Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 8.2017

Pani bezgłośnie śpiewała w marszu samotnym i wzrokiem w głąb siebie wbitym tak mocno, że nagie instynkty chyba tylko wiodły ją do nieznanego celu. Na ławce tramwajowego przystanka przycupnął rzeźbiarz – nie Wit od świętych ołtarzy, ale ten od świątków w korze wierzbowej kozikiem struganych, albo w lipowym klocku, póki drzewo miękkie, świeżo po ścięciu. Siwowłosy kowboj w brązowym stetsonie, sandałach i krótkich spodenkach korzystał w sklepie z klimatyzacji, a może skanował listy gończe? Bezdomni, z przymusu brodaci tak bardzo, że nawet kiedy się śmieją, to jest to wyłącznie iluzja. Nie dbają więc o mimikę, a tylko chrypiącym głosem eksponują interakcje w kierunku świata. Trzy gracje w leciutkich sukienkach jednego cerbera na spacer wesoło prowadziły, a ten oczarowany urodą ogonem tylko merdał i ani warknął. Ciepło. Leniwe, powolne, wakacyjne ciepło sączy się w Miasto i tylko Rzeka wzdycha aromatem tataraku i gnijących już nenufarów. Mijam pajęczynkę nerwów liścia bukowego na łydce rowerzystki, fontanny dyszące zmęczeniem, dzieci beztroskie, radosne i głodne świata tak bardzo, że nawet dziś biegają z rączętami szeroko rozpostartymi i buziami okrągłymi śmiechem. Mijam codzienność prostą i powtarzalną. Zupełnie jak wczoraj i dawno temu, w czasach, kiedy bajki dopiero zaczynały się pisać. Gdzieś tu, pomiędzy tymi drobiazgami zawiera się istota całego tego bałaganu, która uzasadnia tę moją chwilową obecność. A ja mam oczy za słabe, żeby rozpoznać. Ale próbuję. Wciąż i bez słowa skargi powtarzam kroki w kalendarzach zmiennych szukając po co jestem.

No właśnie, znowu wydarzyło się, bo rzeczy się zdarzają i przejść obok mnie nie potrafią, żeby nie zaczepić. Bo w rynku ludzi mało było – ironizuję, tylko trzy legiony siedziały w ogródeczkach, a pięć armii hulało samopas, jako te owce błędne, jako dmuchawce w eksplozji mleczów rozproszone, a wciąż nowe posiłki zmierzały z ościennych zaścianków i ulic przyległych. Ale ja. Standardowo musiało na mnie trafić, że kiedy tylko pozwolę ciału na chwilę bezczynności, to przypałęta się natychmiast gaduła z duszą napompowaną specyfikiem podnoszącym duchową wartość i czucie pozazmysłowe (zmysłowe czucie podnosi również, ale odbiornikowi, bo nadajnik jest zakonserwowany skutecznie). I właśnie dzisiaj oparłem jedną ze stóp o gzyms z piaskowca, żeby taki uduchowiony artysta odnalazł mnie bezbłędnie pośród tłumu i w pierwszym skojarzeniu do bociana porównał. Owszem chudy jestem, ale nos prędzej kartofel niż dziób przypomina. Nie czepiam się jednak, bo dalej było jeszcze ciekawiej. Pan pochwalił się, że tworzy w rynkowej przestrzeni, kiedy jest trzeźwy, więc nie teraz, bo bieżące teraz trwa od tygodnia i on zamierza ów stan podtrzymać jeszcze czas jakiś. Czyli enduro, to za mało. Na szyi na płaskim łańcuchu wisiał medal, albo moneta srebrzysta, a na dłoni bransoleta ze srebrnej łyżki wygiętej fantazyjnie. Wódka? Artyści stosują nektary, w jego przypadku słodka herbatka demokratycznie dzieląca się z wódeczką po połowie w plastikowej butelce z dzióbkiem do picia… W przeciągu paru chwil poznałem życiorysy kilku już nieżyjących osób, w tym byłej żony (ach jaki piękny wieniec…), plany dotyczące wnuka dwulatka do którego broń boże samolotem lecieć, bo tam wnieść nie wolno nektarów, więc podróż autokarem do Holandii zabiera (jeśli nie przekłamałem) trzy butelki wspomnianego napoju bogów. Już rękę wyciągał do mnie z bogatą jeszcze zawartością, już bratać się chciał i przy krawężniku usiąść na biesiadę i gawędy ciąg dalszy, gdy przyczyna mojego tam stania nadeszła i porwała mnie. Kto wie, czy i ja nie zostałbym w rynkowych przestrzeniach dożywotnio… niewiele brakowało…

