Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 11.2017

Miasto wyciągnęło po mnie swoje szpony. Niewidzialne, miękkie tak bardzo, że nie poczułem ucisku obroży, kiedy wyciągnęło do mnie dendryty ścieżek niepoznanych i tętniące bogatym życiem deptaki. Ogarnęło mnie i oszołomiło. Zawładnęło mną całkiem i poczułem się częścią tego wielkiego organizmu – jak najbardziej na miejscu, chociaż czasowo zmieniałem lokalizację raz za razem i zdarzałem się temu Miastu w miejscach niespodziewanych i dla mnie samego zaskakujących. Ale przecież Miasto, to nie tylko serce rynku, nie żołądki galerii handlowych, w których mielone są apetyty i pożądania. To nie tylko Rzeka okolona zabytkowymi brzegami, albo świeżo restaurowanym nabrzeżem. To nie tylko kamienice pamiętające schyłek bądź narodziny wieków poprzednich. To ludzie, którzy są tubylcami już w chwili zaciągnięcia się narkotyczną atmosferą Miasta po zmierzchu, albo tego liźniętego słońcem zimnym jak dno kałuży po nocy bezksiężycowej. Kiedy już poczują głód, którego nie da się zaspokoić szybką fotką na tle zabytku, kiedy selfie, to za mało, żeby wystarczyło i staje się ono tylko zaproszeniem dla kolejnych – wtedy przestają być gośćmi i stają się tubylcami – na moment wystarczająco długi, żeby usiąść przy oknie restauracji i zasłonić się szklanką piwa i chłonąć wzrokiem przesuwający się za szybą żywy, ruchliwy pejzaż miejski. Oni też – są już złowieni, zarażeni, skażeni wadą genów, które ciągną nieustępliwie, chociaż bardziej miękko, niż czyni to nić babiego lata. Ja też jestem. Skażony i w dobrowolności pełnej zanurzony, bo nie wiem, czy można gdzie indziej – pewnie tak, ale po co?

Czas na retrospekcję chyba, bo przecież chłopak w filcowym kapeluszu prowadzący wyścigowy rower z baranią kierownicą, a przedtem blado-nagie achillesy wobec kaptura i szala grubszego niż kiedykolwiek widziałem, pośród którego oczy ciemne, damską ciekawością naznaczone, a takich drobiazgów mnóstwo i kawka, która oznacza mi rękaw rozpiętej kurtki, świąteczne rytmy, gwiazdki, choinki, jak gwoździe wbite w zapach tłustych potraw i słodki aromat snujący się pomiędzy żeńską wycieczką w wieku emerytalnym, a dziecińcem koedukacyjnym. Dzwonki, bombki, łakocie, sklepy uśmiechnięte, pachnące lawendą i potem tabunów, w którym gęstnieje bełkot pomieszanych kosmetyków. Słońce rozświetla upadłe liście i wilgotne ściany elewacji ukrytych przed wzrokiem turystów. I to wszystko wokół – tętniące, burzące spokój sumienia, szarpiące wzrok, i słuch, i zmysły oszalałe tętnią pośpiechem jakimś nieprzystojnym, że tylko pan Witold mnie zrozumieć może, bo przecież „Kosmos” nie darmo napisał, bez powodu nie popełnił tej niedyskrecji, żebym ja teraz jego rytmem, jego ścieżką szedł, patrząc na obrazy przez niego niepoznane, lecz jątrzące, jak tamte, jak owe płoche wątki z pajęczą nicią i patyczkiem, jak sznurki z martwym ptakiem, jak pęknięcia sufitu niestarannie zamaskowane, żeby z nich wysnuć, wydumać, pomyśleć i zgwałcić umysł niepokorą. Żeby rozdrażnić nerwy, rozsypać sól po spoconej skórze i zaczerwienić ją szczypiącą, złośliwą drobnicą, której nie sposób jednak pominąć, bo przecież jest i boli, swędzi, nurtuje i myśli odrywa. Dramat galopujących donikąd myśli, spierzchniętych, poszarzałych z niezrozumiałego wysiłku, który nawet sen potrafi odebrać, i rozsądek, i spokój – dzieje się nieuchwytne, niezrozumiałe, ale odczuwalne, zaczepione tuż poza widnokręgiem zmysłów, jakby intuicyjnie obecne coś, czego nie było jeszcze wczoraj. Może zwierzęta czują to spinając mięśnie w ucieczce zbiorowej, może szamani widzieli rzecz w narkotycznej wizji, lecz ja? Cóż ja, któremu przecież nie dane są takie widzenia i zrozumienie niepojętych…? A przecież jestem… Nie – nie czytałem znów. Być może się boję i nie chcę zarazić, uczulić, odświeżyć i dać się pochłonąć nieistotnościom tak bardzo istotnym, że uciec od nich nie sposób. Jestem – zwyczajnie i po prostu – bez jakiegokolwiek uzasadnienia.

