Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 10.2017

Wiatr podjął rękawicę i stanął w szranki z grawitacją. Teraz wspólnie bawią się ludźmi jak pacynkami, a widoki stwarzają niebanalne, kiedy kręgosłupy nieświadome próbują znaleźć harmonię i stabilność w wypadkowej złożenia dwóch sił działających prostopadle do się, przy czym jedna bardzo niestałą jest i „najdziksze wyczynia swawole”. Drzewa już dawno złożyły daninę z liści i gałęzi, więc teraz smętnie patrzą, na własne, potargane głowy i melancholijnie kiwają się. Wiatr zupełnie niechcący, w tym zapamiętaniu, osuszył elewacje zmurszałe, wymagające reanimacji lub choćby działań doraźnych, lecz nie malutką szpachelką, jak przed malowaniem domowego korytarza, kiedy dziurki drobne trzeba gipsem wypełnić, ale poważnym wypełnianiem ubytków liczonym w rozlicznych metrach kwadratowych powierzchni. Milion szpaków przeleciało hurtem nad widzialnym firmamentem i zaciemniło obraz brzuszkami połyskującymi metalicznie i zniknęło z okrzykiem bojowym, kiedy współplemieńcy poszukiwali ostatnich objawów jesieni na gałęziach drzew owocowych (!!! dramat – szukać owoców pośród cegieł i betonu!). Sprzątaczka stalowymi pazurkami czesze nierówności podwórkowe i usiłuje wywołać w pożółkłych liściach instynkt stadny równoważny szpaczemu przywiązaniu, ale wiatr złośliwie je rozprasza, zupełnie bez szacunku dla wieku kobieciny, a ta, niestrudzenie, drapie klepisko i jeszcze potrafi powiedzieć z uśmiechem dzień dobry. Sikorka znosi jarzębinowe korale do budki ledwie miesiąc temu powieszonej na ciernistym drzewie, a kos zerka na mnie podejrzliwie i zupełnie nie ma ochoty wskazać swojego adresu zamieszkania, tylko bawi się z gołębiami w zbieranego. Co zbierają pod ostrokrzewem? Ciiiii… tajemnica istnienia. Jakaś parka o charakterach wyrzeźbionych życiowym nieszczęściem wyszperała w śmietniku pęczek żywo – zielonej natki i poszli usatysfakcjonowani łupem, gdy trzeci, niezależny szperacz pozostał, samotnie poszukując minerałów i metali ziem rzadkich w czeluściach kontenerów. Zawstydzone słońce chowa się pod pierzyny wszechobecnych chmur zawstydzone, że grzać już nie potrafi i tylko świecidełkiem się ostało na niebie wysokim. Takie bawitko – talizman na lepsze jutro.

Niosłem własną niedoskonałość przez Miasto nieidealne i pomyślałem sobie, że kiedy już będę wystarczająco dorosły, to wreszcie zrozumiem. Powody, dla których rzeczy się dzieją, a ludzie słów używają tak lekceważąco, bezmyślnie i bezrefleksyjnie. Bo na razie, to chodzę, patrzę i słucham. Kolekcjonuję obrazy i słowa, a zdumieniem własnym obarczam ciąg dalszy i następstwa, kiedy tylko mam okazje być świadkiem takowych. Głoszone w ciszy zaułków, albo całkiem zuchwałe na wskroś rynkowych przestrzeni, słowa tną powietrze aż po widnokrąg. Oczywiste w pierwotnym znaczeniu, lecz zawstydzone bieżącym odniesieniem, pomalowane pasją, albo chociaż zadumą – pośród uczuć uczciwych, niechby nawet wstydliwych, ale jakichkolwiek, żeby znaczeniem je namaścić, bo definicję encyklopedyczną już dawno utraciły.

