Sroki krzyczą na mnie od tygodnia, nie bacząc, na niepewny wschód słońca, które przekomarza się z chmurzyskami i gra w piekło – niebo na kolory i ciepło – zimne pejzaże maluje, z zupełnie nieprzewidywalnymi efektami, a gawrony z wysokości latarni ulicznych dopingują nie-wiadomo-którą-stronę aż do ochrypnięcia. Co dalej? Śnieg studzi rosnące mi na czole emocje i proponuje sen zimowy w zaciszu betonowych ścian, a ja nie wiem, czy chcę, czy stać mnie na taką fanaberię, gdy z kalendarza spadać będą już nie dni, ale tygodnie, czy miesiące. Pani listonosz uśmiecha się z politowaniem nad własnym roztargnieniem, zanim wyskoczy z tramwaju w ostatnim momencie, a tramwaj ruszy w najdłuższy w Mieście przystanek, wiewiórki w parku bez lęku wybierają z ciepłych dłoni orzeszki i inne łakocie, dyskonty dudnią łoskotem pełnych wózków. Na trawniku obok sektora wron zlokalizował się sektor kawek, a sroki przemierzają przestrzenie pomiędzy i roznoszą czarno-białe plotki. Dzień chowa się pod naporem chmur i zmierzchu i całkiem odwagę letnią już stracił. Ktoś śpiewa wsobną arię i gorzkie żale, marzną jabłka przed warzywniakiem, a kapusta, to już całkiem skwaszona. Młodzież szepcze dyskretnie, że niejaki Mikołaj powinien się powoli objawić, ale im wstyd, bo sami w to nie wierzą. Kałuże piją wilgoć być może ostatnią nim zamarzną na kość i tylko bezpański kot dumnie uniesionym ogonem przecina atmosferę miękkim, mruczącym ciepłem. Dzień zupełnie podobny do jutrzejszego.