Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 9.2017

Trudno powstrzymać oczy, które rozszerzają się ze zdumienia na widok pani w kożuszku. Owszem, kalendarz ogłosił jesień, ale ona z tych złotych obecnie i uwodzi słoneczną aurą, więc czemu? Wiatr niesie aromat smażonych kiełbas, w ogródkach piwnych szklaneczki stukają o się na zdrowie, pociągi rytmicznie i pracowicie wystukują rytm, próbując popchnąć piechotę do żwawszego marszu, gdy z drugiej strony kaski i odblaskowe kamizelki preferują doskonały spokój w ruchach opanowanych do perfekcji – przerwa śniadaniowa. Kolejna zapewne, bo pora wydaje się obiadowa. Pani z fryzurą na Agatkę z bardzo starej dobranocki – nie, pani młodziutka i ładniutka, tylko bajeczka sprzed epoki cyfrowej jeszcze, za to fryzurka jak widać przetrwała próbę czasu, a pani uśmiech niosła dyskretny, gdy słońce do ucha szeptało jej obietnicę wspólnego popołudnia. Inna niosła w dłoni babeczkę wypełnioną gronami borówki amerykańskiej, które jadła w marszu usiłując nie uronić ani kuleczki. Z tego wszystkiego aż ścieżki poplątałem i zwolniłem nie raz. Nawet na światłach grzecznie stanąłem, choć nic nie jechało i patrzyłem na drzemkę kota pod kołem zaparkowanego samochodu. W taki dzień, to aż chce się uśmiech puścić do świata latawcem, żeby wspiął się, krążył wesolutko i zerkał z wysokości ciekawym wzrokiem jak dzieje się dzień. Powszedni jak chleb.

Pan w filcowym kapeluszu ze skórzaną raportówką na ramieniu wydawał się być pomieszaniem wszelkich kultur i epok. Taki konglomerat pozbierany teleskopowo po zakamarkach rozmaitych codzienności. Ale kupy się trzymał, nie rozsypywał się i szedł sobie dziarsko, więc w sumie – niech mu się wiedzie. A potem czarny pies przebiegł mi drogę. Z resztką ogona i wzrokiem nieprzeniknionym. Nawet nie jestem przekonany, że mnie zauważył. Za nim, to już szli ometkowani ludzie noszący na smyczach deklarację przynależności do jakiejś idei, zawodu, albo chwilowej aktywności. Do lepszego świata. Nie czytałem, nie pchałem się – minąłem, bo mijanie wychodzi mi doskonale. Oglądałem ciepły dzień i całkiem mi się nie spieszyło donikąd. Zewnętrza tak właśnie mają, że pośpiech im nie służy, wolą spokojny wzrok oswajać ze swoim istnieniem.

Bajeczny dzień zaiste. Najpierw uśmiechnęła się do mnie Mała Mi – jak z bajki całkiem, tylko ona większa była, mniej czerwona i taka… dorosła… No i nie całkiem do mnie się uśmiechała spod tej grzywki, tylko przeze mnie, pomimo mnie, może nawet gdzieś za mnie. Ale miło było pomyśleć, że do mnie, więc sobie ten uśmiech przywłaszczyłem o nic nie pytając, bo to dość złośliwa osóbka. Potem uśmiechała się już pani Calineczka, w blond-loczkach cała i znowu nie do mnie. Normalnie się już obrazić chciałem, bo taką strzałą leciały te uśmiechy pod ramieniem, obok ucha, seria cała wystrzelona i ani jeden nie zranił mnie nawet powierzchownie. Poszedłem jak niepyszny dalej. A dalej do byli już Barbapapa i Barbamama i robili zakupy adekwatne do swojej postury. Już przy kasie stojąc robili jeszcze małżeńskie dogrywki i dorzucali na stos zapomniane wcześniej produkty podtrzymujące wypukłość typową dla przypisanej postaciom sylwetki. A prześcigali się przy tym w oryginalności i wyrafinowanym zapotrzebowaniu na konsumpcyjne dobra. Grzechotali coś pomiędzy sobą i uśmiechy im rosły wraz z rosnącą hałdą wiktuałów i kolejny raz mnie owe uśmiechy ominęły. Niczym Balum Balum pogadałem z niewidocznym autorem i sam do siebie smutno się uśmiechnąłem, nim w czeluściach kreski wątłej zniknąć mi przyszło.