Bo taki spacer, to argumentów nie potrzebuje wcale. Wystarczy mu być. Dać tylko szansę i nogi rozpuścić, a on się już toczy niewinnie, cichutko i tak dziecięco beztroski. Nie potrzebuje uzasadnień i zaklęć żadnych. Odrobina woli, zerwane wędzidła konieczności, musów i powinności, to wszystko co trzeba, żeby zaistniał. Mi za pretekst posłużyła „wyprawa” do sklepu – tego, który w kapciach mógłbym odwiedzić, bo odległość nie uzasadnia ubierania butów. Ale poszedłem. Na moście stanąłem i patrzyłem jak ryby… coś. No właśnie ryby korzystały z codzienności ustawiając się frontem (czyli częścią dziobową) w górę Rzeki. Może mają to genetycznie wszczepione, albo w szkołach je uczą podobnych zachowań, jednak od narybku, aż po spożywcze okazy wszystkie ustawiały się nosem na wiatr, znaczy prąd. Dziwne… Mi też wiatr na ogół w oczy wieje… A potem przyszło pisklę ludzkie w asyście wiekowej karmić co popadnie, bo chlebek suchy młode usta kala, a zwierzątka wdzięcznie go pożrą i to bez grymaszenia. Jakiś gołąb przedwcześnie zakończył kąpiel, żeby skorzystać z gastronomii niespodzianej i otrzepał się jak pies, od dzioba do ogona, po czym przystąpił do konsumpcji wraz z suchymi towarzyszami, a dreptanie pomiędzy nogami żywiciela nie było heroicznym wyczynem jednostki, lecz normą. Kaczki walecznie podeszły do sprawy i pośród zgiełku chleb wyjadany był na lądzie i wodzie, a nawet pod nią. Rozpoczęła się mikrodebata mostowa na temat preferencyjnej diety kaczek. Krzyżówek – dodam, żeby uściślić. Wywołany do tablicy powiedziałem dość odważnie, że to wodne krowy i pasza jest źródłem z którego czerpią energię. Czy przekonałem, to nie wiem, jednak narybek ludzki straszyć, że kaczki na śniadanie konsumują plankton? Dzień gotów się depresją zakończyć.

Patyki układam w stos. Nierówny, asymetryczny, chwiejny. Nieważne. Ogień pochłonie i wcale równością się nie będzie zachwycał. Weźmie, jak własne, bez względu na długość i gatunek. Wytopi z nich resztki wody, które w smużkach dymu popłyną do gwiazd i zbierając się w chmurach szemrać będą wspomnienia i plotki. Każdą kroplą wyfruniętą stąd wrócą, gdy tylko emocje przekroczą masę krytyczną. Zabawne jest pomyśleć, że na świecie wszystkiego jest ilość skończona. Wody też, bo przecież nikt jej nie dosypuje. Ona wraca i wraca, ale to wciąż ta sama woda, którą wypociły rzymskie legiony, a teraz szpak zjada połykając owoce czarnego bzu, kiedy wisi na gałązce nogami do góry, a piórka skrzą mu się w słońcu. Ta sama woda, którą pustyni piach wyssał z umierającej karawany teraz daje jędrność ogórkowi leżącemu pod ławką na przystanku, a ten bezdomny śpiący na niej, gdy się obudzi, pewnie napije się, bo sen też potrafi obudzić pragnieniem. Gdyby woda we mnie potrafiła do mnie gadać… jakie historie usłyszałbym wtedy? Internet zarumieniłby się pewnie ze wstydu, jakim ubogim jest nosicielem wieści ze świata. A ja chodziłbym bardziej zdumiony, niż teraz. Może nawet byłbym skondensowanym, notorycznym zdziwieniem. Pewnie tak.