Zupełnie nie wiem, po cóż mi taka wiedza, a przecież szukam, łudzę się, że udać się może, zanim stanie się tylko zakurzoną teorią. Niepotrzebną absolutnie i przeterminowaną, jak jogurt zbyt długo w lodówce przechowywany. Parsknąłem autoironią, że kiedy zbyt dorosły już będę i wiedzę posiądę, to ją ustawię na półce za szkłem, jak eksponat muzealny, miskę z epoki dawnych cesarzy chińskich, z której nikt już w życiu ryżu nie zje, bo nazbyt cenną się stała pamiątką. Wspomnieniem nieżyjących mistrzów sztuki ceramicznej. I zamiast doceniać podczas konsumpcji komplet wyrafinowanych doznań estetyczno-kulinarnych, to tylko onanizmem emocjonalnym poprzez pancerz szkła witryny rosną marzenia niedościgłe, że kiedyś… Tak – taką myślą zapłodniłem własny umysł, a dziś śmiechem parsknąłem na szczęście niegroźnie i otoczenia nie ukarałem własną, niedorosłą ekspresją. Pewnie i tak niezauważalną, bo na zewnątrz pustki szczere i tylko wiatr strąca liście z drzew, a kos z najwyższej gałęzi wierzby przygląda się gęstniejącemu dywanowi liści strąconych w otchłań klepiska podwórkowego. Taka pułapka na nieświadomego, bo kałuże mętne okryły się kołdrą liści równie starannie i wdepnąć banalnie łatwo. Pies sąsiada bezpiecznie ominął zasadzki i chyłkiem, skulony wraca w zacisze domowych pieleszy. A ja? Może wdepnąć mi trzeba, żeby się z mrzonki wyleczyć? Zająć się czymś, co łatwiej osiągnąć? Ot – choćby buty wysuszyć, czy spodnie…

Dobijałem się barwy i proszę! Zdryfowałem na skrzyżowanie, z tych większych i mocniej rozbudowanych. Bogato wyposażone w światła rozliczne zaowocowało kolorem. Najpierw sygnalizacja czerwienią usadziła piechotę globalnie i dookólnie. Rozejrzałem się niespiesznie, a tu jeden krawężnik przywitał mnie czerwienią sukienki, drugi kusił identyczną, skrojoną w płaszcz, po przekątnej, na krawędzi widzenia wzrok niepokoił kapelusz, który powinien ów płaszczyk uzupełniać, a naprzeciw torba wypchana bez reszty, maści dopełniającej wcześniejsze elementy. Już tylko butów zabrakło, żeby skompletować garderobę do amoku monotonną. I znalazłem – o zgrozo! Na męskich nogach adidasy, jak zachlapane krwią tętniczą. Czyli można. Nawet w pochmurny dzień, z miejsca się nie ruszając puzzla ułożyć w myślach. Mój uśmiech zgasił mżawkę i dalej iść mogłem nie niepokojony już przez atmosferę. Gołąb korzystał z saturatora ulicznej fontanny, żeby ugasić pragnienie wodą bogatą w bąbelki, a niemiecka wycieczka podziwiała całodobową pocztę, jakby to był ósmy cud świata. Któryś nawet zerknął do środka, czy faktycznie funkcjonuje, inny fotkę do albumu machnął, nim poszli zbiorowo w stronę opery. Ja również, stadnym instynktem gnany, jednak na tyle wolno, że kiedy dotarłem niemiecka ścieżka rozpłynęła się już w przeszłości.