Pani niechybnie ruda od urodzenia położyła mięsisty warkocz pomiędzy piegowate piersi, zapewne po to, żeby się ogrzał. Obok przeszła ekstrawagancko wystrzyżona kobieta w czerni, a jej fryzura zarówno kolorem, jak i jakością zawstydzić mogła czerń, w którą była odziana. Staruszek gołąb odważnie stał przy ladzie piekarni w kolejce, kiedy jednak rudy burek, w towarzystwie równie rudej właścicielki też stanęli po bułki, dyskretnie wycofał się, chłodząc mi czoło z łopotem skrzydeł. Przez skrzyżowanie przemknęła jakaś parka, już w czapkach, zamotana szalami i w rękawiczkach całkiem zimowych. Może wrócili z Brazylii? Albo Kenii? Nie chciałem zgadywać, bo oferty biur podróży i pomysły indywidualne sprawiają, że już wkrótce ziemia stanie się zbyt ciasna dla turystycznej ciekawości i trzeba będzie szukać międzygalaktycznych atrakcji, żeby wykazać się oryginalnością. A za rogiem ulicy pozostanie ostatnie nieznane, jednak zbyt powszednie, żeby na nie choć okiem rzucić. Przestały cieszyć pączki i lody, nie kuszą świeże orzechy wprost z chodnika, nawet apteki świecą pustkami – melancholia i apatia wszechobecna. Tylko one zwiedzają okolicę, ale też w mysie ubrały się kolory.

Wróble przysiadły na antenie satelitarnej i spijają sygnał wprost z anteny. Pewnie trudno jest oglądać tysiące audycji na raz, bo aż się kręcą i główkami też kręcą z niedowierzaniem. Nie włączałem TV, bo skoro im zaszkodziło, więc po cóż ryzykować mam. Uwierzyłem. A jeśli budowa kupuje wodę mineralną pełnymi pakietami, na zgrzewki, to znak, że słońce dokucza skutecznie i tylko żurawie zachowują posępny spokój, holując betonowe klocki lego, na wciąż wyższe kondygnacje i balkony. Dzieci żują gumę, jako nagrodę za stomatologiczną otwartość i akceptację leczenia, psy sikają gdzie popadnie, kierując się przesłankami niedostępnymi ludzkości (ludzie czasami też). Nie chciałbym krakać czarnym krakaniem krukowatych, jednak kalendarz i widok tranzytowej ulicy przypomina, że rok akademicki blisko i pierwsi przyjezdni rozpoczynają procesy aklimatyzacyjne w Mieście. Niektórzy na całkiem krótko, ale tego im nie powiem wcale. O problemach z parkowaniem, to już w ogóle nie – posłucham obelg, zanim pasja zgaśnie przytłoczona powtarzalnością niemocy. Posłucham, gdy mrok okryje twarze, dodając odwagi niczym alkohol, by w słowotoku wzmocnionym obelgą posłuchać o urodzie najbliższej okolicy, którą znam przecież, lecz innym wzrokiem. Ileż razy sam mówiłem: to nie jest Miasto dla piechoty?

Widziałem czarno odziane kobiety o nogach tak szczupłych, że już samym swoim istnieniem urągały idei chodzenia. Wzruszyłem ramionami przypominając sobie, że niejaki trzmiel fruwa sobie beztrosko ku rozpaczy teoretyków awiacji i nic sobie z tych lamentów nie robi, tylko basowym hukiem silnika zawiadamia okoliczne pastwiska o niezaspokojonym apetycie na słodkie kwiatuszki. Widziałem pana z bokobrodami bujniejszymi od tego, co czubek głowy zdobiło, a całość w pełnej palecie szarości. Minął go siwowłosy na rowerze, z wąsiskiem bujnym i czarnym, jakby zaprzeczyć chciał upływowi czasu. Widziałem młodą mamę o jasnej karnacji i takich włosach, jak próbowała dogonić dłonią dłoń chłopczyka, a brwi miała świeżo namalowane chyba. Umysł walczył z obrazem, bo niczym karykatura, albo maska żywcem przeniesiona z amerykańskich świąt, brwi pyszniły się czernią doskonale czarną, jakby z fizycznych ideałów przeszczepione, albo pędzlem nabrane wprost z czarnej dziury i to takiej świeżutkiej i wysokogatunkowej. Widziałem deszcz drobniejszy od kaszy mannej, który nawet najdelikatniejszym bluzkom nie był w stanie zmienić barwy na ton ciemniejszy i tylko oddech się wyprostował rześkim łykiem napędzony. Widziałem ludzi w resztki uczuć oprawionych, powoli już chowających się w jesienne  czernie wszędobylskie. I dwie koleżanki jednym długim szalem owinięte, sprawdzające nosami, jakim aromatem nasiąkł fragment im przez los podrzucony – ładne to było przedstawienie i wiele zmysłów zatrudniało. może wręcz wszystkie? Sądząc po ich radości dzielonej pomiędzy siebie, a wszystkim dostępnej – przedstawienie warte było takiej ekstrawagancji.