Absolutnie nie zapomniałem. Pani nie zapomniałem, bo trudno zapomnieć, kiedy czarne włosy spływały na czarną bluzkę, a wzrok aż kąsał ciekawością. Nie umiem rozmawiać duszą, ale bodajże pytała się mnie pani, czy widzę ten warkocz czarny, spleciony misternie. Widziałem, może tylko ja jeden, może mi się zdawało, ale widziałem, jak zarzucała pani głową, żeby ułożył się równo na plecach, albo przesunął do przodu i osiadł w przełęczy pomiędzy piersiami. Kusiła mnie pani wzrokiem po trzykroć, lecz ja… wody tylko się napić chciałem i nie w głowie mi wyprowadzać się na drugą stronę lustra do świata, którego nie znam. Jeszcze nie czas. Na czary i odmienne stany świadomości. Posmutniały pani oczy, ale nadziei nie straciły, wracały szukając drogi do moich oczu, albo głębiej. Może maligna, może mi się zdawało, może nie mi pisana pani obecność we mnie. Czym dzisiaj mnie zaskoczy?

Młody, zabudowany nienormatywnie, fryzurą świat oszałamiał. Ona wyglądała jak grzbiet wściekłego kota, ale reszty kota nie było tam w ogóle. Tylko ten grzbiet drapał niebo i przecinał chmury na lewo i prawobrzeżne pastwiska, które zaszczycał własną obecnością. Chwilę później kolejny, mniejszy zdecydowanie egzemplarz, więc łatwiej było się przyjrzeć tej sierści, bo ona bliżej ziemi była i chmur nie kaleczyła. Taki trochę irokez, lecz mało bujny, może zalążek, który eksplodować tęczą ma dopiero w następne wakacje na jakimś mrocznym koncercie. No i pan, zgaduję, że z włoskim rodowodem, miał na czubku głowy wypielęgnowaną szczotkę uformowaną w prostokąt – gdyby dysponował wzrostem mógłby pajęczyny omiatać spod sufitów. A kiedy dziewczę z mizernym irokezem ujrzałem, to już się tylko uśmiechnąłem cicho. Uniwersalna fryzurka widocznie. Pani o twarzy napiętnowanej charakterem, wyglądała na twardo wyrzeźbioną życiem, ale uda miała tak pokancerowane siniaczkami, że tylko jednej galaktyce przyjrzeć się zdążyłem. Trochę jakby półwysep peloponeski wraz ze wszystkimi wyspami, nawet tymi, które dopiero się mają wynurzyć jako ta Afrodyta z kipieli. Drugie udo musiałbym ścigać daleko bardzo, a leń zakonspirowany, wszyty we mnie niczym esperal skutecznie zablokował taką opcję, więc pozostanie mi nieznanym obraz chwilowy cudzego uda. Dwie emerytki, w tym jedna żwawa, a druga dostojna o dziwo szły razem, chociaż jedna kroczyła, a druga nerwowo podbiegała. Dostojna wreszcie spuściła ze smyczy żwawą towarzyszkę i tylko przestrogą na drogę ją obarczyła: „zapytaj, czy wymagane jest pozwolenie”. Żwawiec wbiegł do sklepu z bronią, a ja nie poczekałem na finał i nie wiem, czy z rusznicą wróciła, czy z pancerfaustem. Ale zagrożenie życia i zdrowia zapewne przenosi się właśnie i strach emerytek zamieni się w lęk napastnika. Na „córki leśniczego” panie nie chciały wyglądać absolutnie.