Ciecze i ciała stałe podzieliły podwórkowe strefy wpływów, przypływów i odpływów, na mielizny, rafy koralowe, głębie, atole i plaże powstające samorzutnie i beztrosko. Wróble starają się komentować i dyktować aktualne współrzędne GPS granic kultur, jednak szybkozmienne, płynne dosłownie granice mają w pogardzie wysiłki ptasiej drobnicy i żwawo reagują na samochodowe prowokacje, przez co monsuny podwórkowe osiągają amplitudy i zasięgi rzadko spotykane tutaj. Czarne szybowce gawronów penetrują przestrzenie ponad śmietnikami pilnując strefy przybrzeżnej i wód terytorialnych, a przede wszystkim śledzą gatunek ludzki – żeby nie uronić ani chwili, bo wyrzucane wiktuały gotowe bezpowrotnie poddać się procesom gnilnym i użyźnić ziemię z pominięciem żołądków „czarnego luda”. W taki dzień bosą stopą łatwiej byłoby pokonać przestrzenie gdyby nie permanentne, beznadziejne zasiewy kapsli i szkła od wielu lat wytrwale kiełkujące pośród klepiska. I co z tego? Zakładam buty i dla odmiany idę w Miasto, bo chyba dawno nie byłem ( że sobie pozwolę na ironię…).

Wiatr powiedział „sprawdzam” i przyszedł do samotnego jawora, gdzie pośród pustych gałęzi żółciła się kareta liści – ostatnich zupełnie. Chyba się wściekł, bo szarpał nimi zajadle, ale jawor mocno je w dłoniach trzymał i nie chciał upuścić ani jednej karty. Na fosie pozostałe liście rozsypane bezładnie wiatr przestawiał jak szachowe bierki i tylko młode ryby dawały się nabrać usiłując schwytać żółto-brązowe żagielki. W piekarni starsza pani podzieliła się z ekspedientką plasterkiem salcesonu do świeżutkiego chleba dopiero co pokrojonego na cieniutkie kromeczki. Pies zwęszył pożądany aromat sprzed drzwi zamkniętych i wnet zawodzić zaczął, że taka niesprawiedliwość dziejowa dotyka znowu jego. Gawrony schodzą mi dziś z drogi niechętnie, opieszale i niemal wyzywająco patrzą, kiedy mijam je bez pośpiechu. Sumienia ludzkie schowały się bardzo głęboko, nawet oczy nie błyszczą, więc zostało podglądać przyrodę – tę miejską, skażoną i napiętnowaną ludzką twórczością zupełne obcą naturze.