Szedłem patrząc na pięknie dojrzewającą jesień i kobietę, w letniej, białej bluzeczce, jak szuka ciepła w martwych objęciach materiału – tym razem była to połowa koca w szkocką kratę, modelowanego w szal, który i swetrem mógł być i płaszczem wyszukanym, a nawet peleryną z kapturem. Niósł się ów koc z niewątpliwym wdziękiem i stukał obcasami w rytmie żywszym, niż większość podsłuchanych dzisiaj, a ponad nim mieszkał uśmiech miękki jak ten dzień. Ktoś się wędlinom odkłonił że nie i poszedł z niczym, kto inny pozwolił uwieść aromatowi świeżych bułek. Wiatr spokorniał i tylko niewinne figle wyczynia, a słońce prowadzi go na leniwej smyczy. Uśmiechnąłem się dyskretnie, bo nie było aż tak chłodno, żeby kurteczkę pikowaną szczelnie zapinać, chyba, że powody zgoła odmiennej były natury. A pani miała ją zapiętą po ostatni skok zamka błyskawicznego i opinała ona doskonale, niewiele kształtom ujmując. Lewa brodawka próbowała przekopać się przez puchaty materiał, jakby widoków spragniona była i chciała przymierzyć własną barwę do koloru elewacji dworca kolejowego. Bezskutecznie – powstrzymywana stanowczą dłonią pierś nie wydostała się z błękitnej powłoczki i z przymiarki nici, lecz wiele nie brakowało. A ja poszedłem z myślą wielce nieuczesaną, że ostatnią barierę miała do pokonania. Widać za młoda, żeby taki stary dworzec oglądać…

Najpierw minąłem cztery kolorowe pajączki zwisające z nowego budynku, który zamieszkał tam, gdzie wieki temu był dworzec PKS-u. Babie lato snuło się od dachu biurowca, aż po świeżo wybrukowany chodnik, a pajączki zsuwały się po tych nitkach przy okazji czyszcząc świecące oszukanym srebrem szyby. Nic – pomyślałem – zdarza się. Ale pół godziny później trzy kolejne pajączki, znów na tle srebrnych szyb kołysały się w mikrym wietrze. I znów babie lato podwójnych nici i klekot uprzęży i kaski i stopy niedbale wsparte o szyby tak gładkie, że wsparcia żadnego dać nie mogły. Trenują? Przez zimową wyprawą na K-2? Można i tak. Poszedłem, bo spacer dopiero miał pokazać… no właśnie – nie tyle oblicze, co pazury. Bezrozumnie patrzyłem na faceta, który rozcapierzył szeroko palce obu rąk i próbował zakrzywić pazury w szpony orła. I szedł takim dzikim kotem szukając celu godnego tych pazurów, a ja nadal bezrozumnie patrzyłem i nie wiem, po co ta demonstracja była. Zapewne wiedzieć nie muszę. Tak samo, jak nie muszę wiedzieć, dlaczego pani ubrała czarną sukienkę pod płaszczyk króciutki i do tego lśniące gumową czernią kalosze. Z lekkim niepokojem czekam wyjściowych kaloszy na wysokim obcasie – to dopiero będzie doznanie. Właśnie! Tej pani, co w cieniutkich szpileczkach po kocich łbach przejść musiała pięć kroków, to współczułem serdecznie. Ograniczenie prędkości w jej przypadku byłoby potwarzą, bez względu na wpisaną tam wielkość. Dzieciaczki w odblaskowych kamizelkach i fantazyjnych kapeluszach stanowiły uśmiechniętą pochwałę płodności narodu, jedna, druga, chyba ze cztery grupy krasnali szły wystrojone w czapy rozmaite, a za nimi starsze panie w kapeluszach rozkwitających ogrodami, wiankami dożynkowymi, czy kiściami owoców. Miały nawet jakieś przesłanie, jednak nie zapytałem, a przeczytać nie dałem rady, bo musiałbym bezczelnie wzrok wbić w odznaki powieszone na piersiach, co nie jest jakoś mile widziane przez płeć w te piersi wyposażoną. I tak – ubogi w wiedzę, a jak zwykle zdziwiony zakończyłem spacer, lecz hardo obiecałem sobie dzisiaj recydywę. A co! Pójdę raz jeszcze!