Postanowiłem wbrew, że nie będę się odchudzał. W tym celu wszedłem do galerii handlowej, żeby skorzystać ze schodów ruchomych i zaoszczędzić jakieś kalorie, czy co tam zaoszczędzić można nie chodząc po schodach. Wodę? Zjechałem i dzień okazał się być obfity w kobiety w wieku dojrzałym, statecznym niemal, nie jakieś podśmiechujki, czy podfruwajki, tylko dystyngowane, wyprostowane i znające własną wartość kobiety. A włosy miały w nieładzie, jakby to reguła czy moda jakaś była. Włosy modelowane naturą, roztrzepane wiatrem, spłukane deszczem, albo sterczące frywolnie dokoła elektrostatyką wyładowań atmosferycznych. Mijały się owe kobiety z góralkami o monowarkoczach zaplecionych bardzo luźno,  niemal niedbale, a warkocze kubek w kubek siankowatą barwę i wygląd miały. Zjechałem tymi schodami wreszcie na poziom stołówkowy. Sport narodowy się tam uprawia i wybryki z całego świata w trybie ekspresowym podawane są na urągających talerzom papierowych i plastikowych tackach. Gdyby przypadkiem naród był poszukiwany, to on właśnie żre w galeriowym podziemiu kebaby, pity, hamburgery, czy co tam jeszcze podają. A podają wiele, bo sam widziałem sklep, który reklamował ćwiartkę kurczaka (chyba ostatnią, bo tłum wrzał i kłębił się, może już rozpoczęli walkę, albo licytację?). Ale – odbiegam od sedna sprawy. Kiedy już naród dostanie do ręki ową tackę, to siada w pierwszym wolnym miejscu, czyli niedaleko, wyjmuje telefon i nie marnując czasu, ze wzrokiem wbitym w monitor konsumuje. Trochę rozumiem – lepiej nie widzieć, co się pożera, bo można dostać niestrawności, ale że tak masowo w monitorek? Kiedy tam piękne panie wachlują się, promenują godnie i swobodnie, gdy pazurkowe kolory na bosych stopach zawstydzić tęczę mogą po wielokroć, a tu nawet młode chłopaczyska nie doceniają. Nie mogą, bo nie mają czasu. Oni czatują. No! Czatują, albo lajkują, może spamują, względnie jutubią czy gejmingują. Aż zakląć miałem, czego staram się unikać nie tylko publicznie. Opuściłem zakład niepyszny, lecz humor wrócił mi szybko. Widzeniem oczywiście. Z przejścia podziemnego w którym grajek z dużym głosem i talentem wyśpiewywał pieśni do wtóru gitary. Najpierw chyba  był pan. Piszę chyba, bo rozbawienie pozbawiło mnie chronologii zdarzeń. Pan miał makijaż! Usta miał umajone pięćdziesięciozłotówką! Zgiętą wpół i ona jak kaczy dziobek kłapała sobie na przeciągu radośnie i na bogato, a pan milczał, bo jak wiadomo milczenie zalążek bogactwa niesie, a kruk pysk otworzył i ser lis pożreć zdołał. A pani? Cóż z nią? Po wyjściu z galerii dokonała błyskawicznej samooceny sprawdzając, czy nie zostawiła czegoś w jednym ze sklepów. „Piersi, biodra, pośladki są… uff… najważniejsze zabrałam…” widząc moje rozbawienie nie dokończyła samokontroli, na co chyba miała ochotę. Trudno. Przepraszam i dziękuję za przywrócenie do żywych. Nieodchudzanie się jest trudnym zajęciem.

