Wzrok mi się psuje, względnie zdarzenia dzieją się nocą i niepostrzeżenie. To, że szpital, przesiąkł bezdomnością, pustymi wiatrami – złodziejaszkami szukającymi nadaremnie ciepła po salach tak wyczyszczonych z ludzi i łóżek, że nawet śmierć stała się tam bezrobotną trwale – wiedziałem. Że tylko portier-rencista bezbarwnym głosem i zrezygnowaną postawą rozkłada szeroko ręce, że nic poza westchnieniem pustki się tam nie znajdzie, poza chwastami brawurowo zasiedlającymi połacie puzzlowych podjazdów – również. Ale, że kasztanowce wzdłuż szpitalnego płotu rosnące, rozpłaczą się z żalu i chmurą owoców spadną na jezdnię, a samochody podepczą bezdusznie te łzy na miazgę, to już zupełnie nie. W jedną noc? Pani przedszkolanka, może była żoną portiera, bo wiedziała. Przecież szła, trzymając dziewczynkę malutką za rączkę, a za nimi parami, mniej i bardziej grzeczne dzieciaczki szły ciurkiem, a w martwym wzroku przedszkolanki odbijała się już ciżba liści szeleszczących na brązowo, pomiędzy którymi ocalałe z masakry kasztany woskowym blaskiem szukały ciepła drobnych rączek. Jeszcze tylko kroczków maluśkich sto i już będą brzuchate kasztany śmiały się do wzroku pełnego iskier. Rośnie otchłań w kagańcu żelaznej ściany wbitej w partery wcześniej wyburzonych budowli. Już koparka wyciągniętą łyżką wierzchu nie sięga, a żuraw zerka z wysoka na okoliczne podwórka. Znów nowe wygna odrobinę smrodu i historii nieopowiedzianych. Ale ściana z ponad stuletnich cegieł została, więc kiedy już przejść będzie można, znów da się przeczytać napis olejnicą białą grawerowany jak dla niedowidzących. Wielkim krzykiem wielkich liter pyszni się deklaracja, jak rodzinne motto nad bramą latyfundiów, albo szarfa w rodowy herb wpleciona: BÓG WYBACZA – TRÓJKĄT NIGDY.  Noblesse oblige…