Zwyczajowo wypełniłem buty własnym gabarytem i wyszedłem na zewnątrz. Dzień próbował spłukać kolory ze świata i stać się nocą, co niemalże mu się udało. Nieliczne, dysponujące jeszcze kolorem jednostki, jak wieczne lampki w kościołach, strzegły resztek dziennego światła, przemykając pospiesznie, z wzrokiem wbitym w najwyżej trzy najbliższe kroki. Wróble porzuciły strącanie liści z drzew, któremu to zajęciu oddawały się z lubością w słoneczne przedpołudnia i gdzieś się skryły – całkiem niedaleko, bo słychać, jak się przekomarzają pomiędzy sobą. Krople deszczu zaglądają mi pod koszulę i szepczą do uszu zniechęcenia drobne, jątrzące i uporczywe, a mi wciąż chce się patrzeć, jak świat się kąpie bezwstydnie. Rudy pies sprawdził, czy moje nogawki nasiąkły podobnie do jego łydek i odszedł usatysfakcjonowany, jakaś czarnowłosa pani przeszła obok mnie nie zauważając, zgnieciony papier przy krawężniku zmiękł bardziej niż zegary Dali’ego wtapiając się w fugi i nierówności chodnika, jakby zasady mimikry opanował doskonalej od zwierząt. Smutki i znużenia wędrują trzymając w objęciach migreny i kurczowo czepiają się wspomnień snów, które szczelnie pozamykały drzwi sypialni, żeby ich przeciąg nie wywiał na słotę. Bo kiedy niebo zakłada ciemny garnitur, mogłoby postarać się chociaż o krawat w cieplejszym kolorze.

Czarnoskórą, czarnowłosą i czarnoodzianą trójcę od ideału dzielił najniższy szczebel drabiny – białe adidasy, w które owe trojaczki bardzo zgodnie się ubrały. Może i dobrze, bo stężenie czerni mogło przekroczyć masę krytyczną i eksplodować. Niebo pochmurnie przyglądało się, jak trójca nieomal perfekcyjna zaszczyca swoją boską, zbiorową urodą rynek i promenuje zwiewnie deptakiem niedostępnym dla ruchu samochodowego – ja również z nieukrywanym zainteresowaniem, co niestety z wysokim prawdopodobieństwem sukcesu zdradza płeć owego zjawiska poniekąd naturalnego. Chciałem pożyczyć potrójnemu majestatowi własne buty, aby samobójczo dopełnić stan idealny, jednak miałem tylko jedną parę, i to (powiedzmy szczerze) nie dość, że na sobie, to jeszcze niezbyt czyste i noszące ślady kwaśnych deszczy, które w procesie zobojętniania wgryzły się w wypastowaną skórę i zakwitły solnymi wypryskami. Zachodzone przy tym były te buty bardzo – na usprawiedliwienie powiem, że wciąż leciutkie i przewiewne, a od wiosny zdołałem w nich przedreptać to wszystko, czego producent nie przewidział podczas standardowego użytkowania obuwia, czyli stosowanie ich do przemieszczania się pieszo, rączo i wytrwale. Kilkuosobowa rozmowa obejmująca kończyny górne, głowy całe i kadłubki troszkę przypominała pantomimę, jednak sztuce kłaniać się należy każdej i ironizować trochę wstyd, więc minąłem bez złego słowa, tak samo jak minąłem bezdomnego, śpiewającego w marszu „Imagine”, do wtóru siedzącej na chodniku gitary i saksofonu. Galerię sztuki podpierał plecami młody umysł, pochłonięty analizą księgi szyfrów cyfrowych, więc może to była książka telefoniczna, której się uczył na pamięć, albo inny zbiór łamigłówek wielopoziomowych i wciągających tak, że świata ponad stronicami nie dostrzegał, a jego nogi jak zaskrońce wiły się w stronę cieplejszych zakamarków i wypełzały w poprzek chodnika w kierunku jezdni. Zwykły dzień, jakich w roku obfitość,  tak bardzo nieistotny, że aż chce się żyć.