Zaczęło się! I będzie, że naciągam, albo naginam fakty. A ja uprzedzałem że tak już mam i takie rzeczy, to właśnie mi się zdarzają, bo komuś muszą, a chętnych  specjalnie nie widać. Leniwa niedziela, obiadek, banalny wręcz pomysł, żeby kalorie wchłonięte wymienić na ileś tam kroków, powiedzmy z grubsza dziesięć tysięcy – ptaki, słońce, pani z siniaczkiem na udzie w kształcie Matterhornu (głowy nie dam może K-2?), kamienica oskrobana z tynku, aromat grillowanego wszystkiego i wiatr, co się smużył nad Rzeką, bo w bulwary oczywiście bezmyślnie mnie nogi zaniosły i to jak oryginalnie? Pół świata miało podobny plan na popołudnie, a reszta skupiła się wokół Rynku. Oczywiście ja, przy pierwszej okazji przeniosłem się znad Rzeki do Rynku, żeby nie pominąć żywej reklamy knajpy kubańskiej w wykonaniu obsługi tańczącej dla gości do wtóru gorących rytmów. Trzeba wtedy było dać się uwieść i w salsę czy rumbę porwać kruczowłosą kelnerkę. Lecz nie. Spacer, to spacer. Z powagą, nie jak jakiś podlotek w tańce dzikie na trotuarach – poszedłem dalej, a chwilę później już było po wszystkim. Szczęście pełne, że nie o mnie tym razem chodziło, ale i tak opalenizna odrobinę zbladła na mnie. Młoda, zbyt młoda na taki fach, ale przecież widziałem z bliska – brwi zrośniętych nie miała (jeszcze, albo zabiegiem kosmetycznym próbuje zachować incognito), za to oczy powiedziały wszystko – czarownica! Oczy bez tęczówek, za to źrenice wielgaśne tak, że każdy kot pozazdrościłby, gdyby się w tych oczyskach przejrzał. Ja wolałem  się nie pogrążać. One błądziły w innych rewirach szukając ofiary, po ogródeczkach, gdzie masowo pożerana była wołowina amerykańską modłą oprawiona, a piwo przenosiło się ze szklanych naczyń w bardziej umięśnione wnętrza. Uff. Umknąłem rączo, a w pierwszej fontannie czoło otarłem zimną wodą. Coś na rzeczy być musi, bo one dzieją się stadami. Znaczy się – rzeczy i widzenia. A taka kumulacja istot nadprzyrodzonych i niepojętych, ludzkie przekracza pojęcie. Może Pytia by poradziła, ale zdechła chyba gdzieś daleko i teraz bez wsparcia przyszło mi zostać. I sam siebie szeptem uprzedzam, że jutro też jest dzień. I on niechybnie będzie eskalował. W domu siedzieć jak trusia? A przecież koń  w metalu rzeźbiony nadmiarem nóg grzeszył i kiedy niektóre miał na poprzednim, to inne już na następnym były postoju. A jaja Abakanów z przejścia podziemnego? Wylęgły się niechybnie bo nie ma ich tam już wcale. Wylęgły się istoty dzikie nocą ciemną pośród burzy. Złe w Miasto idzie po wielkiemu cichu. Niedobrze jest. Niedobrze…