Pani aż zbielały nereczki, kiedy klęczała nieomal na granitowych kostkach deptaka, żeby wypakować świąteczne ozdoby do wystroju stoiska. Z nieba sypało się coś zimnego, jakby kasza manna i kłuło w twarz, roznosząc się szorstkim kurzem pod powieki. Kawka defilowała po mokrym chodniku wyciągając nóżki jak reprezentacyjna kompania wojska podczas parady, a pierś wciąż miała wypiętą w oczekiwaniu na spodziewane medale. Małe psy spacerowały w ramionach współczujących nad miarę właścicielek, żeby nie ubrudzić sobie brzuszków, albo nie zaginąć w gęstniejącym tłumie, pośród aromatów, krzątaniny i migocących świateł. Tablica informacyjna na przystanku mierzyła upływ czasu i wskazywała na rzecz niebywałą – wyścigi tramwajów – one chyba właśnie finiszowały na krótkim dystansie, bo w przeciągu pojedynczych minut zmiana na pozycji lidera realizowana była wielokrotnie. Musiałem zobaczyć, co się wydarzy na mecie – dojechały gęsiego, w karnym szyku i żaden nie próbował wierzgać i asfaltową jezdnią wyprzedzać, czy bić rekord świata. Zapewne niepewność dotknęła wyłącznie elektroniki, jednak widziałem, że kibiców zebrało się więcej – starszy pan pachnący cebulą aż nóżkami przebierał z niecierpliwości, ale nie dopingował głośno i nie faworyzował żadnego z zawodników. Mamusia z wózeczkiem przepchnęła się do pierwszego rzędu, aby dziecku też umożliwić udział w wydarzeniu, dziarski emeryt niewzruszenie siedział na ławeczce pod wiatą i siorbał nosem wytrwale lecz bez niepokoju, jakaś pani sprawdzała czas domniemany na ręcznym zegarku, inna pogrążyła się w monitorze telefonu. Kiedy pierwszy tramwaj dotarł do mety, z jego wnętrza wysypało się całe przedszkole tak rozszczekane i radosne, że podejrzenie o spowodowanie drgawki elektronicznej musiało paść na nie i kto wie, jak bliskie prawdy ono było.

Jakiś pan (nawet nie klnie i nie złości się jawnie), jak metronom mierzący czas właśnie stracony bezpowrotnie, zdrapuje jesień z klepiska podwórkowego (zaciera ślady???), a słońce uśmiecha się doń nader subtelnie. W oczy spogląda z nutką flirtu, który wzrok chce odebrać i rozum, ale przecież wiem. Ja i ono wiemy, że to tylko pozory, że to ułuda, której ulegnie słaby organizm, w pustynnym mirażu karmiony wizją falującą, za każdym razem na krańcu widnokręgu. Pomimo to, jak pies za wędliną poszedłem w to słońce i pozwalałem się mamić, pozwalałem uwodzić i kuszeniu każdemu się poddawałem, niechby nawet – prosiłem się o więcej. Mijałem mężczyzn, związujących gumką włosy siwiejące w ogon perszerona, mijałem panie niezdecydowane, których drgnięcia w stronę witryn hamowane były niedostatkiem portfela i pokuszeniem rozpusty, żeby i ten czwartek tłustym być mógł dla bliskich. Nawet nie ma na co ramionami wzruszać – dzień rozkosznie obojętny, miękko beznadziejny i cudownie bez zdarzeń. Podejrzewam, że ideałem byłby dzień bez zdarzeń, ale to może być pokłosie myśli pana Vonneguta z utworu pt: Galapagos. Gdyby nadzieja była, że taki dzień zwiastuje milion lat podobnych jak krople wody podobne być mogą – mój uśmiech stałby się tak wyraźny, że aż przerysowany. Potrafiłbym? Codzienność powielać każdego dnia? Takiego – owszem – tak sądzę buńczucznie…

