 7.2017

Błękit świtu czaił się tuż za horyzontem i to chyba przez noc całą, bo nadszedł cicho i już był. Panoszył się zupełnie swobodnie, jakby u siebie od zawsze i w każdy kąt zajrzał. Tylko chwilkę później, nadszedł upał i łokciami rozpychał się tak bardzo, że świt zepchnął gdzieś w zakamarki dnia, a on sam eksplodował gasząc emocje i inne oznaki życia. Nawet kurz zdążył zwiędnąć nim południe nadeszło, a resztki istnień powolutku przesuwały się w kierunku szuwarów nad brzegami rzek. Wrony, psy i ryby zgodnie milczały, trawa szukała cienia pośród drzew, a te pochylały się nad taflą wody, żeby liściom ulżyć choć trochę. Nic to. Naprawdę nic. Asfalt wciąż leży, rzeki wciąż płyną, kalendarz odchudza się w stałym rytmie. Spektakularna ostatnio emigracja kontynentu dotknęła teraz klimatu i ów się do nas wprowadza nie pytając o pozwolenie i limity ilościowe. Podobno, to zaledwie zwiastun, ariergarda, niby rozdwojony języczek żmii, za którym dopiero jadowe zęby się wyszczerzą w śmiertelnym uśmiechu, lecz już doskwiera.

Literka ”j” na udzie, plecami do pośladka obrócona i piłka do futbolu amerykańskiego na łydce (loga firmowego nie zdążyłem odczytać), oczywiście damskie, bo faceci jakoś więcej odporni na siniaczki. Pani, ze sklepu wychodząc, z rękami pełnymi toreb, nie bardzo wiedziała chyba, jak ma sobie poradzić, gdy ręce tylko dwie od bozi dostała, a tu telefon uchem do ramienia przyciśnięty, a siatki jakoś spętały jej palce do końca. Poradziła sobie raczej niestandardowo. Wysupłała ze dwa palce z tych siatek rozlicznych i wetknęła telefon pod gumkę bielizny wystającej nad spódniczkę. Niedorosła miłość wymienia się nieśmiałą pieszczotą na ławce parkowej, a tuż obok siwowłosa spaceruje niespiesznie splatając uczucia w dłoniach. Otworzyłem oczy szerzej, a dookoła uzupełniające obrazki. Pisklaki śmiechem rozstrzeliwujące przestrzeń obok siebie, brzuszki karnawałem inicjowane pięknieją na deptakach, w galerii, pośród stoisk z jedzeniem dla pospiesznych, usiadła na ławeczce pani i karmiła piersią oseska z niezmąconym szczęściem obojga na twarzach. Może to prościutkie i banalne, jednak widok uroku nie pozbawiony. Wolę taki, niż przepychanki wielkiego świata, czy ogórkowosezonowe sensacje portali internetowych. Zrozumiała, miła dla oka rzeczywistość codzienna. Niespieszna i niekończąca się, a stara jak świat cały.

Sam już nie wiem, czy to sukienki są coraz krótsze, czy nogi dłuższe. Globalnie, znaczenia nie ma, ale z nieukrywaną satysfakcją patrzyłem dzisiaj na całe stada podążających w rozmaitych kierunkach ud i łydek, już namaszczonych latem lub wcale nie. Odnalazłem profil zajączka i literkę „A” alfabetem Morse’a pośród mniej urodziwych siniaczków. W jeszcze zamkniętej knajpie, na parapecie upijają się sadzonki wprost ze szklanek, a napis na drzwiach głosi, że to żłobek dla roślin. Nieźle – w knajpie? Nie pytam, co pija się w żłobkach żeby nie dać się oszołomić. Mijam panią podobną do pierwszej miłości – teraz dojrzalszą i chyba nawet bardziej pociągającą od oryginału. Patrzę na wspomnienia remontu sprzed dwudziestu lat i szukam starych dobrych nieznajomych. Bary i restauracje przeciągają się po upojnej nocy i powolutku otwierają oczy na dzisiaj, ale jeszcze nie szeroko otwartymi ramionami, tylko niespiesznym odgłosem ustawianych krzesełek i stolików, jeszcze przy zamkniętych powiekach markiz i zadaszeń przeciwatmosferycznych. Jarzębiny założyły już pomarańczowe korale , a lipy upijają owady tak mocno, że te śpiewają brzęcząc i kręcąc się bezustannie. Z każdym obrotem wskazówki temperatura rośnie i chociaż jeszcze kawa dominuje, to pokale już zaczynają krzyczeć, drżąc i ocierając się  o siebie nawzajem.

Młode kobiety o pięknych twarzach. Czasem szczupłe, czasem w okularach. Niektóre pod makijażem ukrywają niewinność. Życiem jeszcze nie naznaczone, nawet klną bez pasji, która przyjdzie dopiero, kiedy poleją się dojrzałe łzy. Pomiędzy stojakami rowerowymi leży upadły anioł. Czarna skóra skrywa zapewne podarte skrzydła. Bezdomni, zarośnięci i brudni patrzą beznamiętnie siedząc na ławce nieopodal, kawałek dalej młoda miłość wymienia się smakiem ust. Przypięty smyczą do latarni husky nawet oka nie otwiera – jakby chciał to całe nienaturalne dla niego lato przespać w możliwie chłodnym miejscu. Mocno zbudowany, wysoki facet przestępuje z nogi na nogę. Nic dziwnego – stopy ma jak z młodszej siostrzyczki – nieproporcjonalnie małe, więc pewnie mu w nich niewygodnie, to i wierci się nawet w miejscu. Idę. Z życiem pod rękę, z głową w marzeniach, a oczy biegają wciąż ciekawe zewnętrza.


  • RSS