Dotknął mnie wiatr. Nietutejszy. Obcy i zimny tak, jak balustrady na mostach zimą. A słońce mierzyło na mnie kolory udając, że też mnie dotyka, choć to nieprawda. Jakaś pani w szaliku, którym można byłoby przykryć pół Indonezji miała gołe kostki nóg – oczywiście blade, bo cała krew schowała się pod kilometry kwadratowe szalika i wyjść stamtąd nie chciała za żadne skarby. Staruszka uśmiechnięta, z którą jakiś miesiąc temu rozmawiałem w tramwaju wciąż się pięknie uśmiecha, choć inną już drogę przemierza. Ktoś strącił z drzewa ostatnią, żółkniejącą pigwę, żeby i ono starość poczuło, choć niewysokie i do drewnianej dojrzałości mu daleko, to jednak kalendarzowo osiwiałe gubi już liście melancholijnie pochylone nad asfaltowym chodnikiem. Świąteczne prezenty już się zaczęły oddawać rozpuście i wolę tego zjawiska nijak nie nazywać, żeby ich nie urazić, a największy z nich zainfekował rynek wraz z przyległościami i pyszni się jarmarcznym zaproszeniem, choć drewno okiennic wciąż jeszcze zamknięte i nie kusi wędzoną słoniną, ani prażonymi w karmelu orzechami, czy też zakopiańską czapką z pomponem. Nie słychać jeszcze muzyki i kolorowe lampiony nie malują twarzy przechodniów w upiorny fiolet z piegami srebrnych krost. A mi nie chce się ani złorzeczyć, ani błogosławić – po prostu patrzę i dumam, czy świąteczna aura mogłaby być całoroczną i jaki wpływ miałaby na zdrowie psychiczne tubylców – do tej pory radzą sobie doskonale, a to przecież nie pierwszy jarmarczny miesiąc w tym roku.