Dotknął mnie wiatr. Nietutejszy. Obcy i zimny tak, jak balustrady na mostach zimą. A słońce mierzyło na mnie kolory udając, że też mnie dotyka, choć to nieprawda. Jakaś pani w szaliku, którym można byłoby przykryć pół Indonezji miała gołe kostki nóg – oczywiście blade, bo cała krew schowała się pod kilometry kwadratowe szalika i wyjść stamtąd nie chciała za żadne skarby. Staruszka uśmiechnięta, z którą jakiś miesiąc temu rozmawiałem w tramwaju wciąż się pięknie uśmiecha, choć inną już drogę przemierza. Ktoś strącił z drzewa ostatnią, żółkniejącą pigwę, żeby i ono starość poczuło, choć niewysokie i do drewnianej dojrzałości mu daleko, to jednak kalendarzowo osiwiałe gubi już liście melancholijnie pochylone nad asfaltowym chodnikiem. Świąteczne prezenty już się zaczęły oddawać rozpuście i wolę tego zjawiska nijak nie nazywać, żeby ich nie urazić, a największy z nich zainfekował rynek wraz z przyległościami i pyszni się jarmarcznym zaproszeniem, choć drewno okiennic wciąż jeszcze zamknięte i nie kusi wędzoną słoniną, ani prażonymi w karmelu orzechami, czy też zakopiańską czapką z pomponem. Nie słychać jeszcze muzyki i kolorowe lampiony nie malują twarzy przechodniów w upiorny fiolet z piegami srebrnych krost. A mi nie chce się ani złorzeczyć, ani błogosławić – po prostu patrzę i dumam, czy świąteczna aura mogłaby być całoroczną i jaki wpływ miałaby na zdrowie psychiczne tubylców – do tej pory radzą sobie doskonale, a to przecież nie pierwszy jarmarczny miesiąc w tym roku.

Znałem pana, który mawiał – lubię równe liczby (dlatego uwielbiał 1024 – równa liczba, bo w systemie dwójkowym to rezultat dziesiątego potęgowania dwójki – dwa do dziesiątej potęgi). Ja również lubię, więc dzisiejsza notka pod hasłem szaleństwa jedynek – 1111 – tyle notatek udało się dotychczas wygenerować – kolejna „rocznica” hen daleko, chyba, że również przejdę na system zero-jedynkowy, chociaż jestem zwolennikiem analogu, a nie świata cyfrowego. Przepraszam – szczegół związany z CV tego bloga – a teraz do rzeczy:

Pani postanowiła przez pewien czas pozostać brunetką. Nie była wystarczająco konsekwentna, a może życie odrobinkę pogmatwało jej priorytety, bo w czerni gorącej wytrwały brwi i paznokcie, a włosy już wracały do genetycznie utrwalonej maści. Twarz napiętnowana dziecięcą wiatrówką daleka była od gładkości, lecz jak owa pani się poruszała… Żaden, nawet najbardziej metroseksualny facet, nie byłby w stanie powtórzyć tego kroku. Za to zatrzymać się w zachwycie – jak najbardziej – każdy! Co też skwapliwie i bezzwłocznie uczyniłem. Pomyślałem, że dzień napiętnowanych twarzy się zaczął, bo kolejna kancera wychynęła zza rogu. Młody osobnik, raczej -naście, jak -dziesiąt wiosen historii za sobą mający. Spod popielatego kapelusza dzielił się dźwiękiem własnej elokwencji z dwoma dziewczątkami go okalającymi i trzymającymi się zalotnie obu jego ramion. Gdy szły, długie, szpiczaste noski męskich butów rytmicznie akcentowały co bardziej udane frazy profilowanego monologu i wskazywały azymut najbliższej przyszłości. W podcieniu kapelusza prawy policzek stanowił otwartą księgę dla buddyjskich mnichów. Pismem dostępnym dla nich, miał wypisane dożywotnio stygmaty – wycięte niegdyś ostrym narzędziem, lecz już doskonale zabliźnione i tylko wspomnienie niezwyczajnej przeszłości niosące – chyba, że potrafiłbym rozszyfrować znaczenie symbolu. Trudno mi uwierzyć, że młody szczebiot odcyfrował przesłanie i dlatego wdzięczył się i przymilał, jednak kobiety mają zmysłów najmniej o dwa więcej niż męski fragment gatunku, więc może trzeba zawierzyć instynktom? I tak już poszedł, a wdzięczyć się nie zamierzałem, to tylko wzruszyłem ramionami i uśmiechnąłem się na mniemanie, że ja i że mógłbym, bo to byłaby już nie tyle nadinterpretacja, co jawna granda – nie mógłbym, bo płcią kapelusz nie dysponował właściwą, a w tej kwestii zatwardziały jestem i ugruntowany jak skamieniałe od milionów lat drzewo. I nie zamierzam nic w tej kwestii zmieniać we własnym jestestwie.

