Miasto wyciągnęło po mnie swoje szpony. Niewidzialne, miękkie tak bardzo, że nie poczułem ucisku obroży, kiedy wyciągnęło do mnie dendryty ścieżek niepoznanych i tętniące bogatym życiem deptaki. Ogarnęło mnie i oszołomiło. Zawładnęło mną całkiem i poczułem się częścią tego wielkiego organizmu – jak najbardziej na miejscu, chociaż czasowo zmieniałem lokalizację raz za razem i zdarzałem się temu Miastu w miejscach niespodziewanych i dla mnie samego zaskakujących. Ale przecież Miasto, to nie tylko serce rynku, nie żołądki galerii handlowych, w których mielone są apetyty i pożądania. To nie tylko Rzeka okolona zabytkowymi brzegami, albo świeżo restaurowanym nabrzeżem. To nie tylko kamienice pamiętające schyłek bądź narodziny wieków poprzednich. To ludzie, którzy są tubylcami już w chwili zaciągnięcia się narkotyczną atmosferą Miasta po zmierzchu, albo tego liźniętego słońcem zimnym jak dno kałuży po nocy bezksiężycowej. Kiedy już poczują głód, którego nie da się zaspokoić szybką fotką na tle zabytku, kiedy selfie, to za mało, żeby wystarczyło i staje się ono tylko zaproszeniem dla kolejnych – wtedy przestają być gośćmi i stają się tubylcami – na moment wystarczająco długi, żeby usiąść przy oknie restauracji i zasłonić się szklanką piwa i chłonąć wzrokiem przesuwający się za szybą żywy, ruchliwy pejzaż miejski. Oni też – są już złowieni, zarażeni, skażeni wadą genów, które ciągną nieustępliwie, chociaż bardziej miękko, niż czyni to nić babiego lata. Ja też jestem. Skażony i w dobrowolności pełnej zanurzony, bo nie wiem, czy można gdzie indziej – pewnie tak, ale po co?