Nie powstrzymam, bo łzy beztroskie zupełnie w oczach miałem, kiedy rzecz się stała. Dzień słońcem mnie skusił, więc wygrzebałem się z pieleszy domowych i wyszedłem – tym razem zupełnie celowo – kupić piwo, na przewidywalny wypadek gości, póki zamiast padać/sypać świeci słońce taką głęboką żółcią, jakby to już zachód słońca był. Niedaleko szedłem, bo sklep bogato wyposażony w lodówki i asortyment o parę kroków zaledwie. Niby nic, ot  – codzienność – wymiana opakowań pustych na pełne, lecz nie – wpadło coś do środka – rozchełstane, zadyszane i nieuczesane. Czapkę zieloną z orzełkiem na głowie i wielką niecierpliwość w ruchach gdy biegło toto wygłodniałe zwierzę do lodówki, a za nim drugie, nieco sponiewierane, bo w gumowym ubranku. Wojsko nazywało toto OP1 – taki strój niemalże jak dla płetwonurka, żeby ograniczyć dostęp skażeń do organizmu. W czymś takim przyszło zwierzę zziajane i nawet nie wybierało, tylko szybko, dużo i zimno, a najlepiej natychmiast. Ekspedientka ze śmiechem skasowała i palcem skomentowała ubiór, a zwierzę powiedziało z wisielczym humorem, że trzy minuty na ubranie miało, a kiedy wreszcie się udało, to usłyszało, że bomba chemiczna potrafi to ubranko wtopić w jego skórę. Czyli piwo co najmniej uzasadnione, aż dziw, że jedno… Może to lekka sugestia, że ten chemiczny tatuaż nie taki znów bliski.