Październik tak piękny, jakby był wrześniem. A popołudnia serwuje niczym sierpniowe wieczory. Tylko dać się uwieść i pójść z tym październikiem pod rękę w Miasto, nad Rzekę i patrzeć jak dzieje się dzień. Pójść w poprzek tłumu, wolniej lub szybciej, ominąć kolejną budowę, zajrzeć w niepoznane podwórko, albo przystanąć obok balustrady i szepnąć do wody parę słów intymnych. Poszedłem. Oczywiście. Glediczia pyszni się dojrzałą żółcią i sieje drobnym złotem liści wokół siebie, komuś oczy się śmieją do owoców w skrzynkach przed sklepem warzywnym. Pani z wysokości krzesełka przygląda się frontowi dworca, tuląc wielkiego, pluszowego misia, jakby to było jej własne dziecko, a miś bardzo chętnie odwzajemniał pieszczotę i układał pluszowe miękkości wpasowując się w młodą kobiecość. Garść czarnych kapeluszy rzuca jedyny cień na młode uśmiechnięte buzie, bańki mydlane pokonują przestrzenie deptaków i wybuchają w jesiennych koronach klonów nad głowami cygańskiej familii, próbując odrobiną mydła zmienić ich karnację na jaśniejszą. Koń się zaśmiał widząc te skazane na porażkę próby. Odsłonięte uda nie stanowią rzadkości, choć nie występują tak licznie jak okulary – tych wysyp, szczególnie na damskich noskach. Pewnie nie zwróciłbym uwagi, gdyby nie rozmiar – kobiety wolą wersje zasłaniające co najmniej pół twarzy, a niektóre idą jeszcze dalej z rozmiarem. Kilka końskich ogonów merdających beztrosko wprawia mnie w zakłopotanie, bo mam problem z rozróżnieniem płci, pani z głosem szorstkim jak pumeks tłumaczy koleżance zawiłości artystyczne dotyczące świeżych twarzy pojawiających się w jej kręgu, co skutecznie zabija stagnację i wprowadza niepokój, zmuszający ją do bardziej energicznego marszu – faktycznie, jak na rynkowe uwarunkowania, ona mknęła. Ja nie. Ja cieszyłem się jesienią.

Dziewczynka urosła tak szybko, że masa nie zdążyła dogonić wzrostu i rozłożyć się po gabarycie, więc szedł chodnikiem okaz na kształt szkieletu obciągniętego skórą i był prowadzony przez dwusmycz w pełnej obsadzie. Nieomal psi zaprzęg, ale bez sanek. Wiekowe burki holowały wysokie dziewczę w stronę domu zapewne, pilnując, aby wiatr jej nie porwał gdzieś wysoko. Nie sądziłem, że można mieć tak szczupłe kończyny, że przy takim wzroście można zapomnieć o masie – widać w błędzie byłem, jednak przynajmniej dyskretnie. Mijane osoby wrażenia demonstrowały jawnie, a dziewczę poganiane smyczą wyprzedzało dziwiących się tubylców nie przejmując się zbiorowym zdumieniem. Najmłodsza wśród stoików niechybnie! Odsłonięte pępki wciąż pożerają światło słoneczne i robią zapasy na zimę, achillesy wdzięczą się nagością w każdym możliwym obuwiu. Dziewczynki, które dwadzieścia, a może nawet trzydzieści lat temu, w trampkach biegały po podwórkach, dzisiaj pokonują w nich przestrzenie miejskie, już bardziej stonowanym tempem. Moda to, przyzwyczajenie, czy nostalgia?

Zostawiłem Miasto na chwilkę zaledwie, a ono jeszcze takie siąpiące nosem było, a tu proszę – lato wróciło. Nawet kloszardzi na ławeczkach przeciągają swoje umorusane, skrzypiące kości i przysypiają leżąc z błogim uśmiechem, nie niepokojeni przez straż miejską, ani policję. Pani niskopienna, lecz obfita niosła w objęciach uśmiech wyrafinowany i tak dyskretny, że szczęśliwym być musi ten, do którego go niosła. Szła z wiatrem niestety, więc szybko znikła z mojego widnokręgu. Znów polowanie na cień i chodniki gęstniejące selektywnie. Podwodne życie fosy wzbudza zainteresowanie dzieci, a karuzela parkowa tryska liczną, niedojrzałą radością i zaraża śmiechem. Fontanny tryskają wodą, młodzież – zdrowiem, a przechodnie humorem. W taki dzień nawet myśli tęsknią do błogostanu i bezpośpiechu, a na ekstrawagancje nie ma czasu zupełnie.