Wzrok mi się psuje, względnie zdarzenia dzieją się nocą i niepostrzeżenie. To, że szpital, przesiąkł bezdomnością, pustymi wiatrami – złodziejaszkami szukającymi nadaremnie ciepła po salach tak wyczyszczonych z ludzi i łóżek, że nawet śmierć stała się tam bezrobotną trwale – wiedziałem. Że tylko portier-rencista bezbarwnym głosem i zrezygnowaną postawą rozkłada szeroko ręce, że nic poza westchnieniem pustki się tam nie znajdzie, poza chwastami brawurowo zasiedlającymi połacie puzzlowych podjazdów – również. Ale, że kasztanowce wzdłuż szpitalnego płotu rosnące, rozpłaczą się z żalu i chmurą owoców spadną na jezdnię, a samochody podepczą bezdusznie te łzy na miazgę, to już zupełnie nie. W jedną noc? Pani przedszkolanka, może była żoną portiera, bo wiedziała. Przecież szła, trzymając dziewczynkę malutką za rączkę, a za nimi parami, mniej i bardziej grzeczne dzieciaczki szły ciurkiem, a w martwym wzroku przedszkolanki odbijała się już ciżba liści szeleszczących na brązowo, pomiędzy którymi ocalałe z masakry kasztany woskowym blaskiem szukały ciepła drobnych rączek. Jeszcze tylko kroczków maluśkich sto i już będą brzuchate kasztany śmiały się do wzroku pełnego iskier. Rośnie otchłań w kagańcu żelaznej ściany wbitej w partery wcześniej wyburzonych budowli. Już koparka wyciągniętą łyżką wierzchu nie sięga, a żuraw zerka z wysoka na okoliczne podwórka. Znów nowe wygna odrobinę smrodu i historii nieopowiedzianych. Ale ściana z ponad stuletnich cegieł została, więc kiedy już przejść będzie można, znów da się przeczytać napis olejnicą białą grawerowany jak dla niedowidzących. Wielkim krzykiem wielkich liter pyszni się deklaracja, jak rodzinne motto nad bramą latyfundiów, albo szarfa w rodowy herb wpleciona: BÓG WYBACZA – TRÓJKĄT NIGDY.  Noblesse oblige…

Do Arystotelesa, to mam spóźnienie o jakieś dwa tysiące pięćset lat (z grubsza), ale i dla mnie w końcu nadszedł zoologiczny dzień – chyba. Inaczej nie potrafię tego określić. Bo jak wyjaśnić mam, że pan, którego mijam anonimowo, ma twarz pomarszczoną jak sharpei? Głębokie, zdecydowane bruzdy, miękkimi fałdami okrywające całą twarz. Nawet nos się nie odcinał jakimś ostrym akcentem, tylko układał się pośród tych fałd kolejną wydmą. A chwilę później pani, której na głowie zwinął się do snu baranek srebrzysty. Skulił się tak bardzo, że ani nos, ani kopytka mu nie wystawały, ale to był baranek, albo bardzo udana personifikacja. Chłopak, być może nawet dorosły biegł, ale czynił to jak niedźwiedź, któremu futro ktoś zaraził czerwonymi mrówkami. Biegł i łbem zarzucał i barkami wstrząsał i tylko czekałem, aż opadnie na cztery łapy i pogalopuje wściekle ku najbliższej wodzie, żeby utopić te mrówki do cna – biegł w dobrym kierunku, jednak tutaj, to nawet instynkt jest niepotrzebny, żeby biec w kierunku Rzeki. Jakaś pani wdzięczy się do własnego pieska i nachyla się ze szczebiotem, z gulganiem, jak do niemowlęcia i prawie już jak ten piesek czarna i zamiast białego żabotu pod nosem, to białe nereczki wystają ponad wypięte… – o przepraszam – ogonka, to ta pani nie miała – było tylko miejsce na ogonek. I owo miejsce wypięte bardzo było, a nereczki świeciły, aż temu panu, co małego rudzielca wyszedł wysikać, to śliny zabrakło w ustach i chrypiał tylko, a rudzielec przedrzeźniał go po psiemu i ironicznie bardzo. Wyspa lęgowa na miejskiej fosie niczym ikebana, ułożona, wystrojona i świąteczna, a chełpi się kształtem i kolorem, że aż urosła. A ja nie widziałem, kim ogrodnik był. I wizytówki nie zostawił, aż szkoda.


  • RSS