Wiatr powiedział „sprawdzam” i przyszedł do samotnego jawora, gdzie pośród pustych gałęzi żółciła się kareta liści – ostatnich zupełnie. Chyba się wściekł, bo szarpał nimi zajadle, ale jawor mocno je w dłoniach trzymał i nie chciał upuścić ani jednej karty. Na fosie pozostałe liście rozsypane bezładnie wiatr przestawiał jak szachowe bierki i tylko młode ryby dawały się nabrać usiłując schwytać żółto-brązowe żagielki. W piekarni starsza pani podzieliła się z ekspedientką plasterkiem salcesonu do świeżutkiego chleba dopiero co pokrojonego na cieniutkie kromeczki. Pies zwęszył pożądany aromat sprzed drzwi zamkniętych i wnet zawodzić zaczął, że taka niesprawiedliwość dziejowa dotyka znowu jego. Gawrony schodzą mi dziś z drogi niechętnie, opieszale i niemal wyzywająco patrzą, kiedy mijam je bez pośpiechu. Sumienia ludzkie schowały się bardzo głęboko, nawet oczy nie błyszczą, więc zostało podglądać przyrodę – tę miejską, skażoną i napiętnowaną ludzką twórczością zupełne obcą naturze.