Czas na retrospekcję chyba, bo przecież chłopak w filcowym kapeluszu prowadzący wyścigowy rower z baranią kierownicą, a przedtem blado-nagie achillesy wobec kaptura i szala grubszego niż kiedykolwiek widziałem, pośród którego oczy ciemne, damską ciekawością naznaczone, a takich drobiazgów mnóstwo i kawka, która oznacza mi rękaw rozpiętej kurtki, świąteczne rytmy, gwiazdki, choinki, jak gwoździe wbite w zapach tłustych potraw i słodki aromat snujący się pomiędzy żeńską wycieczką w wieku emerytalnym, a dziecińcem koedukacyjnym. Dzwonki, bombki, łakocie, sklepy uśmiechnięte, pachnące lawendą i potem tabunów, w którym gęstnieje bełkot pomieszanych kosmetyków. Słońce rozświetla upadłe liście i wilgotne ściany elewacji ukrytych przed wzrokiem turystów. I to wszystko wokół – tętniące, burzące spokój sumienia, szarpiące wzrok, i słuch, i zmysły oszalałe tętnią pośpiechem jakimś nieprzystojnym, że tylko pan Witold mnie zrozumieć może, bo przecież „Kosmos” nie darmo napisał, bez powodu nie popełnił tej niedyskrecji, żebym ja teraz jego rytmem, jego ścieżką szedł, patrząc na obrazy przez niego niepoznane, lecz jątrzące, jak tamte, jak owe płoche wątki z pajęczą nicią i patyczkiem, jak sznurki z martwym ptakiem, jak pęknięcia sufitu niestarannie zamaskowane, żeby z nich wysnuć, wydumać, pomyśleć i zgwałcić umysł niepokorą. Żeby rozdrażnić nerwy, rozsypać sól po spoconej skórze i zaczerwienić ją szczypiącą, złośliwą drobnicą, której nie sposób jednak pominąć, bo przecież jest i boli, swędzi, nurtuje i myśli odrywa. Dramat galopujących donikąd myśli, spierzchniętych, poszarzałych z niezrozumiałego wysiłku, który nawet sen potrafi odebrać, i rozsądek, i spokój – dzieje się nieuchwytne, niezrozumiałe, ale odczuwalne, zaczepione tuż poza widnokręgiem zmysłów, jakby intuicyjnie obecne coś, czego nie było jeszcze wczoraj. Może zwierzęta czują to spinając mięśnie w ucieczce zbiorowej, może szamani widzieli rzecz w narkotycznej wizji, lecz ja? Cóż ja, któremu przecież nie dane są takie widzenia i zrozumienie niepojętych…? A przecież jestem… Nie – nie czytałem znów. Być może się boję i nie chcę zarazić, uczulić, odświeżyć i dać się pochłonąć nieistotnościom tak bardzo istotnym, że uciec od nich nie sposób. Jestem – zwyczajnie i po prostu – bez jakiegokolwiek uzasadnienia.