Młode kobiety o wypielęgnowanych, sztucznie bladych, gładkolicych twarzach patrzą na mnie spod starannie podstrzyżonych brwi, mrugając nieswoimi rzęsami i też się dziwią, że w trzewia tramwaju się udałem niczym Jonasz w podróż wyruszający nienaturalną w końcu metodą przemieszczania cielesności wzdłuż geograficznych wektorów. Mijam widzenia i cudze ciekawości zerkające na mnie z niemym pytaniem „dlaczego”, a ja się uśmiecham pobłażliwie, bo również to pytanie zadaję we własnej głowie – dlaczego ludzie udają, że się nie widzą, dlaczego oczy otwarte zasnute są żaluzjami mgieł tak bardzo, że nie potrafi się w nich przejrzeć ktoś, kto stoi w odległości, dla której centymetry są właściwą jednostką do pomiaru dystansu. Zerkam i moje niezrozumienie rośnie proporcjonalnie do czasu trwania widzenia, a ono constans; zmieniają się przystanki, twarze, a reakcje jakby powielane w nieskończoność, zakodowane w kręgosłupie DNA każdego stworzenia i powtarzalne do znudzenia i snu wiecznego. Żeby nie zarazić się wirusem kręcę głową na tyle, na ile pozwala mi układ kostny i dostrzegam panią odkurzającą chodnik! Rewelacja! Niedowierzanie. Jak to – chodnik? Odkurzaczem? Dwa kilometry kwadratowe wycieraczki przed wejściem do budynku, w którym kawiarnio-piekarnio-biurowa biznesowa rozmaitość zachęca napisami w języku tubylców i obcych? Jak widać można. Tramwaj zbyt szybko przemieszcza się, żebym nacieszył zmysły, bo już kolejna informacja, wprost z natury. Życie na balustradzie oddzielającej chodnik od miejskiej fosy ustawiło wiadomość – gołębie, niczym punkty pisma węzełkowego ciągnęły się szeregiem pilnej wiadomości i ani drgnęły, żeby nie przekłamać przekazu. A ja nie zrozumiałem… nie przeczytałem, bo nie znam tego pisma starszego niż zbiorowa pamięć tubylców, starsza niż przekazy ustne w legendy urosłe i w klechdy domowe ujęte.

Igły na sośnie opiły się tak, że resztką sił trzymają się gałęzi. Ostatek liści na brzozie nerwowo pisze testament, który przecież znam doskonale z poprzednich lat i mogę bieżące liście uspokoić, że kolejny rok nie będzie się różnił od poprzednich niczym. Znaczy – niczym istotnym. Wiosna przyjdzie, a z nią młode potomstwo, głodne słońca niczym larwy motyli, szybko dojrzeje pieszczone majówką aż do ciężarnej, lipcowej zieleni, żeby zarumienić się ostatnim, sierpniowym słońcem liźnięte niedyskretnie, wręcz pomimo woli, a ciepłe barwy urosną, napęcznieją wręcz przeciwnie do pogody. Im zimniej w niebie, tym cieplejszą barwą okryją się drzewa, dzięki czemu jeże będą miały przytulny schron na zimę w zaspach liści o barwie dojrzałych cytryn i wyprawionej skóry – kto wie, czy w alternatywnym, zimnym błękicie liści nie zamarzłyby na wieczność mdłą, bezkresną  mleczną zmarzliną? Ludzie pochowali sumienia tak głęboko pod kurtki, że podglądanie ich staje się nużące od monotonii, więc pogrążam się w myślach, które ogrzać chcę dobrym wspomnieniem, albo dygresją ciepłą. Od samego rana łazi za mną uniwersalne zdanie, które wymyśliłem sobie gdzieś w przeszłości, albo gdzieś w sobie miałem je zaczepione pośród genów, żeby nadal było aktualne:

„Dziękuję ci, że jesteś, bo to nie było oczywiste”

Jeśli znasz lepsze zdanie – chętnie je usłyszę – ja nie wymyśliłem. A dopóki nie znam – będę buńczucznie twierdził, że trudno o lepsze. Spróbujesz? Zapraszam…


  • RSS