Dzień uśmiecha się tak ciepło, że nie sposób zrezygnować ze spaceru. I z ulubionego pytania również. Bo co się stać musiało, żeby pani w różowym, wełnianym płaszczu szła przez Miasto ciągnąc walizeczkę na kółkach? Niewiele potrzeba, kiedy jednak dołożę drobne spostrzeżenie, że szła w kapciach, to już sprawa staje się nieoczywista. Może zniszczone buty wyrzuciła do kubełka, albo schowała zębatą parę do walizeczki, kiedy pogryzione stopy spuchły jej ponad miarę. I dreptała teraz w stronę dworca uwolniona od nieszczęścia, pod makijażem ukrywając pozostałe emocje. Samoloty skorzystały z okazji, że chmury zapodziały się gdzieś i dzielą błękit na fragmenty. Można byłoby już pograć w kółko i krzyżyk, gdyby udało się sięgnąć ręką i zaznaczyć wybrane pole, jednak niebo dzisiaj wysokie bardzo. Zmieścił się pod nim nawet młody facet z zadartym nosem, a słońce tylko prześwietliło mu rzadką brodę i wąsy w kolorze czystej miedzi. Niemiec w panterce znowu medytował nad kuflem czeskiego piwa.  Czyli precedens próbuje przedzierzgnąć w tradycję. Ciekawe, kto wykaże się większą wytrwałością – ja w spacerach, czy on w medytacjach chmielem wspomaganych?

Świat skarlał już zupełnie, jeśli w Europie Azjata spotyka się z Afrykanerem na gawędę. Afrykańczyk musiał być równikowy, bo karnację miał ciemniejszą od nocy w nowiu, a Azjata (jak to ichnie chłopy) ciut zabiedzony – chudy, jak nie przymierzając ja i ze skośnymi oczami. Wymienili po parę słów zaledwie i rozeszli się w przeciwne strony. Dlatego myślę, że świat całkiem się skurczył, bo te parę słów, to mogli listem wysłać, albo się zdzwonić, czy e-maila wysłać z kawiarenki internetowej, a nie tak w Europie, na zapleczu ratusza, otoczeni tubylczą codziennością na dwie minutki się spotykać – nawet na piwo nie usiedli. Ale, nie ma co wybrzydzać, jak te młode kobiety, które jesienią zaczynają śmiać się ściągając kąciki ust w dół, zamiast w górę. Potem nadeszło dwóch podstarzałych strongman’ów. Przynajmniej tak sądziłem początkowo, jednak dorodne brody (w kolorach dominujących jesienią – jedna siwa, druga czarna) czerń wszędobylska, srebro licznej biżuterii i koszulki z wyznaniem wiary głosiły: Gothic. Może znowu Miasto promuje rozmaite mniejszości, bo w odstępie kilku minut wzrok mój zaszczyciła młodziutka, szczuplutka pani. w krótkich spodenkach z szelkami i baaardzo kolorową czuprynką. Demonstrowała niebanalną swą urodę na centralnym deptaku Miasta w butach (klnę się na wszystkie świętości!!!), które miały w podeszwach sprężyny i to chyba z pięć na jeden but! Resory tyle nie mają! Z tego wrażenia, to nawet deszcz się rozmyślił i nie zaczął padać, tylko kłębił się nad Miastem z niedowierzaniem. I tylko pijany Niemiec w panterce bredził zaklęcia ponad kuflem piwa i sam siebie klął chyba, że na Oktoberfest się zapisał, a czeskie piwo chleje w Polsce.


  • RSS