Świat chyba sprzyja śpiącym dłużej. Albo też awizowane pogodynką „fronty” są raczej partyzancko umocowanym, pospolitym ruszeniem, które przemieszcza się świtem bladym, bądź zgoła nocami. Wiatrowe ogary i oświetlenie wybuchowe liczone w kilowoltach wydają się ciut barokowe i na wyrost, ale może tak trzeba odstraszać czujki wraże, żeby spokorniały i na twarz przed tyralierą padły. Ja dla odmiany wstałem. Ptaki nieśmiało ogłosiły rozejm, albo przerwę na herbatkę o mało angielskiej porze, a jednak przemarsz frontów zatrzymał się dostojnie, pozwalając słońcu odwiedzić sypialnie okoliczne. Gdzieś spoza uchylonych okien dobiegły standardowe odgłosy – poranna miłość, bukiet przekleństw śniadaniowych, ostatnie wycie umordowanego psa w zbyt wąskiej przestrzeni, jazgot szczebiotliwy narybku. Takie swojskie, przewidywalne i powtarzalne odgłosy, dzięki którym łatwo rozpoznać, że we własnym łóżku zasnąć się udało wczorajszego wieczora. Bo wczoraj szwendaczek mi się włączył chyba, i znów zwiedziałem Miasto – jak ostatni recydywista poszedłem tam, gdzie w chodnikach i alejkach wyrąbałem piętami własne transzeje, jak dżdżownica w miękkiej glebie spacerująca, albo kohorta mrówek w drodze do. Dzień był męskim chyba, bo większość widzeń dotyczyła tej szpetnej części społeczności. Najpierw starszy pan w damskim kapeluszu słomkowym z kokardami adaptował się do klimatyzowanych przestrzeni galerii handlowej i dreptał niespiesznie, żeby obeschnąć, zanim znów na świat wychyli umęczony upałem kadłubek. Kolejny pan, również z siwą głową, jednak koński ogon miał tak rozbuchany, tak dorodny, że mógłby ze dwie głowy obsłużyć, a niejeden siwek z zazdrości stałby się gniadoszem. Krótkowłosy (wciąż wiekowo naznaczone jednostki o siwej maści prześladowały mnie monotonią barw) hałaśliwie i dość bezczelnie radość hiszpańską prezentował podglądając Miasto spoza bariery Rzeki i ową radość dźwięcznie akcentował dłonią na pośladkach rudowłosej towarzyszki. Towarzyszka znosiła nad podziw pokornie owe wyrazy uwielbienia – widać, że nietutejsza. Aż posiwiałem i ja. Do kompletu, albo instynktem stadnym gnany. I pozwoliłem krótkowłosej kobiecie przyglądać się sobie, lecz najwyraźniej nie spełniłem jej oczekiwań, bo uniosła swoje zbyt szczupłe ciało i jej wysokość odeszła w zapomnienie. A przecież mogłem stać się dla niej dobrą wróżbą na ów dzień. Pewnie nie umiałem znów… Spróbuję dzisiaj.