Mało mi było. To i się doigrałem. Polazłem w zielone, nad wodę, żeby troszkę dalej od ludzi popatrzeć, jak dziczeje Miasto pozostawione samopas. Już dochodząc do Rzeki minąłem psa, który jedno oko miał brązowe, a drugie wypukło niebieskie. Aż się zaśmiałem, bo wyglądało to tak, jakby ktoś nie dość umiejętnie włożył temu psu to oko i nie docisnął, albo o powiekę zaczepił może i takie wpółczynne zostawił. Ścieżką, co zaprowadzić ma unijny porządek poszedłem w ten bezład popatrzeć, na dwumetrowe pokrzywy i nawłocie, jakieś bluszcze i powoje wspinające się na mirabelkowe szczyty szaleństwem rozmnożone, tworząc pionowe skrzydła i parawany. Rzeka przerośnięta rzęsą i innym chwastem była tylko domyślnym nurtem na całej prawie przestrzeni rozlewiska i aż dziw, że  łabędzie i kajaki jeszcze sobie radzą ze znajdowaniem wody. Usiadłem przy tym bezładzie, żeby piwo wypić pośród komarów i ważek. Nawet się udało, gdy na przeciwległym brzegu zobaczyłem stado ludzi. Nietypowo, bo siedzieli na trawie młodzi faceci w marynarkach i pod krawatami, a panie w kolorowych spódnicach wyglądały jak tancerki z Mazowsza. Pośród nich biało odziana para mieszana. Okazało się (chyba, że to znowu mój nadinterpretacyjny błąd), że to kapłan i neofitka nieznanego wyznania chrzest w wodzie biorąca. Zanurzona ze szczętem wyszła na brzeg i z pomocą dwóch kobiet poszła się przebrać za parawanem ad hoc z koca urządzonym. Osłaniały ją towarzyszki od strony alejek, a ja za wodą. Daleko wystarczająco, żeby wzrokiem nie ubrudzić tej dziewiczej skóry. Sztuka to jakaś pierwotna chyba, ale nie rozpoznałem. Na wszelki wypadek wróciłem do cywilizacji, bo te moje fanaberie zdawały się cofać świat w jakąś prehistorię  i tylko czekać gadzich epok, albo zlodowacenia. Na razie ukrop nieustający i tylko meteo służby coś o gromowładnym wspomniały nieśmiało, znaczy udało się chyba.

Czas trawię marnie. Bo on jakoś tak w antyfazie jest; kiedy go trzeba, to się kurczy, a gdy mam przesyt, to jamnikiem mi rośnie do absurdu. Trudno. Dobrze, że chociaż Miasto zaakceptowało mnie takiego, jakim jestem, pozwalając mi włóczyć się gdzie popadnie i nadmiernej uwagi mi nie poświęca, przez co mogę te trawienne konflikty rozplątywać do woli. A wczoraj… wczoraj spotkałem panią. Dla jasności (bo w dygresjach tonę jak zwykle) dzisiaj pań spotkałem tak wiele, że pośród nich były chyba wszystkie moje pierwsze miłości, nawet te nie poznane wcale i dodatkowo w kilku przedziałach wiekowych, od lat -nastu, do dojrzałych -dziestu lub -sięciu. Prześliczne poniekąd widzenia nie przesłoniły jednak wczorajszej pani, która już nie siwym, a białym włosem zwieńczona była i twarz niby jabłuszko po zimowym leżakowaniu w pryzmie jakiejś pomarszczoną miała, lecz uśmiech na twarzy? – poezja. Uśmiechem tym młodsza ode mnie była i ten uśmiech mi ofiarowała. A ja, jak cymbał jakowyś, jak kretyn skończony, uśmiech oddałem i poszedłem. A nie wolno było wcale. Bo to szamanka była. Widzę to teraz na wylot, że ona śmiała się moją przyszłością, do mnie się śmiała widzeniem, a w głowie mój dylemat  nierozwiązany pociągnęła od wczoraj do końca świata. Trzeba było się zatrzymać. Poprosić, żeby dopowiedziała. Ooo… z czasem, to ona raczej w zgodzie żyła, więc mogła. I tylko ja, niedoskonały, niedorobiony, szansę zmarnowałem wczorajszą i łudzę się, że starych dobrych nieznajomych Miasto przed oczy mi podsunie po raz kolejny, gdy przyjdzie mu na to ochota. Może mi wróci białogłową szamankę. Może dopowie. Na chrzcie nie wpisali mi tego defektu, jednak ściągam do siebie jednostki dysponujące więcej niż pięcioma zmysłami. Każdy oryginał szuka we mnie przystani, lub choćby ławką chce żebym został, na chwilę wystarczającą, aby oddech uspokoić, albo wypocić nadmiar używek. Nadzieja nie wstydzi się ze mną zamieszkać.


  • RSS