Gościem jestem we własnym Mieście. Los tak sprawił, że karmię zmysły tym, co nieoswojone, nowe, niespodziewane. Prawie jak wycieczka w nieznane, bo kiedy oczy zamknę i słuch podejmie wyzwanie, to nie rozpoznaje – dźwięków dobiegających spod podłogi, sponad sufitu, zza okien. A w końcu gościem jestem wciąż tego samego Miasta i zachodzące słońce ogrzewa mnie tak samo, jak tydzień temu, a wiatr liże mnie zimnym, wilgotnym językiem i opowiada, że dobrze wszystko, że tam i tu, to jedna i ta sama historia się snuje, opowiada i kończy nawet tak samo, więc spokojnie – można poddać się dźwiękom nowym, ale tutejszym. Bezkarnie, bo za innymi drzwiami one mieszkają, czyli niegroźne są zupełnie. Pod podłogą radio gra pełnodobowy repertuar wystarczająco głośno, żebym nie musiał włączać własnego, a nad głową… Oooo… Tam jest zdecydowanie ciekawiej. Bo ileż można po mieszkaniu chodzić w butach na obcasie? I w jakim celu? Ja przymierzam bose stopy do parkietu, więc chyba tamta podłoga zimniejsza jest i nie nadaje się do podobnej ekstrawagancji ani dniem, ani nocą. A może tylko zbyt szorstka dla delikatnych stópek? Przekonuję siebie, że owe obcasy, to erotyczna bielizna mająca zakłócić męski spokój i w kuchni i łazience, żeby trwał pożądaniem, w rwanym oddechu, bo to jest jakieś uzasadnienie – ach tak… przecież od tych obcasów usłyszałem ze dwa dni temu deklarację, że dzień jest dobry… widać nie kłamały i wciąż służy. Tylko wierzba płacze nasiąknięta wilgocią pomiędzy zielono-żółtą grzywą, a znad Rzeki unosi się westchnienie mgieł pośród przekleństw sroczych.